Parę dni temu, jeszcze przed śniadaniem, mąż zaskakuje mnie pytaniem o moje potencjalne poczynania na jego koncie bankowym, do którego posiadam kartę płatniczą: Czy wczoraj zapłaciłaś te sumy kartą? Pokazuje mi listę czterech transakcji, w sumie na około 3200 zł, zarejestrowanych na koncie poprzedniego dnia. Kwoty nic mi nie mówią i zresztą wiem doskonale, że tego dnia użyłam karty tylko raz i to na niewielką sumę, nieodpowiadającą żadnej z tych kwot. Ja to bywa z ludźmi, którzy nie muszą się rano spieszyć do pracy, jesteśmy jeszcze półprzytomni od za długiego spania (chociaż najwyraźniej mąż zdążył już sprawdzić konto w Internecie) i paradujemy po mieszkaniu w piżamach, ale powoli zaczyna do nas docierać, że coś jest nie tak. Mąż jest akurat na „posiedzeniu”, ale zostawił drzwi otwarte, więc możemy kontynuować nasze dociekania.
Na razie te cztery transakcje, opisane jakimiś cyframi i nazwą Facebook, są na liście zablokowanych środków, co oznacza, że zostały autoryzowane i czekają na realizację, a suma ich jest zarezerwowana na koncie jako wydane pieniądze, więc mamy nadzieję, że może jeszcze da się te transakcje anulować. Mąż jest za wizytą w banku jak tylko się ogarnie, ale ja uważam, że lepiej będzie niezwłocznie zadzwonić. Wchodzę na stronę banku, odnajduję bez trudu numer linii pomocy i łączę się. Oczywiście odbiera elektroniczna sekretarka, która proponuje mi kilka, na szczęście prostych, opcji do naciśnięcia lub wypowiedzenia, ale nie wybieram żadnej z nich i po krótkiej chwili zostaję połączona z ludzką istotą. Imponuje mi to bardzo, bo już wiele razy doświadczyłam, w innych instytucjach, strasznie długiej i skomplikowanej listy opcji i bardzo wydłużonego oczekiwania na kontakt z człowiekiem z krwi i kości.
Odzywa się bardzo miła pani, która rzeczowo zadaje pytania i radzi, żeby mąż sprawdził na koncie, z której z naszych dwóch kart te transakcje zostały wykonane, bo tę kartę trzeba natychmiast unieważnić, więc mąż, nadal w dezabilu bo właśnie się wybierał pod prysznic, leci włączyć komputer stacjonarny, bo jego telefon nagle odmawia połączenia z kontem. Pani cierpliwie czeka i kiedy się okazuje, że transakcje były z karty męża, prosi go do telefonu w celu potwierdzenia tożsamości i unieważnia jego kartę. Twierdzi jednak, że tych transakcji nie da się już powstrzymać i że te kwoty wyjdą z konta. Doradza wizytę na policji w celu zgłoszenia przestępstwa i uzyskania o tym zaświadczenia, bo tylko wtedy bank będzie mógł zwrócić te pieniądze na konto.
Tego popołudnia udajemy się więc na komendę policji, z wydrukiem podejrzanych transakcji oraz okienka konta jakiejś tajemniczej reklamy, które w tym samym dniu ukazało się na Facebook’u męża jako jego zakup i potencjalnie ma związek z tymi transakcjami. Zgłaszam sprawę dyżurnemu, a mojemu zgłoszeniu przysłuchują się dwie pary petentów w poczekalni oraz jakiś facet w drzwiach dyżurki, ubrany w koszulkę T-shirt i spodnie dresowe, który wydaje się zainteresowany tym co mówię.
Zasiadamy w poczekalni, przygotowując się na dłuższy tu pobyt. Jest ciepło i czysto, a kiedy informuję męża o istnieniu bufetu (bo już znam to miejsce), on kupuje sobie tam herbatę z cytryną i słodki pierożek i żartuje, że moglibyśmy tu przychodzić dla rozrywki. Po chwili jednak wzywa nas ten facet z dyżurki i prowadzi na górę do swojego pokoju, gdzie jego koleżanka po fachu, przypuszczalnie po godzinach, właśnie odrabia lekcje z angielskiego, bo na dwóch ostatnich nie była i ma zaległości.
Zaczyna się przesłuchanie. Najpierw, oczywiście, dokumenty tożsamości, nie tylko męża, ale mój też, bo ostatecznie biorę w tym udział. Pan Starszy Aspirant jest przyjazny i ludzki, nie żaden służbista, bardzo miły, żartobliwy i na pozór rozgadany, ale widać, że wie, co robi - gdybyśmy byli jakimiś przestępcami o średniej inteligencji, to możliwe, że wpadlibyśmy w pułapkę i niechcący się wygadali. To nie jest dokładnie to, co po angielsku nazywa się „honey trap”, bo do tego niezbędna jest piękna kobieta a on takiej nie przypomina raczej, ale coś zbliżonego.
W protokole zapisuje mnie jako przybranego przez męża tłumacza, ale później, dowiedziawszy się, że ja też mam dostęp do konta, chwilowo ogarnia go wątpliwość, czy ja mogę występować w roli bezstronnego tłumacza. Nawet pyta o to koleżankę, ale przecież ja też jestem poszkodowaną, no nie? I dlaczego miałabym używać karty męża, skoro mam równouprawnioną swoją?
Trochę też musi się nagłowić nad stosownym paragrafem Kodeksu do zaklasyfikowania tego przestępstwa, bo prosta kradzież to nie była skoro pieniądze chwilowo jeszcze nie wyszły z konta. Skrupulatnie spisuje wszystko, co mówimy, od czasu do czasu przeklinając swój laptop, który rzekomo płata mu figle, np. pisząc 31550 zł zamiast 3155 zł. Zagląda też na Facebook’a męża oraz na stronę WWW, której adres wymieniony jest w okienku konta reklamy na FB i okazuje się, że to jakiś irlandzki sklep internetowy z odzieżą i galanterią damską, o którym ani mąż ani ja nigdy nie słyszeliśmy. Po około półtorej godziny przesłuchanie się kończy, składamy mnóstwo podpisów na protokole i otrzymujemy kwitek, o który nam chodziło, czyli potwierdzenie zawiadomienia policji.
Następnego dnia mąż biegnie z tym kwitkiem do banku, ale odprawiają go z niczym, bo pieniądze na te cztery transakcje jeszcze nie opuściły konta i nikogo to nie obchodzi. Dzień później już jest inaczej, bo transakcje zostały zrealizowane i pomocna pracowniczka banku pomocnie formułuje za męża reklamację, w wyniku której on prawdopodobnie odzyska te pieniądze. Zobaczymy!
Potwierdza się również związek tej Facebook’owej reklamy z kradzieżą numeru karty, bo okienko konta reklamy na FB męża zaczyna wyświetlać wiadomość, że winien jest następne 2720 zł, których nie da się pobrać z jego karty o numerze kończącym się na xxxx i że ma podać inny środek płatniczy. To właśnie ta karta, którą poprzedniego dnia zablokowaliśmy, więc gdybyśmy tego nie zrobili, to te 2720 zł też rozpłynęłoby się w eterze. Jednak w dzisiejszych czasach właściwie nie da się uniknąć bankowości online i płatności przez Internet – od dawna już płacimy w ten sposób domowe rachunki, sprawdzamy stan kont, robimy różne zakupy, itd., i bardzo to sobie chwalimy, bo to jednak znacząco ułatwia życie. Więc jak tu się uchronić przed internetową kradzieżą, która może się każdemu przytrafić nawet przy zachowaniu wszystkich zalecanych środków ostrożności?
Niestety, internetowych przestępstw jest coraz więcej i, statystycznie rzecz biorąc, tak musi być. Wnioskując z ich rozmowy, te dwie pary petentów spotkanych w poczekalni na policji też w powiązanych sprawach się zgłosiły.
