Pierwszą pracą, którą podjęłam w Anglii była praca ekspedientki w pralni chemicznej. Dokładnie nie pamiętam kiedy to było, ale przypuszczam, że nie po przeprowadzce z Polski do Anglii ale wcześniej, w czasie mojej pierwszej tam wizyty w 1970 roku. Była marnie płatna (ale nie o to chodziło) i trwała zaledwie kilka tygodni (z wyboru) i pracowałam najpierw w jednej placówce, w zamożnej dzielnicy Londynu Swiss Cottage, a potem w innej, już „gorszej” dzielnicy. Z całej tej pracy pozostały mi w pamięci dwa zdarzenia. W Swiss Cottage, gdzie jedynym moim zadaniem było przyjmowanie ubrań do czyszczenia i ich wydawanie, pewnego dnia pojawił się wysoki, przystojny mężczyzna z ubrudzonymi trawą białymi ubraniami od krykieta, który był zaskoczony, że, przy wypisywaniu kwitu nie wiedziałam jak się pisze jego nazwisko i poprosiłam, żeby przeliterował. Po powrocie do domu dowiedziałam się od narzeczonego, że to był sławny zawodnik krykieta, którego każdy szanujący się Anglik znał i kochał. Drugie wspomnienie, już z tej gorszej dzielnicy, gdzie zarządzałam placówką i byłam odpowiedzialna za kasę i za zamykanie przybytku na noc, dotyczy właśnie tego zamykania. Zamknęłam drzwi o przepisowej godzinie i liczyłam kasę, kiedy pod drzwiami stanęła kobieta i, widząc mnie wewnątrz, domagała się wpuszczenia. Nie otworzyłam drzwi, ale ona tam stała aż wyszłam i wtedy mnie kopnęła w nogę. Nie wiadomo, czym by się to skończyło, ale na szczęście mój narzeczony przyszedł po mnie i ona wtedy uciekła.
Następna praca, już po przeprowadzce z Polski do Anglii w 1973 roku, była podniecająca. Mieszkaliśmy wtedy u teściowej w eleganckiej dzielnicy Swiss Cottage i pewnego dnia znalazłam w gazecie ogłoszenie czarterowanego księgowego w tej właśnie dzielnicy, który poszukiwał pracowników. W ogłoszeniu stało, że kandydaci na posadę powinni znać rachunkowość do poziomu Trial Balance (obroty i salda), więc, będąc przedsiębiorczą osobą, poszłam do księgarni i zakupiłam książkę na temat. Wydał mi się dziecinnie prosty, więc zgłosiłam swoją kandydaturę i powiedziałam jak jest: wyższe wykształcenie owszem mam, ale w innym kierunku; kwalifikacji czy doświadczenia w księgowości nie posiadam, ale jeżeli chodzi o to, co jest w tej książce, to potrafię to zrobić. I na tej podstawie zostałam zatrudniona, za 1 funt na godzinę, co w owych czasach było OK. Równocześnie ze mną została zatrudniona młodsza ode mnie dziewczyna, prosta Angielka po jakimś kursie księgowości, która mnie polubiła, mimo tego, że wydawałam się jej odrobinę dziwna.
W trakcie mojego zatrudnienia okazało się, że większość klientów mojego pracodawcy to artyści i zespoły muzyczne czyli ludzie niemający głowy do papierkowej roboty. Przynosili kartony pełne paragonów i innych świstków, a naszym zadaniem było zrobienie z tego oficjalnych ksiąg rachunkowych. Uwielbiałam tę pracę, bo była jak zabawa w detektywa, swoje zadania spełniałam bez zarzutów, ale odznaczyłam się w niej głównie tym, że potrafiłam zjeść na lunch pół kilograma angielskiego „trifle” – mojego ulubionego deseru , który składał się z biszkoptowej podstawy polanej mocnym winem sherry , potem warstwy owoców w galaretce i następnie budyniu waniliowego, na koniec posypanego płatkami prażonych migdałów. Pycha!
Moim zdaniem, sherry trifle jest jedną z najbardziej udanych potraw kuchni angielskiej. Drugie miejsce w moim rankingu zajmuje cieniutko krojona pieczeń wołowa w towarzystwie Yorkshire Pudding (nadmuchane, pieczone ciasto w rodzaju sufletu), pieczonych ziemniaków i jarzyn, np. pysznego pasternaku, który wygląda jak korzeń pietruszki, ale smakuje jak pietruszko-marchewka, oraz niezastąpionego sosu „gravy”, który, po zagęszczeniu, powstaje z soków pieczeni.
To była dygresja o angielskiej kuchni, ale wróćmy do tematu.
Pracowałam tam chyba ze dwa lata, równocześnie uczestnicząc w lingwistycznym studium podypplomowym na uniwersycie Reading, gdzie miałam zdobyć doktorat, ale nic z tego nie wyszło, bo znienawidziłam mojego profesora, sławnego z opublikowania jakiejś książki o gramatyce. Był nudny jak przysłowiowe flaki z olejem i nie znaleźliśmy wspólnego punktu widzenia, więc po roku zrezygnowłam z tej zabawy. Zresztą doszłam do wniosku, że kariera akademicka jest nie dla mnie, bo jest za bardzo odsunięta od realiów życia. Rok wcześniej dostałam miejsce doktoranta na uniwersytecie Cambridge na podstawie mojej pracy magisterskiej z Poznania, ale studiów nie podjęłam, bo był wymóg mieszkania w akademiku na miejscu, a nasze jedyne środki do życia dostarczała posada męża w Londynie. Po latach uznaliśmy, że można to było jakoś przeskoczyć, ale wtedy byliśmy bardzo młodzi i odrobinkę zastraszeni aurą tego światowo sławnego uniwersytetu. Przez rezygnację z tych studiów straciłam klucz do wielu drzwi, ale niekoniecznie tych, które chciałam otworzyć.
Dalsze dzieje mojej kariery opiszę w następnych wpisach.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Wizyta
Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...
-
Kiedy czytam moje ulubione blogi, nasuwają mi się myśli i wspomnienia wydarzeń, własnych lub zaobserwowanych, które trudno ująć tylko w kom...
-
Jeżeli istnieje polski odpowiednik angielskiego „dress code”, to mam nadzieję, że ktoś mnie uświadomi, bo na takowy się nie natknęłam. Cho...
-
O pięć minut drogi od naszego mieszkania znajduje się niepokaźny sklepik Carrefour. Jest mały i ciasny, bez ruchomych taśm do towarów przy...