Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 stycznia 2017
Oda Patriotyczna 2017
Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Czy to diabeł wcielony dzisiaj nami rządzi?
Zaprowadza porządek wedle Belzebuba.
wtorek, 25 czerwca 2013
Opowieści z wojaży po Polsce - część 3
W trzecim dniu naszej podróży udało nam się wyruszyć z noclegu w Kąkolewnicy już za piętnaście jedenasta. Poprzedniego wieczora i całą noc solidnie lało i jak wstaliśmy rano też, ale przed samym wzjazdem przestało i temperatura osiągnęła zawrotne 11 stopni Celsjusza. Skierowaliśmy się w stronę Chełmu, z planem dotarcia do Zamościa na tyle wcześnie, żeby sobie to historyczne miasteczko pozwiedzać.
Ponieważ trasa prowadziła nieopodal Włodawy, położonej niemalże na samej białoruskiej granicy, postanowiliśmy tam zajrzeć, bo ciekawa byłam jak takie przygraniczne miasteczko może wyglądać. Po drodze trafiliśmy na odcinek drogi skonstruowany z wielkich płyt betonowych, który nie tylko wyglądem, ale i odgłosem opon regularnie pokonujących spoiny tych płyt, przypomniał nam stare autostrady w NRD i już mocno zdezelowane odcinki drogi po polskiej stronie, pod Sczczecinem, które tak dobrze znaliśmy z częstych samochodowych podróży między Polską a Anglią w latach 1978 – 1997.
Ruch był znikomy, na „żółtych” drogach tylko sporadycznie napotykaliśmy jakiś samochód, pewnie dlatego, że to było pod koniec maja, czyli przed głównym sezonem, więc zupełnie się nie spiesząc zaraz po dwunastej stanęliśmy we Włodawie na kawę. Miasteczko sprawiało wrażenie miejsca, o którym świat (i czas) zapomniał, ale wrażenie mogło być mylne, bo kiedy weszliśmy do niedużej kawiarni, okazało się, że większość stolików była nakryta do jakiegoś grupowego obiadu, sądząc po identycznych szklankach soczku porozstawianych przy każdym nakryciu. Kiedy zapytaliśmy, czy można się napić kawy, pani za barem nerwowo spojrzała na zegarek i zgodziła się, objaśniając, że oczekuje grupy szkoleniowej na lunch o pierwszej.
Kawę (całkiem niezłą) wypiliśmy i przy okazji dowiedzieliśmy się, na razie we Włodawie przejścia granicznego nie ma, tubylcy bardzo by chcieli je mieć, ale zainteresowane państwa nie mogą się jakoś w tej sprawie dogadać. Wobec powyższego, wbrew moim nadziejom, nie było to typowe przygraniczne miasteczko, ale za to dla nas najdalszy punkt na wschód, do jakiego kiedykolwiek dotarliśmy. Ryneczek był miły, z interesującym zegarem słonecznym namalowanym na bocznej ścianie jakiegoś budynku.
Z zaciekawieniem też zaobserwowaliśmy, w okolicach rynku, najpierw zgrupowanie przybytków oferujących kredyty, a potem rząd sklepów z odzieżą używaną, z czego możnaby wysnuć różne wnioski, ale na wszelki wypadek nie wysnuwaliśmy.
Tuż przed trzecią dotarliśmy do Zamościa. Tym razem, wyjątkowo, poprzedniego wieczora zamówiłam hotel przez Internet, bo chiałam koniecznie, żeby był na starym mieście, więc wybrałam pierwszy, na który trafiłam, bo znajdował się na Rynku Solnym. TomTom doprowadził nas skutecznie na miejsce, ale zatrzymaliśmy się na najbliższym publicznym parkingu, żeby sprawdzić, czy hotel ma własny parking i jak do niego dotrzeć pośród jednokierunkowych ulic, które na dodatek wyglądały na deptaki dla pieszych. Natychmiast po zaparkowaniu ujawiła się nam taka scenka: posłyszeliśmy tupot końskich kopyt, a zaraz potem przez nasz parking przepędziła para białych koni zaprzężonych do białego powozu bez woźnicy i wpadła w uliczkę prowadzącą do Rynku Solnego. Spory kawałek za bryczką biegło dwoje ludzi, krzycząc i wymachując rękami. Po chwili usłyszeliśmy jakiś krach, a potem zapadła cisza. Jak się później okazało, ani koniom ani bryczce nic się nie stało, bo zobaczyliśmy je pod Pałacem Zamojskich, spokojnie oczekujące na chętnych przejażdżki turystów.