Na koniec uderza mnie taka myśl: przez 38 lat w Anglii nigdy nie miałam powodu stawić się na policji, a tu w Polsce byłam już trzeci raz w przeciągu czterech lat. Pierwszy raz, w 2012 roku, było to z okazji włamania do naszego mieszkania, potem w 2014 roku w celu zgłoszenia oszustwa przy kosztownym zakupie przez Allegro, a tym razem w sprawie skradzionych danych karty bankowej męża. Jednak patrząc na ten fakt obiektywnie dochodzę do wniosku, że dokładnie te same perypetie mogły były się nam przydarzyć w Anglii, ale po prostu przez 38 lat mieliśmy szczęście.
czwartek, 10 grudnia 2015
czwartek, 19 listopada 2015
Nowy wariant oszustwa "na wnuka"
Dzwoni mój stacjonarny telefon, który charakteryzuje się tym, że przychodzą nań jedynie rzadkie telefony of moich dwóch sąsiadek oraz dużo niechcianych zaproszeń na bezpłatne badania diagnostyczne, wypasione spotkania „wybrednych” konsumentów i inne podobne okazje nie do przepuszczenia.
Odbieram i słyszę: Ciocia?
Ja: Kto mówi?
Kobieta: No, nie poznaje Ciocia? To ja. (i tak dobrze, że nie uznała mnie za mężczyznę z powodu mojego niskiego głosu, na co się łapie wielu z tych dzwoniących)
Ja: Przepraszam, ale nie poznaję.
Kobieta: Dla ułatwienia dodam, że nie z (nazwa mojego miasta). No niech sobie Ciocia przypomni gdzie ma rodzinę? No gdzie?
Ja, podejrzewając próbę wyciągnięcia informacji w celu kontynuowania oszustwa: Nie wiem, proszę się przedstawić.
Kobieta na to rozłącza się.
Podejrzewam, że to był dość nieudolny wariant oszustwa „na wnuka”. Gdybym wyjawiła, że mam rodzinę w X, Y i Z, to kobieta podpisałaby się pod jednym z tych miejsc i dalej działałaby w celu wyciągnięcia ode mnie kasy. Scenariusz pewnie byłby typowy: jestem w wielkiej potrzebie, ale sama nie mogę po forsę przyjechać z jakiegoś ważnego i przekonywującego powodu, więc poślę kolegę. Ja, wzruszona do głębi jej trudną sytuacją, miałabym popędzić do banku i wyjąć wszystkie moje oszczędności w gotówce, żeby przekazać je koledze dla uratowania mojej krewnej.
Niestety, takie oszustwa odbywają się od lat i wiele starszych osób pada ich ofiarą. Na szczęście ja jeszcze jestem w miarę przytomna, ale kto wie, jak zareagowałabym, gdybym była 20 lat starsza.
Dziwi mnie, że przy dostępnej technologii takich oszustów nie da się wyśledzić po numerze telefonu.
Odbieram i słyszę: Ciocia?
Ja: Kto mówi?
Kobieta: No, nie poznaje Ciocia? To ja. (i tak dobrze, że nie uznała mnie za mężczyznę z powodu mojego niskiego głosu, na co się łapie wielu z tych dzwoniących)
Ja: Przepraszam, ale nie poznaję.
Kobieta: Dla ułatwienia dodam, że nie z (nazwa mojego miasta). No niech sobie Ciocia przypomni gdzie ma rodzinę? No gdzie?
Ja, podejrzewając próbę wyciągnięcia informacji w celu kontynuowania oszustwa: Nie wiem, proszę się przedstawić.
Kobieta na to rozłącza się.
Podejrzewam, że to był dość nieudolny wariant oszustwa „na wnuka”. Gdybym wyjawiła, że mam rodzinę w X, Y i Z, to kobieta podpisałaby się pod jednym z tych miejsc i dalej działałaby w celu wyciągnięcia ode mnie kasy. Scenariusz pewnie byłby typowy: jestem w wielkiej potrzebie, ale sama nie mogę po forsę przyjechać z jakiegoś ważnego i przekonywującego powodu, więc poślę kolegę. Ja, wzruszona do głębi jej trudną sytuacją, miałabym popędzić do banku i wyjąć wszystkie moje oszczędności w gotówce, żeby przekazać je koledze dla uratowania mojej krewnej.
Niestety, takie oszustwa odbywają się od lat i wiele starszych osób pada ich ofiarą. Na szczęście ja jeszcze jestem w miarę przytomna, ale kto wie, jak zareagowałabym, gdybym była 20 lat starsza.
Dziwi mnie, że przy dostępnej technologii takich oszustów nie da się wyśledzić po numerze telefonu.
czwartek, 15 października 2015
Chorwacja
We wrześniu na parę dni odwiedziliśmy Chorwację, która natychmiast sprawiła mi problem językowy. Jeżeli ma się na myśli region, to byłam na Chorwacji, a jeżeli państwo, to w Chorwacji, i jak tu wszystkich zadowolić? Tak samo jest z Ukrainą i Słowacją. „Na” używa się do regionów i wysp, a „w” do państw, ale co jest poprawne, kiedy i państwo i region mają tę samą nazwę? Zabójczy jest ten polski język! Odstawiając ten problem na boczny tor, postaram się w poniższym wpisie oddać moje wrażenia z tego wypadu.
Podróż była, delikatnie mówiąc, upierdliwa, bo bezpośrednich lotów do Splitu nie było ani z Gdańska ani z Warszawy ani nawet z Berlina czy Frankfurtu, więc musieliśmy lecieć przez Londyn, czyli bardzo okrężną drogą. No ale dotarliśmy na miejsce. Po tylu godzinach spędzonych na lotniskach, w samolotach a potem w autobusie, który dowiózł nas do miasta, pragnęłam tylko kilku zastrzyków nikotyny oraz bardzo zimnego piwa, co, na szczęście, udało mi się zrealizować w podłej kafejce tuż przy stacji autobusowej.
Tymczasem gospodarz zamówionego wcześniej apartamentu już czekał na miejscu i niecierpliwił się naszym opóżnieniem. Telefonicznie doradził nam dojście do apartamentu piechotą wzdłuż nabrzeża,
bo taksówka i tak dojechałaby tylko na najbliższą przecznicę od naszej ulicy. Nie było daleko i mieliśmy jedynie lekki bagaż podręczny, ale poza płaskim paskiem nabrzeża droga wiodła dość stromo pod górę,
więc osoby z większym bagażem miałyby ciężko, i, pomimo, że uprzednio dokładnie przestudiowałam lokalizację na booking.com, takich wiadomości nie uzyskałam.
Jednak nie mogę narzekać: długa podróż i, w dużo mniejszym stopniu, pieszy dostęp do kwatery były jedynymi mankamentami tej wyprawy (to drugie okazało się być dużym problemem dla pary Izraelczyków, którzy dobili do naszej kwatery jednego wieczora wyrażnie w stanie wyczerpania fizycznego i psychicznego). Wszystko inne było zachwycające! Widoki,
jedzenie, klimat, zapachy, morze i bardzo serdeczni tubylcy. Nawet język mi się spodobał, bo nie był aż tak różny od naszego. Niektóre wyrazy były bardzo podobne lub wręcz takie same, np. kontrola, potpis, pivo, a wielu znaczeń można się było domyślić przy odrobinie chęci i wyobrażni, np. ljekarnia – apteka, otkup – skup, pekarna / pekarnica – piekarnia. Nad innymi trzeba się było dużo bardziej zastanowić, ale we własnym kontekście nabierały oczywistego znaczenia, np. blagalnja w banku to kasa, mesnica jako sklep to sklep mięsny, a namaz na plastikowym pudełku w sklepie spożywczym to smarowidło do chleba. Spotkałam też słowa rosyjskie, np. czaj – herbata czy bolnica – szpital. A najszybciej nauczyliśmy się wyrazu hvala czyli dziękuję, bo zupełnie jak polskie chwała.
