Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosyjski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rosyjski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 lutego 2013

Mam żal do Komuny

Mam  żal do „Komuny” o to, że odebrała mi na długie lata cieszenie się pięknym językiem rosyjskim oraz możliwośc  jego nauczenia się za młodu, kiedy umysł był chłonny i pragnący wiedzy wszelkiego rodzaju.

W czasach, kiedy chodziłam do szkoły podstawowej i liceum, a potem na studia magisterskie, rosyjski był przedmiotem obowiązkowym, wyłącznie z powodów politycznych, bo przecież, przy najlepszych chęciach,  nie można powiedziec, żeby był równie przydatny jak np. angielski, którym porozumiesz się właściwie na całym świecie.

W szkole podstawowej, do której uczęszczało się wtedy przez siedem lat,  rosyjski był jedynym językiem obcym i zaczynał się od klasy piątej.  W (czteroletnim) liceum też był cały czas, ale oprócz niego można było uczyc się innego, zachodniego języka, np. angielskiego, francuskiego czy niemieckiego (a może nawet ten drugi język też był obowiązkowy, nie pamiętam, a jeżeli tak, to jest to godne pochwały, bo wskazuje na dbałośc o wszechstronne wykształcenie młodzieży, a poza tym  był do wyboru.  Zresztą moje liceum było niezwykłe, bo z tzw. wykładowym angielskim, co oznaczało nadgodziny angielskiego i pięc przedmiotów prowadzonych w tym języku równolegle z polskim ). Na pięcioletnich studiach magisterskich rosyjski też był wymagnym przedmiotem przez chyba dwa lata.

Zawsze byłam bardzo dobrą uczennicą i studentką i mam zdolności językowe, dzięki którym  nauczyłam się świetnie angielskiego, dobrze francuskiego, podstaw łaciny i na tyle niemieckiego, żeby czytac niemieckie teksty na tematy lingwistyczne. Więc dlaczego nie rosyjskiego?  A dlatego, że nie chciałam, żeby ktokolwiek pomyślał sobie, że uczę się tego języka, bo jestem pro-komunistyczna i uważam naszych wschodnich sąsiadów za przyjaciół (i nie byłam jedyną osobą, która nie nauczyła się dla zasady)! Byłam zawsze dumna z faktu, że moi rodzice nie byli partyjni – mieli przez to sporo kłopotów i gorsze posady, ale nie byli, bo w Partię nie wierzyli, i już.

Przytomnemu czytelnikowi  zapewne nasuwa się pytanie, jak wobec tego przebrnęłam przez obie szkoły i studia, w każdej instytucji uzyskując odpowiedni dyplom.  To wszystko dzięki nauczycielom!  Nie pamiętam jak było w szkole podstawowej, ale przypuszczam, że wymagania były niezbyt wygórowane i to, czego się nauczyłam mimo woli wystarczyło naszej pani od rosyjskiego, którą przezwaliśmy, z powodów teraz pogrzebanych w głębokiej przeszłości, Tatarata.  W liceum uczyła nas rosyjskiego pani w nieokreślonym (przy najmniej dla nas, nastolatków) wieku, bardzo cicha i nieasertywna, wydająca się nie zauważac żadnych nieodpowiednich zachowań uczniów na jej lekcjach.  Kiedy przychodził czas, żeby stawiac oceny, to zadawała nam jakiś wiersz na pamięc , a potem patrzyła w dziennik, podczas gdy  jeden uczeń po drugim czytał go z książki albo, jak nie znał alfabetu, to z fonetycznie napisanej ściągi.  Może jej współczułam, ale nie do przesady.  Ciekawe, czy się trochę wstydziła tego, że nam to każą.

Na studiach lektorem rosyjskiego był starszy pan z siwymi włosami, nieudolnie ufarbowanymi na fioletowo i zarzuconymi na łysinę (tak jak w mojej ulubionej reklamie cygar Hamlet w angielskiej telewizji).  Ten miły pan nikomu nie chciał psuc szans na studiach z powodu niezaliczenia rosyjskiego,  więc wymyślił na to swój sposób.  Jeżeli studentka płci żeńskiej była absolutnie denna z rosyjskiego, to stawiał jej czwórkę, a jak czymkolwiek się wykazała, to piątkę.  Płec męska miała mniejsze fory: trójka i czwórka, odpowiednio.   

Język rosyjski jest piękny, dla polskiego ucha brzmi melodyjnie i przyjemnie, nie mówiąc już o walorach rosyjskiej literatury pięknej i poezji, które czytałam, ale tylko w polskim tłumaczeniu. Lubię też rosyjskie ludowe śpiewki (ostatnio na koncercie słyszałam wspaniałe w wykonaniu żeńskiego tercetu przy akompaniamencie bandur), i nigdy nie zapomnę „Buria mgłoju niebo krojet, Wichry snieżnyje krutiat, To kak zwierz ona zawojet, to zapłaczet kak dietia”.  Gdyby nie Komuna, to nauczyłabym się tego języka i wtedy dane by mi było przeczytac  jedną z moich ulubionych powieści, „Mistrz i Małgorzata”, w oryginale. Czytałam najpierw po angielsku, ale potem dostałam w prezencie   polską wersję, która na pewno lepiej oddaje i styl autora i pojęcia zawarte w tej powieści.  A jaka to by była przyjemnośc  przeczytac oryginał!

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...