Po tych ekscytacjach zameldowaliśmy się w hotelu i natychmiast poszliśmy do restauracji na obiad, bo już zgłodnieliśmy. Mąż zamówił jakieś standardowe danie, a ja coś pod tytułem „Chłopskie koryto”, które składało się ze smażonych kiełbas (w tym białej) z dodatkami – pycha! On też ze swojego był bardzo zadowolony, ale teraz nie możemy sobie przypomnieć, co to było.
Oczekując na obiad, zaczęliśmy się rozglądać wokół siebie. Z internetowego opisu hotelu wiedzieliśmy już, że ma niezwykły wystrój, który, po bliższych oględzinach nazwałabym delikatnie bardzo eklektycznym, żeby nie powiedzieć udziwnionym, i zupełnie nie pasującym do nazwy hotelu (Senator), no, ale to kwestia gustu i ten wystrój nie miał najmniejszego wpływu na wysoki komfort pobytu czy na wyborną kuchnię. Restauracja była w piwnicy, poniżej poziomu chodnika, a z niej było wejście do głębszego lochu, z opuszczaną kratą. Na jednej ścianie stały średniowieczne zbroje,
a maleńkiej szatni strzegła postać Smierci.
Na pytanie, gdzie jest toaleta, dostałam odpowiedź, że mam wejść w pień drzewa przy szatni. Faktycznie, drzwi do toalet były plastikową imitacją pnia olbrzymiego drzewa,
a w środku było jeszcze dziwniej: drzwi do poszczególnych kabin były zrobione z takiej samej imitacji drewna
i skrzypiały jak na filmach horror – jestem przekonana, że ten efekt został uzyskany przy pomocy nagranych dźwięków.
Wewnątrz kabin ściany były powyżej połowy pokryte kafelkami, wyciętymi na górze na kształt murów obronnych, a nad nimi wisiały wąskie lustra i chropowato wykończone tynki w kolorach rudobrązowych i brudnozielonych.
Za to nasz pokój był zupełnie „normalny”, czysty i wygodny.
Pogoda była doskonała, świeciło popołudniowe słoneczko i było w miarę ciepło, więc zaraz po obiedzie ruszyliśmy „w miasto”, które jest szczególne z tego powodu, że zostało utworzone jako nowe według pomysłu któregoś Zamojskiego, który był człowiekiem światłym i poczuwającym się do pewnych zobowiązań wobec mieszkańców swoich włości. Wierzył, że można stworzyć miasto idealne, więc zatrudnił włoskiego architekta, Bernardo Morando, któremu zlecił zaprojektowanie i nadzór budowy takiego miasta. Z założenia mieli w nim mieszkać polscy katolicy, ale, po niedługim czasie, Zamojski zezwolił na osiedlanie się Ormianom, Zydom i Grekom, aby miasto przez ich handel mogło się rozwijać. Stąd obce wpływy w architekturze miasta, np. na Rynku Wielkim stoją cztery, bardzo kolorowe i ozdobne, uwieńczone niezwykłymi atykami, ormiańskie kamienice.
Ciekawiło nas, czym handlowali ci Ormianie, że się tak wzbogacili, ale tabliczki informacyjne na tych budynkach nie mówiły o tym i nigdzie takich informacji nie znaleźliśmy. Każda kamieniczka nosi nazwę pochodzącą od płaskorzeźby, która zdobi jej front, np. "Pod Aniołem", "Pod Madonną".