Moim najsilniejszym wrażeniem ze Splitu jednak pozostaną ryby. Każda szanująca się restauracja (a było ich mnóstwo) brała sobie za punkt honoru podawanie najświeższych ryb z porannego połowu. Wobec tego w ich menu pozycje takie jak filet z dorady, itp., były bardzo nieliczne, natomiast na samym czele widniały: ryba klasy I, ze świeżego morskiego połowu – 430 kuna za kilogram, ryba klasy II, świeża ale z hodowli – 310 kuna (1 kuna to 56 groszy, więc orientacyjnie można było ceny dzielić na pół). Jeżeli to się zamówiło, to przynosili wielki półmiskek świeżych ryb i kazali sobie wybrać sztukę, a potem ważyli i odpowiednio kasowali.
A nawet jak się zamówiło danie, które opiewało na filet, to dostawało się całą rybę, ale małą. Podawali je otoczone w pachnące zioła i z grilla, nie elektrycznego, ale prawdziwego z węglem drzewnym i to było niebo w gębie. Niezdecydowani mogli też zamówić półmisek ryb na dwoje, co raz uczyniliśmy i bardzo nam smakowało, bo to był cały okoń morski oraz steki z tuńczyka i dwóch innych, mięsnych ryb w towarzystwie langust i krewetek, które niestety na poniższym zdjęciu nie figurują, bo wcześniej zdążyłam je skonsumować. 
Po raz pierwszy w życiu jadłam dość płaską i paskudnie wyglądającą rybę z wielką głową i grożnymi kolcami na grzbiecie i płetwach, która po angielsku zwie się John Dory albo Peter’s Fish, a po polsku piotrosz.
Nazwa John Dory była mi znajoma, musiałam się chyba z nią zetknąć w angielskiej literaturze, bo na pewno nie w żadnym supermarkecie, a w Anglii ta ryba była znana i ceniona już w drugiej połowie 19-go wieku. W Splicie po raz pierwszy spotkałam ją „na żywo” (no może niekoniecznie na żywo z punktu widzenia tej sztuki, ale w każdym razie oko w oko). Polecił mi ją kelner, któremu zaznaczyłam, że półtorakilogramowej ryby nie zjem, więc proszę o mniejszą. Ugrillowana była doskonała, bardzo delikatna, trochę jak sola, ale bardziej mięsista. Wspaniałość! Absolutnie nie jestem zagorzałą miłośniczką ryb (pewnie głównie z powodu ignorancji), zwłaszcza że kilka razy się porządnie rybą zatrułam, ale w Splicie rzuciłam uprzedzenia na wiatr i sobie nie odmawiałam, jadłam je codziennie i nie żałuję. Jeżeli jeszcze raz zdecyduję się wybrać na Chorwację, to powodem będą te ryby.
Nasza kwatera była fajna, kompletnie adekwatnie wyposażony apartamencik (bo malutki) na wysokim parterze pięknego domku, z dostępem na ganek,
z którego schodki prowadziły na ulicę. Na ganku stał stoliczek z dwoma krzesłami i tam właśnie jadaliśmy śniadania złożone z miejscowych produktów: wspaniałego chleba, pysznego sera, pomidorów i suchej kiełbasy w rodzaju salami,
które dostępne były w malutkim sklepiku spożywczym położonym ok. 150 metrów od naszej kwatery. Do tego jeszcze była miseczka świeżo ususzonych fig, które kupiliśmy na targu – sprzedawano je w torebkach plastikowych ze świeżymi listkami laurowymi.
Nie miałam pojęcia, że te liście tak pięknie pachną jak są świeże, podejrzewałam, że może to są liście granatów i nawet zerwałam jeden z czyjegoś ogródka,
żeby powąchać , ale jednak okazało się, że te nie pachną, więc to jednak liście laurowe.
Targi nas trochę ominęły, albo raczej my je, bo odbywały się rano, a nam, jak zwykle od czasu przejścia na emeryturę, nie udawało się ruszyć z pieleszy przed 12-tą. Szkoda, bo to, co po nich pozostało wyglądało ciekawie. Na targu rybnym w południe zostało już tylko jedno stoisko, na które ktoś akurat dowoził przed naszymi oczami skrzynkę świeżych sardynek, a na targu zielonym było jeszcze kilka niemrawych stoisk z pomidorami, cukiniami i paprykami oraz ze dwa z wędlinami i serami. Nawet coś tam kupiłam, kilka pomidorów na śniadanie, a potem jeszcze jakiś dobry ser i salami, ale po mocno zawyżonych cenach, bo cwaniak sprzedawca zoczył frajera. Ja często dobrowolnie daję się oszukiwać, bo zważywszy koszty emocjonalne i monetarne, dochodzę do wniosku, że tak będzie najlepiej. Ale nie zrozumcie mnie żle, jeżeli na czymś mi szczególnie zależy albo w rachubę wchodzi zasada, to nie pozwolę nikomu dmuchać w moją kaszę i się postawię!
Nie uda mi się tutaj opisać wszystkich moich wrażeń z Chorwacji, bo musiałabym chyba książkę napisać, więc na zakończenie chyba najstosowniejsza będzie skrócona chronologia. W dzień przylotu dotarliśmy do kwatery około 7-mej wieczorem, po powyżej wspomnianym postoju w kafejce na stacji autobusowej, i natychmiast udałam się do pobliskiego sklepiku w celu zabezpieczenia wiktuałów na śniadanie. Zaraz potem poszliśmy na kolację do najbliższej restauracji pod tytułem Głęboki Cień (tyle, że po chorwacku) i tam zjedliśmy cielęce steki z grilla, bo jeszcze nie ośmieliłam się do ryb. Następnego dnia, po całkiem miłym śniadanku na ganku wyruszyłam sama na pobliskie wzgórze Marjan, podczas gdy mąż, oderwawszy się w końcu od obsługi swoich gadżetów, poszedł się umyć i ubrać. Po wspinaniu się po naszej uliczce przez tylko 10 minut, w ciągu których doświadczyłam pięknego, kwiatowo-ziołowego aromatu chorwackich sosen oraz odgłosów tysięcy cykad, dotarłam na (prawie) szczyt i oszołomiły mnie wspaniałe widoki na port
i miasto, z których żyła usytuowana tam restauracja. Można jeszcze było iść wyżej, ale nie miałam ani czasu ani sił w tym upale.
Poszliśmy potem do banku w mieście, żeby wymienić pieniądze, bo gdzieś wyczytaliśmy, że na miejscu lepiej niż w obcych krajach. Potem kupiłam sobie na jakimś stoisku szal, którego używałam przez cały pobyt, a to jako osłonę przed słońcem czy wieczornym chłodkiem, a to jako spódniczkę przyzwoitkę kiedy byłam w szortach, a to znowu jako wyściółkę na twarde siedzenie na promie. Odwiedziliśmy też te dwa targi, których już nie było i zwiedziliśmy pałac, który jakiś wielki władca przygotował dla siebie, ale z którego nigdy nie skorzystał,
pałac już teraz wtopiony w okoliczne budynki , ale nadal imponujący.
Następnego dnia wybraliśmy się promem na najbliższą z tysiąca chorwackich wysp i jedną z pięciu zamieszkałych, Brać (Bracz), do jej głównego miasta Supetar. Warto było, bo widoki po drodze były zachwycające,
a sama wyspa też piękna, z kamienistymi plażami naokoło.
Zjadłszy tam jakiś niespecjalny, ale dobry lekki lunch, udaliśmy się na plażę, bo byłam zdeterminowana umoczyć stopy w Adriatyku. Jednak stąpanie po kamyczkach bez wodnego obuwia przerosło moje granice bólu (chociaż widziałam, jak dwójka rozbrykanych dzieciaków bawiła się w wodzie bez problemów) i celu dopięłam dopiero powoli przesuwając się na własnym sprzęcie (siedzeniu) do brzegu oceanu.
Podbudowana tym osiągnięciem wyciągnęłam mojego obolałego (od kręgosłupa) męża na spacer do najbliższego końca wyspy i było pięknie. Wróciliśmy na stały ląd tym samym promem i wtedy właśnie skonsumowałam tego piotrosza na kolację.