Sąsiadujący z tymi kamienicami ratusz jest imponujących rozmiarów i pięknie zaprojektowany, a cały Rynek Wielki elegancko odnowiony.
Poszliśmy obejrzeć katedrę, ponoć zaprojektowaną dla 3000 mieszkańców na planie podobnym do pentagonalnego planu miasta. Piękna była, z bardzo strojnymi bocznymi ołtarzami, ale wydała mi się bardzo mała jak na katedrę.
Ponieważ była sobota, poszłam na wieczorną mszę w tej katedrze, żeby zaliczyć niedzielną, i było bardzo uroczyście, a przy okazji przyjrzałam się dokładniej.
Po mszy poszliśmy obejrzeć Pałac Zamojskich: oldbrzymi budynek w kształcie trzech boków prostokąta, przed którym królowała, na chyba 3-metrowym postumencie, bardzo imponująca rzeźba Jana Zamojskiego na ogierze. Niestety, sam budynek nie jest odnowiony, wiszą na nim ostrzeżenia o odpadającym tynku i mieści się w nim Sąd, Wydział Penitencjarny. Na jednym z murów odkryliśmy napis „APOTHEKE”, pewnie z czasów wojny. A propos wojny, to Zamość uniknął większych zniszczeń tylko dlatego, że Niemcy planowali założyć tam „Himmlerstadt”.
Nasz hotel miał stoliki na zewnątrz, pod dostojnymi sklepieniami na solidnych filara, coś a la krakowskie Sukiennice.
Następnego dnia rano siedzieliśmy tam oboje, pracując na laptopach, mąż nad książką, którą właśnie pisze, a ja nad naszą firmową bazą danych.
Zamość to wspaniałe miejsce i będziemy je długo wspominać.
Ponieważ trasa prowadziła nieopodal Włodawy, położonej niemalże na samej białoruskiej granicy, postanowiliśmy tam zajrzeć, bo ciekawa byłam jak takie przygraniczne miasteczko może wyglądać. Po drodze trafiliśmy na odcinek drogi skonstruowany z wielkich płyt betonowych, który nie tylko wyglądem, ale i odgłosem opon regularnie pokonujących spoiny tych płyt, przypomniał nam stare autostrady w NRD i już mocno zdezelowane odcinki drogi po polskiej stronie, pod Sczczecinem, które tak dobrze znaliśmy z częstych samochodowych podróży między Polską a Anglią w latach 1978 – 1997.
Ruch był znikomy, na „żółtych” drogach tylko sporadycznie napotykaliśmy jakiś samochód, pewnie dlatego, że to było pod koniec maja, czyli przed głównym sezonem, więc zupełnie się nie spiesząc zaraz po dwunastej stanęliśmy we Włodawie na kawę. Miasteczko sprawiało wrażenie miejsca, o którym świat (i czas) zapomniał, ale wrażenie mogło być mylne, bo kiedy weszliśmy do niedużej kawiarni, okazało się, że większość stolików była nakryta do jakiegoś grupowego obiadu, sądząc po identycznych szklankach soczku porozstawianych przy każdym nakryciu. Kiedy zapytaliśmy, czy można się napić kawy, pani za barem nerwowo spojrzała na zegarek i zgodziła się, objaśniając, że oczekuje grupy szkoleniowej na lunch o pierwszej.
Kawę (całkiem niezłą) wypiliśmy i przy okazji dowiedzieliśmy się, na razie we Włodawie przejścia granicznego nie ma, tubylcy bardzo by chcieli je mieć, ale zainteresowane państwa nie mogą się jakoś w tej sprawie dogadać. Wobec powyższego, wbrew moim nadziejom, nie było to typowe przygraniczne miasteczko, ale za to dla nas najdalszy punkt na wschód, do jakiego kiedykolwiek dotarliśmy. Ryneczek był miły, z interesującym zegarem słonecznym namalowanym na bocznej ścianie jakiegoś budynku.