W końcu, przewidywalnie, nadszedł ostatni dzień pobytu. Samolot mieliśmy póżnym popołudniem, więc jeszcze zdążyliśmy odbyć śniadanko na ganku oraz zjeść pyszny obiad w restauracji: ja doskonałego okonia morskiego, a mąż befsztyk. Powrotna droga mnie mocno wymęczyła: dwa loty po dwie i dwie i pół godziny, szwendanie się po lotniskach i brak nikotyny sprawiły, że dotarłam na lotnisko w Gdańsku w bardzo zestresowanym stanie. Już chyba nigdy nie zdecyduję się na taką długą podróż, chyba, że własnym samochodem gdzie mogę palić i odpoczywać kiedy chcę.
Ale Chorwację polecam bez zastrzeżeń!
Podróż była, delikatnie mówiąc, upierdliwa, bo bezpośrednich lotów do Splitu nie było ani z Gdańska ani z Warszawy ani nawet z Berlina czy Frankfurtu, więc musieliśmy lecieć przez Londyn, czyli bardzo okrężną drogą. No ale dotarliśmy na miejsce. Po tylu godzinach spędzonych na lotniskach, w samolotach a potem w autobusie, który dowiózł nas do miasta, pragnęłam tylko kilku zastrzyków nikotyny oraz bardzo zimnego piwa, co, na szczęście, udało mi się zrealizować w podłej kafejce tuż przy stacji autobusowej.
Tymczasem gospodarz zamówionego wcześniej apartamentu już czekał na miejscu i niecierpliwił się naszym opóżnieniem. Telefonicznie doradził nam dojście do apartamentu piechotą wzdłuż nabrzeża,
Jednak nie mogę narzekać: długa podróż i, w dużo mniejszym stopniu, pieszy dostęp do kwatery były jedynymi mankamentami tej wyprawy (to drugie okazało się być dużym problemem dla pary Izraelczyków, którzy dobili do naszej kwatery jednego wieczora wyrażnie w stanie wyczerpania fizycznego i psychicznego). Wszystko inne było zachwycające! Widoki,
Moim najsilniejszym wrażeniem ze Splitu jednak pozostaną ryby. Każda szanująca się restauracja (a było ich mnóstwo) brała sobie za punkt honoru podawanie najświeższych ryb z porannego połowu. Wobec tego w ich menu pozycje takie jak filet z dorady, itp., były bardzo nieliczne, natomiast na samym czele widniały: ryba klasy I, ze świeżego morskiego połowu – 430 kuna za kilogram, ryba klasy II, świeża ale z hodowli – 310 kuna (1 kuna to 56 groszy, więc orientacyjnie można było ceny dzielić na pół). Jeżeli to się zamówiło, to przynosili wielki półmiskek świeżych ryb i kazali sobie wybrać sztukę, a potem ważyli i odpowiednio kasowali.
Po raz pierwszy w życiu jadłam dość płaską i paskudnie wyglądającą rybę z wielką głową i grożnymi kolcami na grzbiecie i płetwach, która po angielsku zwie się John Dory albo Peter’s Fish, a po polsku piotrosz.
Nasza kwatera była fajna, kompletnie adekwatnie wyposażony apartamencik (bo malutki) na wysokim parterze pięknego domku, z dostępem na ganek,
Targi nas trochę ominęły, albo raczej my je, bo odbywały się rano, a nam, jak zwykle od czasu przejścia na emeryturę, nie udawało się ruszyć z pieleszy przed 12-tą. Szkoda, bo to, co po nich pozostało wyglądało ciekawie. Na targu rybnym w południe zostało już tylko jedno stoisko, na które ktoś akurat dowoził przed naszymi oczami skrzynkę świeżych sardynek, a na targu zielonym było jeszcze kilka niemrawych stoisk z pomidorami, cukiniami i paprykami oraz ze dwa z wędlinami i serami. Nawet coś tam kupiłam, kilka pomidorów na śniadanie, a potem jeszcze jakiś dobry ser i salami, ale po mocno zawyżonych cenach, bo cwaniak sprzedawca zoczył frajera. Ja często dobrowolnie daję się oszukiwać, bo zważywszy koszty emocjonalne i monetarne, dochodzę do wniosku, że tak będzie najlepiej. Ale nie zrozumcie mnie żle, jeżeli na czymś mi szczególnie zależy albo w rachubę wchodzi zasada, to nie pozwolę nikomu dmuchać w moją kaszę i się postawię!
Nie uda mi się tutaj opisać wszystkich moich wrażeń z Chorwacji, bo musiałabym chyba książkę napisać, więc na zakończenie chyba najstosowniejsza będzie skrócona chronologia. W dzień przylotu dotarliśmy do kwatery około 7-mej wieczorem, po powyżej wspomnianym postoju w kafejce na stacji autobusowej, i natychmiast udałam się do pobliskiego sklepiku w celu zabezpieczenia wiktuałów na śniadanie. Zaraz potem poszliśmy na kolację do najbliższej restauracji pod tytułem Głęboki Cień (tyle, że po chorwacku) i tam zjedliśmy cielęce steki z grilla, bo jeszcze nie ośmieliłam się do ryb. Następnego dnia, po całkiem miłym śniadanku na ganku wyruszyłam sama na pobliskie wzgórze Marjan, podczas gdy mąż, oderwawszy się w końcu od obsługi swoich gadżetów, poszedł się umyć i ubrać. Po wspinaniu się po naszej uliczce przez tylko 10 minut, w ciągu których doświadczyłam pięknego, kwiatowo-ziołowego aromatu chorwackich sosen oraz odgłosów tysięcy cykad, dotarłam na (prawie) szczyt i oszołomiły mnie wspaniałe widoki na port
Poszliśmy potem do banku w mieście, żeby wymienić pieniądze, bo gdzieś wyczytaliśmy, że na miejscu lepiej niż w obcych krajach. Potem kupiłam sobie na jakimś stoisku szal, którego używałam przez cały pobyt, a to jako osłonę przed słońcem czy wieczornym chłodkiem, a to jako spódniczkę przyzwoitkę kiedy byłam w szortach, a to znowu jako wyściółkę na twarde siedzenie na promie. Odwiedziliśmy też te dwa targi, których już nie było i zwiedziliśmy pałac, który jakiś wielki władca przygotował dla siebie, ale z którego nigdy nie skorzystał,
Następnego dnia wybraliśmy się promem na najbliższą z tysiąca chorwackich wysp i jedną z pięciu zamieszkałych, Brać (Bracz), do jej głównego miasta Supetar. Warto było, bo widoki po drodze były zachwycające,
W końcu, przewidywalnie, nadszedł ostatni dzień pobytu. Samolot mieliśmy póżnym popołudniem, więc jeszcze zdążyliśmy odbyć śniadanko na ganku oraz zjeść pyszny obiad w restauracji: ja doskonałego okonia morskiego, a mąż befsztyk. Powrotna droga mnie mocno wymęczyła: dwa loty po dwie i dwie i pół godziny, szwendanie się po lotniskach i brak nikotyny sprawiły, że dotarłam na lotnisko w Gdańsku w bardzo zestresowanym stanie. Już chyba nigdy nie zdecyduję się na taką długą podróż, chyba, że własnym samochodem gdzie mogę palić i odpoczywać kiedy chcę.
Ale Chorwację polecam bez zastrzeżeń!
niedziela, 6 września 2015
Wybrednego smakosza przegląd sopockich restauracji
Uwielbiam jeść i zresztą gotować też, ale tak się składa, że co najmniej raz na tydzień jadam w restauracji. W Sopocie jest ich zastraszająca ilość i wiele z nich przez ostatnie parę lat odwiedziłam, z różnym powodzeniem. Poniżej opisuję moje wrażenia z nich, ale, żeby je w pełni zrozumieć, trzeba znać mój gust kulinarny. Lubię potrawy wyraziste, dobrze przyprawione, nie unikam ostrych; uwielbiam kuchnię polską, francuską, włoską, hinduską i chińską; nierozgotowane warzywa swojskie i śródziemnomorskie, kiszonki, surówki i zielone sałatki z odpowiednim sosikiem oraz wszelkie zioła i czosnek. Lubię mięsa i sery, najświeższe ryby oraz krewetki, homary i raki (niestety na małżowate mam uczulenie) a także pierogi, naleśniki i kluski (oprócz śląskich, bo zbyt gumowate). W poniższych opisach nie podaję dokłanych adresów, ale chętni mogą je łatwo znaleźć w Internecie – wiele jest na głównym sopockim deptaku prowadzącym do mola, ul. Bohaterów Monte Cassino.
Bar Przystań – najpopularniejsza w Sopocie restauracja rybna i bodajże jedyna, która się w rybach specjalizuje. Znajduje się tuż przy plaży na gdańskim skraju Sopotu i zawsze jest zatłoczona. Moim zdaniem jest mocno przereklamowana: ryby, owszem, świeże, ale te z pieca są wysuszone i słabo przyprawione, a dodatki miernej jakości. Można tam pójść, ale niekoniecznie.
Baroco – na rogu ulic Boh.Monte Cassino i Westerplatte, ze stolikami na zewnątrz. Jedzenie jest wspaniałe i pięknie podane: befsztyki, pieczone i smażone ryby, sałatki oraz bardzo tanie i pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) w południe, ale obsługa i organizacja marniutka i łatwo się załamuje - przypuszczalnie z powodu niedoświadczonego kierownika i niedoświadczonych, przepracowanych kelnerek. Moje ulubione danie to pieczony łosoś z mozzarellą i suszonymi pomidorami na gotowanych warzywach (kalafior, brokuły, marchew, cukinia), ale jadłam tam też świetne flądry z pieca. Polecam cierpliwym gościom o stoickim usposobieniu.
Smakosz – mniej więcej w połowie ul. Boh.Monte Cassino. Reklamuje polskie dania i owszem, ma je w menu, ale kiedy tam zawitaliśmy z naszymi litewskimi gośćmi, okazało się, że np. żadnych pierogów akurat nie ma. Mąż tam tydzień wcześniej jadł pyszny szpinak z masłem i czosnkiem, ale tego dnia nam się nie powiodło. Ja zamówiłam smażonego łososia, którego podali wysmażonego do sucha, w panierce – no toż to świętokradztwo! Towarzyszące surówki były znośne, ale nieciekawe. Kolega jadł smutno i wątle wyglądające pieczone żeberka, a mąż polędwiczki wieprzowe z kurkami, które były bardzo smaczne. Ogólnie więc nie polecam.
Cuda Wianki – przyjazna i tania naleśnikarnia na górze Monte Cassino. Pyszne naleśniki ze zwykłej mąki lub pełnoziarnistej albo ziemniaczane, z dużym wyborem farszu. M.in. robią naleśnik z farszem jak do pierogów ruskich – niebo w gębie! Jedyny mankament to mała ilość stolików, więc zwykle trzeba chwilę poczekać. Uwaga: nie podają piwa ani wina! Zdecydowanie polecam.
Błękitny Pudel – na Monte Cassino, mniej więcej naprzeciw Krzywego Domku, ze stolikami na zewnątrz. Ceny przystępne, jedzenie bardzo dobre, mają niezbyt szerokie menu zawierające swojskie polskie potrawy (np. doskonałe pierogi ruskie, kaszanka, wątróbka) oraz różne bardziej wykwintne, ale co najmniej pół godziny się na nie czeka. Polecam dla cierpliwych, zawsze można czas zabić herbatką czy piwem.
Mówisz i MASZ (do niedawna Image) – cenowo niezbyt droga jak na Sopot, bardzo dobra restauracja / pub na Grunwaldzkiej. Jako Image, jeszcze na początku tego roku, była moją ulubioną restauracją, bo miała ciekawy, przytulny i niecodzienny wystrój (m. in. z rysunkami z Kamasutry na suficie) i oferowała pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) za 20 zł, z których mąż zawsze korzystał, a w menu miała wykwintne dania, np. skwierczące krewetki w maśle z czosnkiem (moje ulubione) czy kotleciki z jagnięciny. Obecny wystrój jest prosty i mniej przytulny, ale może bardziej atrakcyjny dla młodych? Podejrzewam, że w nowej nazwie „i MASZ” odzwierciedla polską wymowę francuskiego słowa „image”. Menu nie zawiera już tanich zestawów obiadowych, chociaż może po sezonie do nich powrócą, ale nadal serwują te wspaniałe krewetki oraz codziennie wybór świeżutkich i dobrze przyrządzonych ryb. Podczas ostatniej tam wizyty, dwa tygodnie temu, odrobinę się zawiodłam, bo przy zamawianiu wskazałam palcem na menu ciekawie brzmiący chłodnik z jogurtem, rzodkiewką i kalarepą, a przyniesiono mi taki z botwinki, który widniał na tablicy przed restauracją, i na dodatek nie tak smaczny jak ten, który często sama robię. Absolutnie nie był zły, ale uważam, że kelnerka (jakaś nowa, bo nigdy przedtem jej tam nie widziałam) powinna była mnie poinformować o tym przy zamawianiu. Pomimo tego, polecam gorąco.
Sanatorium – dwa kroki od Mówisz i MASZ, potrawy tańsze i bardzo pyszne. Najlepsze są makarony, które można wybrać do każdej potrawy. Ja zwykle biorę moje ulubione farfalle w potrawie Sanatorium - szparagi, czosnek, oliwa i boczek. Polecam.
Pizza Tresoro – na górze Monte Cassino oraz przy Władysława łokietka w kierunku na Gdańsk. Ciasto doskonałe! Moja ulubiona pizza to ta z pikantnym włoskim salami, ale wybór jest olbrzymi. Polecam.
Dwie restauracje hinduskie, niedaleko od siebie na Grunwaldzkiej, jedna po tej stronie co Sanatorium, a druga po przeciwnej. W pierwszej podają potrawy może i z hinduskich przepisów, ale chyba robione z polskich zastępczych składników, więc efekt w niczym nie przypomina mojej ukochanej kuchni hinduskiej. W drugiej każde danie jest serwowane w takim samym pomidorowym sosie, co w ogóle nie ma odniesienia do prawdziwej kuchni hinduskiej, którą dobrze znam. To jest skandal i obraza! Absolutnie odradzam!
Browar Sopocki – były Złoty Ul na górze Monciaka – od niepamiętnych czasów była to knajpa dla samotnych i spragnionych oraz dla chętnych na czarnorynkowe dolary, gdzie równie dobrze można było wypić kawę i zjeść ciastko jak się upić. Od niedawna jest tam elegancka restauracja, a w głębi prawdziwy i działający browar, produkujący najprzedziwniejsze piwa, które serwowane są w restauracji . Mają wspaniałe befsztyki, ale podają je z wielkimi i kompletnie nieporęcznymi kuchennymi nożami zamiast noży do steków – może wydaje im się, że tak jest bardziej światowo, ale naprawdę trudno tym jeść. Warto spróbować.
Bar Przystań – najpopularniejsza w Sopocie restauracja rybna i bodajże jedyna, która się w rybach specjalizuje. Znajduje się tuż przy plaży na gdańskim skraju Sopotu i zawsze jest zatłoczona. Moim zdaniem jest mocno przereklamowana: ryby, owszem, świeże, ale te z pieca są wysuszone i słabo przyprawione, a dodatki miernej jakości. Można tam pójść, ale niekoniecznie.
Baroco – na rogu ulic Boh.Monte Cassino i Westerplatte, ze stolikami na zewnątrz. Jedzenie jest wspaniałe i pięknie podane: befsztyki, pieczone i smażone ryby, sałatki oraz bardzo tanie i pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) w południe, ale obsługa i organizacja marniutka i łatwo się załamuje - przypuszczalnie z powodu niedoświadczonego kierownika i niedoświadczonych, przepracowanych kelnerek. Moje ulubione danie to pieczony łosoś z mozzarellą i suszonymi pomidorami na gotowanych warzywach (kalafior, brokuły, marchew, cukinia), ale jadłam tam też świetne flądry z pieca. Polecam cierpliwym gościom o stoickim usposobieniu.
Smakosz – mniej więcej w połowie ul. Boh.Monte Cassino. Reklamuje polskie dania i owszem, ma je w menu, ale kiedy tam zawitaliśmy z naszymi litewskimi gośćmi, okazało się, że np. żadnych pierogów akurat nie ma. Mąż tam tydzień wcześniej jadł pyszny szpinak z masłem i czosnkiem, ale tego dnia nam się nie powiodło. Ja zamówiłam smażonego łososia, którego podali wysmażonego do sucha, w panierce – no toż to świętokradztwo! Towarzyszące surówki były znośne, ale nieciekawe. Kolega jadł smutno i wątle wyglądające pieczone żeberka, a mąż polędwiczki wieprzowe z kurkami, które były bardzo smaczne. Ogólnie więc nie polecam.
Cuda Wianki – przyjazna i tania naleśnikarnia na górze Monte Cassino. Pyszne naleśniki ze zwykłej mąki lub pełnoziarnistej albo ziemniaczane, z dużym wyborem farszu. M.in. robią naleśnik z farszem jak do pierogów ruskich – niebo w gębie! Jedyny mankament to mała ilość stolików, więc zwykle trzeba chwilę poczekać. Uwaga: nie podają piwa ani wina! Zdecydowanie polecam.
Błękitny Pudel – na Monte Cassino, mniej więcej naprzeciw Krzywego Domku, ze stolikami na zewnątrz. Ceny przystępne, jedzenie bardzo dobre, mają niezbyt szerokie menu zawierające swojskie polskie potrawy (np. doskonałe pierogi ruskie, kaszanka, wątróbka) oraz różne bardziej wykwintne, ale co najmniej pół godziny się na nie czeka. Polecam dla cierpliwych, zawsze można czas zabić herbatką czy piwem.
Mówisz i MASZ (do niedawna Image) – cenowo niezbyt droga jak na Sopot, bardzo dobra restauracja / pub na Grunwaldzkiej. Jako Image, jeszcze na początku tego roku, była moją ulubioną restauracją, bo miała ciekawy, przytulny i niecodzienny wystrój (m. in. z rysunkami z Kamasutry na suficie) i oferowała pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) za 20 zł, z których mąż zawsze korzystał, a w menu miała wykwintne dania, np. skwierczące krewetki w maśle z czosnkiem (moje ulubione) czy kotleciki z jagnięciny. Obecny wystrój jest prosty i mniej przytulny, ale może bardziej atrakcyjny dla młodych? Podejrzewam, że w nowej nazwie „i MASZ” odzwierciedla polską wymowę francuskiego słowa „image”. Menu nie zawiera już tanich zestawów obiadowych, chociaż może po sezonie do nich powrócą, ale nadal serwują te wspaniałe krewetki oraz codziennie wybór świeżutkich i dobrze przyrządzonych ryb. Podczas ostatniej tam wizyty, dwa tygodnie temu, odrobinę się zawiodłam, bo przy zamawianiu wskazałam palcem na menu ciekawie brzmiący chłodnik z jogurtem, rzodkiewką i kalarepą, a przyniesiono mi taki z botwinki, który widniał na tablicy przed restauracją, i na dodatek nie tak smaczny jak ten, który często sama robię. Absolutnie nie był zły, ale uważam, że kelnerka (jakaś nowa, bo nigdy przedtem jej tam nie widziałam) powinna była mnie poinformować o tym przy zamawianiu. Pomimo tego, polecam gorąco.
Sanatorium – dwa kroki od Mówisz i MASZ, potrawy tańsze i bardzo pyszne. Najlepsze są makarony, które można wybrać do każdej potrawy. Ja zwykle biorę moje ulubione farfalle w potrawie Sanatorium - szparagi, czosnek, oliwa i boczek. Polecam.
Pizza Tresoro – na górze Monte Cassino oraz przy Władysława łokietka w kierunku na Gdańsk. Ciasto doskonałe! Moja ulubiona pizza to ta z pikantnym włoskim salami, ale wybór jest olbrzymi. Polecam.
Dwie restauracje hinduskie, niedaleko od siebie na Grunwaldzkiej, jedna po tej stronie co Sanatorium, a druga po przeciwnej. W pierwszej podają potrawy może i z hinduskich przepisów, ale chyba robione z polskich zastępczych składników, więc efekt w niczym nie przypomina mojej ukochanej kuchni hinduskiej. W drugiej każde danie jest serwowane w takim samym pomidorowym sosie, co w ogóle nie ma odniesienia do prawdziwej kuchni hinduskiej, którą dobrze znam. To jest skandal i obraza! Absolutnie odradzam!
Browar Sopocki – były Złoty Ul na górze Monciaka – od niepamiętnych czasów była to knajpa dla samotnych i spragnionych oraz dla chętnych na czarnorynkowe dolary, gdzie równie dobrze można było wypić kawę i zjeść ciastko jak się upić. Od niedawna jest tam elegancka restauracja, a w głębi prawdziwy i działający browar, produkujący najprzedziwniejsze piwa, które serwowane są w restauracji . Mają wspaniałe befsztyki, ale podają je z wielkimi i kompletnie nieporęcznymi kuchennymi nożami zamiast noży do steków – może wydaje im się, że tak jest bardziej światowo, ale naprawdę trudno tym jeść. Warto spróbować.
środa, 26 sierpnia 2015
Ostatni zajazd na Litwie
Planując i przygotowując imprezę na 90-te urodziny Mamy nie mogłam się opędzić od podtytułu „Pana Tadeusza”. Wbił mi się w mózg z kilku powodów, z których najważniejsze to zdrowotna równia pochyła, po której Mama coraz szybciej zjeżdża oraz postępujący niedobór energii u organizatorów, czyli mnie i mojej siostry.
Na imprezę chciałyśmy zaprosić wszystkich przyjaciół domu oraz najbliższą rodzinę z Krakowa i Bielska-Białej i wyszło tego ok. 50-ciu osób, więc, pomimo tego, że Mamy urodziny wypadają w listopadzie, impreza musiała się odbyć w lecie, w ogrodzie, bo jej dwuizbowy wiejski domek takiej liczby gości nie byłby w stanie pomieścić, toż to prawie jak całkiem przyzwoite wesele!
Wyznaczyłyśmy termin na sobotę 25-go lipca i planowanie zaczęłyśmy miesiąc wcześniej, a zakupy niedługo potem. Menu było obszerne i urozmaicone: na początek barszcz z krokietami, których sporą ilość wyprodukowałyśmy dużo wcześniej i zamroziłyśmy na właśnie taką okazję; kilka wykwintnych potraw na zimno z pieczywem, żeby umilić czekanie na grill, a z grilla marynowane polędwiczki wieprzowe i kiełbaski z bardzo dobrej wędliniarni. Na koniec jeszcze dodałam kilka filetów z łososia, żeby się nie zmarnowały, bo miałam przygotowane do usmażenia poprzedniego dnia dla gości z południa, ale nie wszystkie się zjadły, więc na imprezie przyprawiłam je jednym z sosów przygotowanych do krewetek (sojowo-imbirowym), ugrillowałam i miały wielkie powodzenie wśród kilku spóżnionych gości.
Potrawy na zimno składały się z mozzarelli z pomidorami, przyprawionej oregano i oliwą; olbrzymich krewetek z dwoma sosami, sojowo-imbirowym i majonezowym z harissą; wędzonego łososia w sosie śmietanowo-chrzanowym z kaparkami; sałatki z młodych ziemniaków i jajek w majonezie ze szczypiorem; kurczaka koronacyjnego (potrawa wymyślona na 50-tą rocznicę koronacji angielskiej królowej Elżbiety II); świeżutkich białych bułeczek; chrupiących ogórków zakiszonych tydzień wcześniej oraz pysznego smalcu i żytniego chleba. Na wszelki wypadek był też półmisek porcjowanych pieczonych kurczaków do konsupmpcji na zimno lub z grilla, żeby, broń Boże, nikt nie wyszedł głodny, ale zostały prawie wszystkie, bo oczywiście, jak zwykle u mnie, wszystkiego było za dużo. Mam jakąś paranoję na ten temat: w czasie przygotowywania wpadam w panikę, że nie starczy tego dla wszystkich, a potem zawsze się okazuje, że jest na pułk wojska.
Na deser były dwa półmiski pokrojonych i pięknie przez kuzynkę i najbliższą przyjaciółkę zaprezentowanych owoców, trzy torty z naszej wypróbowanej cukierni Sowa (zupełnie niepowiązanej z tą od podsłuchów) oraz ciasta zakupione przez gości z południa. Całemu posiłkowi towarzyszyły woda, soki oraz galony wina i piwa, więc było co pić.
Gości przybyło na imprezę trochę mniej, ok. 35, bo nie wszyscy mogli, ale parking na trawniku wzdłuż wjazdu i tak okazał się niewystarczający, więc najpózniejsi goście zaparkowali już na szosie. Kiedy najwcześniejsi przybysze chcieli wyjechać, trzeba było zrobić większe przemeblowanie.
Skomplikowanymi manewrami samochodów bardzo sprawnie zawiadował brat - kapitan, który ma ku temu wybitne kwalifikacje, jako że jego obecna praca obejmuje m.in. ształowanie trudnych ładunków na statkach.
Os, much i komarów na szczęście nie było z powodu deszczowej aury, ale przybył jeden nieproszony gość - wielka i malownicza ćma, która całkiem możliwie mogła być jakimś paskudnym szkodnikiem drzew.
Mimo burzliwej i deszczowej pogody impreza była udana. Mama, która już nie wstaje z łóżka i jest bardzo słaba, kazała się wywieźć na wózku na ganek, gdzie przywitał ją tłum gości, intonując „Sto lat”, co ją bardzo ucieszyło i podbudowało.
Miała w ogóle bardzo zajęty dzień, bo każdy nowy przybysz wchodził do jej pokoju, żeby się przywitać, wręczyć kwiaty i pogadać. Mama, choć urodzona w Jaworznie, jest z natury góralką i harcerką, więc nic jej nie straszne. Wspominała to potem przez kilka dni, mimo, że pamięć już bardzo szwankuje. Bardzo dobrze też jej zrobiła obecność gości z dalekiego południa: córki jej zmarłego brata, siostry Taty z mężem i naszej najbliższej prrzyjaciółki, która od dziecka uważa ją za swoją drugą mamę, więc doceniam ich trud w pokonaniu ciężkiej drogi z jednego końca Polski na drugi.
Konstatuję wobec powyższego, że nasz wysiłek w przygotowaniu imprezy się opłacił z nadwyżką, zwłaszcza, że szczególnie dobrze wpłynęła ona na Mamę, która po niej odzyskała trochę chęci do życia.
Na imprezę chciałyśmy zaprosić wszystkich przyjaciół domu oraz najbliższą rodzinę z Krakowa i Bielska-Białej i wyszło tego ok. 50-ciu osób, więc, pomimo tego, że Mamy urodziny wypadają w listopadzie, impreza musiała się odbyć w lecie, w ogrodzie, bo jej dwuizbowy wiejski domek takiej liczby gości nie byłby w stanie pomieścić, toż to prawie jak całkiem przyzwoite wesele!
Wyznaczyłyśmy termin na sobotę 25-go lipca i planowanie zaczęłyśmy miesiąc wcześniej, a zakupy niedługo potem. Menu było obszerne i urozmaicone: na początek barszcz z krokietami, których sporą ilość wyprodukowałyśmy dużo wcześniej i zamroziłyśmy na właśnie taką okazję; kilka wykwintnych potraw na zimno z pieczywem, żeby umilić czekanie na grill, a z grilla marynowane polędwiczki wieprzowe i kiełbaski z bardzo dobrej wędliniarni. Na koniec jeszcze dodałam kilka filetów z łososia, żeby się nie zmarnowały, bo miałam przygotowane do usmażenia poprzedniego dnia dla gości z południa, ale nie wszystkie się zjadły, więc na imprezie przyprawiłam je jednym z sosów przygotowanych do krewetek (sojowo-imbirowym), ugrillowałam i miały wielkie powodzenie wśród kilku spóżnionych gości.
Potrawy na zimno składały się z mozzarelli z pomidorami, przyprawionej oregano i oliwą; olbrzymich krewetek z dwoma sosami, sojowo-imbirowym i majonezowym z harissą; wędzonego łososia w sosie śmietanowo-chrzanowym z kaparkami; sałatki z młodych ziemniaków i jajek w majonezie ze szczypiorem; kurczaka koronacyjnego (potrawa wymyślona na 50-tą rocznicę koronacji angielskiej królowej Elżbiety II); świeżutkich białych bułeczek; chrupiących ogórków zakiszonych tydzień wcześniej oraz pysznego smalcu i żytniego chleba. Na wszelki wypadek był też półmisek porcjowanych pieczonych kurczaków do konsupmpcji na zimno lub z grilla, żeby, broń Boże, nikt nie wyszedł głodny, ale zostały prawie wszystkie, bo oczywiście, jak zwykle u mnie, wszystkiego było za dużo. Mam jakąś paranoję na ten temat: w czasie przygotowywania wpadam w panikę, że nie starczy tego dla wszystkich, a potem zawsze się okazuje, że jest na pułk wojska.
Na deser były dwa półmiski pokrojonych i pięknie przez kuzynkę i najbliższą przyjaciółkę zaprezentowanych owoców, trzy torty z naszej wypróbowanej cukierni Sowa (zupełnie niepowiązanej z tą od podsłuchów) oraz ciasta zakupione przez gości z południa. Całemu posiłkowi towarzyszyły woda, soki oraz galony wina i piwa, więc było co pić.
Gości przybyło na imprezę trochę mniej, ok. 35, bo nie wszyscy mogli, ale parking na trawniku wzdłuż wjazdu i tak okazał się niewystarczający, więc najpózniejsi goście zaparkowali już na szosie. Kiedy najwcześniejsi przybysze chcieli wyjechać, trzeba było zrobić większe przemeblowanie.
Os, much i komarów na szczęście nie było z powodu deszczowej aury, ale przybył jeden nieproszony gość - wielka i malownicza ćma, która całkiem możliwie mogła być jakimś paskudnym szkodnikiem drzew.
Mimo burzliwej i deszczowej pogody impreza była udana. Mama, która już nie wstaje z łóżka i jest bardzo słaba, kazała się wywieźć na wózku na ganek, gdzie przywitał ją tłum gości, intonując „Sto lat”, co ją bardzo ucieszyło i podbudowało.
Konstatuję wobec powyższego, że nasz wysiłek w przygotowaniu imprezy się opłacił z nadwyżką, zwłaszcza, że szczególnie dobrze wpłynęła ona na Mamę, która po niej odzyskała trochę chęci do życia.
czwartek, 13 sierpnia 2015
Dziw natury? Rododendron w sierpniu!
W moim maciupcim miejskim ogródku właśnie kwitnie rododendron!!!
A żeby nie było wątpliwości, na następnym zdjęciu widać jego typowo sierpniowe otoczenie: hortensję, niecierpek, begonię, paproć i funkię.
Ten okaz posadziłam późnym majem, kiedy już przekwitał. Potem oberwałam mu przekwitnięte kwiaty, żeby nie wysilał się niepotrzebnie na nasiona, i, zgodnie z moimi oczekiwaniami, zawiązał dorodne pąki kwiatowe, a tydzień temu, ku mojemu bezmiernemu zdumieniu, zaczął je otwierać! Myślałam, że to to będzie tylko jeden pomylony pąk, ale zaraz zakwitł drugi i już dwa następne pękły. Do tej pory byłam święcie przekonana, że rododendrony kwitną tylko raz do roku, w maju, a potem tworzą przyrosty i pąki kwiatowe na następny rok.
A żeby nie było wątpliwości, na następnym zdjęciu widać jego typowo sierpniowe otoczenie: hortensję, niecierpek, begonię, paproć i funkię.
Ten okaz posadziłam późnym majem, kiedy już przekwitał. Potem oberwałam mu przekwitnięte kwiaty, żeby nie wysilał się niepotrzebnie na nasiona, i, zgodnie z moimi oczekiwaniami, zawiązał dorodne pąki kwiatowe, a tydzień temu, ku mojemu bezmiernemu zdumieniu, zaczął je otwierać! Myślałam, że to to będzie tylko jeden pomylony pąk, ale zaraz zakwitł drugi i już dwa następne pękły. Do tej pory byłam święcie przekonana, że rododendrony kwitną tylko raz do roku, w maju, a potem tworzą przyrosty i pąki kwiatowe na następny rok.
wtorek, 30 czerwca 2015
Powiadomienie dla moich blogerskich przyjaciół
Drodzy wirtualni przyjaciele,
Nie pisałam na blogu chyba od kwietnia, a nie zaglądałam do przyjaciół przez cały czerwiec, więc istnieje możliwość, że administratorzy uznają mnie za zmarłą i usuną mój blog. Ja jednak dalej przebywam na tym padole łez, no, może w trochę gorszej formie, ale jednak. Mam kilka wpisów w przygotowaniu, ale po prostu nie miałam czasu się tym zająć.
Po pierwsze, przez cały czerwiec co weekend mieliśmy gości, na przemian z Anglii, Litwy i Szwecji, i chociaż wszyscy byli mile widziani i niekłopotliwi, to jednak trochę mnie to angażowało.
Po drugie, pod koniec czerwca mieliśmy kolejny zjazd klasy maturalnej (47-ma rocznica!!!), który ja organizowałam i na który cały catering przygotowywałam ja, mój kolega z Anglii i moja siostra, więc było co robić aby wykarmić 18 wybrednych osób na podwieczorek, wykwintną kolację i śniadanie następnego dnia. Nieskromnie się pochwalę, że menu było znakomite i wszystkim smakowało. Na przystawki podaliśmy terrine z kaczki z żurawiną i pistacjami w towarzystwie marynowanych prawdziwków (przyjaciel), wieprzowy pasztet Ardennes z zielonym pieprzem (ja), wędzonego łososia w sosie chrzanowo-kaparkowym (ja), sałatkę z pieczonych buraków z oscypkiem na rukoli (przyjaciel) oraz zieloną sałatkę z sosem vinaigrette (ja). Na danie główne był mój Boeuf Bourguignon z makaronem farfalle i przyjaciela tajskie curry z kurczaka z ryżem i dodatkowymi , mniej lub bardziej ostrymi, sosikami. Na deser były francuskie sery z winogronami i wspaniałe torty z cukierni Sowa, a do wszystkiego były odpowiednie wina. Zupełnie jak w pięciogwiazdkowej restauracji!
Po trzecie, mojej prawie 90-cio letniej, leżącej w łóżku od 2011 roku Mamie, którą od lat opiekuje się moja siostra, się pogorszyło, nogi jej kompletnie wysiadły, tak, że już nie może wstawać na krzesło klozetowe, a poza tym zaczęła mieć halucynacje, więc trzeba było natychmiast zorganizować pomoc, bo nie można jej zostawić samej ani na chwilę. Na szczęście udało się szybko znaleźć kompetentną opiekunkę (oczywiście prywatnie) i zainstalowaliśmy szpitalne łóżko z elekronicznym podnoszeniem pacjenta, więc sytuacja jest opanowana.
Po czwarte, ja przeszłam serię dogłębnych badań, które ujawniły, że mój przewód pokarmowy jest w dość nieciekawym stanie, ale raka nie mam i da się to ogarnąć, chociaż w każdej chwili może wystąpić niebezpieczny stan zapalny.
Po piąte, do końca lipca muszę koniecznie zrobić robotę, która nade mną wisi od kwietnia, ale do której nie mogłam się do tej pory zmobilizować.
Wobec powyższego proszę wirtualne towarzystwo o cierpliwość, nadal chcę z Wami być, ale mam przejściowe „schody”.
Nie pisałam na blogu chyba od kwietnia, a nie zaglądałam do przyjaciół przez cały czerwiec, więc istnieje możliwość, że administratorzy uznają mnie za zmarłą i usuną mój blog. Ja jednak dalej przebywam na tym padole łez, no, może w trochę gorszej formie, ale jednak. Mam kilka wpisów w przygotowaniu, ale po prostu nie miałam czasu się tym zająć.
Po pierwsze, przez cały czerwiec co weekend mieliśmy gości, na przemian z Anglii, Litwy i Szwecji, i chociaż wszyscy byli mile widziani i niekłopotliwi, to jednak trochę mnie to angażowało.
Po drugie, pod koniec czerwca mieliśmy kolejny zjazd klasy maturalnej (47-ma rocznica!!!), który ja organizowałam i na który cały catering przygotowywałam ja, mój kolega z Anglii i moja siostra, więc było co robić aby wykarmić 18 wybrednych osób na podwieczorek, wykwintną kolację i śniadanie następnego dnia. Nieskromnie się pochwalę, że menu było znakomite i wszystkim smakowało. Na przystawki podaliśmy terrine z kaczki z żurawiną i pistacjami w towarzystwie marynowanych prawdziwków (przyjaciel), wieprzowy pasztet Ardennes z zielonym pieprzem (ja), wędzonego łososia w sosie chrzanowo-kaparkowym (ja), sałatkę z pieczonych buraków z oscypkiem na rukoli (przyjaciel) oraz zieloną sałatkę z sosem vinaigrette (ja). Na danie główne był mój Boeuf Bourguignon z makaronem farfalle i przyjaciela tajskie curry z kurczaka z ryżem i dodatkowymi , mniej lub bardziej ostrymi, sosikami. Na deser były francuskie sery z winogronami i wspaniałe torty z cukierni Sowa, a do wszystkiego były odpowiednie wina. Zupełnie jak w pięciogwiazdkowej restauracji!
Po trzecie, mojej prawie 90-cio letniej, leżącej w łóżku od 2011 roku Mamie, którą od lat opiekuje się moja siostra, się pogorszyło, nogi jej kompletnie wysiadły, tak, że już nie może wstawać na krzesło klozetowe, a poza tym zaczęła mieć halucynacje, więc trzeba było natychmiast zorganizować pomoc, bo nie można jej zostawić samej ani na chwilę. Na szczęście udało się szybko znaleźć kompetentną opiekunkę (oczywiście prywatnie) i zainstalowaliśmy szpitalne łóżko z elekronicznym podnoszeniem pacjenta, więc sytuacja jest opanowana.
Po czwarte, ja przeszłam serię dogłębnych badań, które ujawniły, że mój przewód pokarmowy jest w dość nieciekawym stanie, ale raka nie mam i da się to ogarnąć, chociaż w każdej chwili może wystąpić niebezpieczny stan zapalny.
Po piąte, do końca lipca muszę koniecznie zrobić robotę, która nade mną wisi od kwietnia, ale do której nie mogłam się do tej pory zmobilizować.
Wobec powyższego proszę wirtualne towarzystwo o cierpliwość, nadal chcę z Wami być, ale mam przejściowe „schody”.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Wizyta
Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...
-
Kiedy czytam moje ulubione blogi, nasuwają mi się myśli i wspomnienia wydarzeń, własnych lub zaobserwowanych, które trudno ująć tylko w kom...
-
Jeżeli istnieje polski odpowiednik angielskiego „dress code”, to mam nadzieję, że ktoś mnie uświadomi, bo na takowy się nie natknęłam. Cho...
-
O pięć minut drogi od naszego mieszkania znajduje się niepokaźny sklepik Carrefour. Jest mały i ciasny, bez ruchomych taśm do towarów przy...