Tuż przed trzecią dotarliśmy do Zamościa. Tym razem, wyjątkowo, poprzedniego wieczora zamówiłam hotel przez Internet, bo chiałam koniecznie, żeby był na starym mieście, więc wybrałam pierwszy, na który trafiłam, bo znajdował się na Rynku Solnym. TomTom doprowadził nas skutecznie na miejsce, ale zatrzymaliśmy się na najbliższym publicznym parkingu, żeby sprawdzić, czy hotel ma własny parking i jak do niego dotrzeć pośród jednokierunkowych ulic, które na dodatek wyglądały na deptaki dla pieszych. Natychmiast po zaparkowaniu ujawiła się nam taka scenka: posłyszeliśmy tupot końskich kopyt, a zaraz potem przez nasz parking przepędziła para białych koni zaprzężonych do białego powozu bez woźnicy i wpadła w uliczkę prowadzącą do Rynku Solnego. Spory kawałek za bryczką biegło dwoje ludzi, krzycząc i wymachując rękami. Po chwili usłyszeliśmy jakiś krach, a potem zapadła cisza. Jak się później okazało, ani koniom ani bryczce nic się nie stało, bo zobaczyliśmy je pod Pałacem Zamojskich, spokojnie oczekujące na chętnych przejażdżki turystów.
Po tych ekscytacjach zameldowaliśmy się w hotelu i natychmiast poszliśmy do restauracji na obiad, bo już zgłodnieliśmy. Mąż zamówił jakieś standardowe danie, a ja coś pod tytułem „Chłopskie koryto”, które składało się ze smażonych kiełbas (w tym białej) z dodatkami – pycha! On też ze swojego był bardzo zadowolony, ale teraz nie możemy sobie przypomnieć, co to było.
Oczekując na obiad, zaczęliśmy się rozglądać wokół siebie. Z internetowego opisu hotelu wiedzieliśmy już, że ma niezwykły wystrój, który, po bliższych oględzinach nazwałabym delikatnie bardzo eklektycznym, żeby nie powiedzieć udziwnionym, i zupełnie nie pasującym do nazwy hotelu (Senator), no, ale to kwestia gustu i ten wystrój nie miał najmniejszego wpływu na wysoki komfort pobytu czy na wyborną kuchnię. Restauracja była w piwnicy, poniżej poziomu chodnika, a z niej było wejście do głębszego lochu, z opuszczaną kratą. Na jednej ścianie stały średniowieczne zbroje,
Pogoda była doskonała, świeciło popołudniowe słoneczko i było w miarę ciepło, więc zaraz po obiedzie ruszyliśmy „w miasto”, które jest szczególne z tego powodu, że zostało utworzone jako nowe według pomysłu któregoś Zamojskiego, który był człowiekiem światłym i poczuwającym się do pewnych zobowiązań wobec mieszkańców swoich włości. Wierzył, że można stworzyć miasto idealne, więc zatrudnił włoskiego architekta, Bernardo Morando, któremu zlecił zaprojektowanie i nadzór budowy takiego miasta. Z założenia mieli w nim mieszkać polscy katolicy, ale, po niedługim czasie, Zamojski zezwolił na osiedlanie się Ormianom, Zydom i Grekom, aby miasto przez ich handel mogło się rozwijać. Stąd obce wpływy w architekturze miasta, np. na Rynku Wielkim stoją cztery, bardzo kolorowe i ozdobne, uwieńczone niezwykłymi atykami, ormiańskie kamienice.
Poszliśmy obejrzeć katedrę, ponoć zaprojektowaną dla 3000 mieszkańców na planie podobnym do pentagonalnego planu miasta. Piękna była, z bardzo strojnymi bocznymi ołtarzami, ale wydała mi się bardzo mała jak na katedrę.
Po mszy poszliśmy obejrzeć Pałac Zamojskich: oldbrzymi budynek w kształcie trzech boków prostokąta, przed którym królowała, na chyba 3-metrowym postumencie, bardzo imponująca rzeźba Jana Zamojskiego na ogierze. Niestety, sam budynek nie jest odnowiony, wiszą na nim ostrzeżenia o odpadającym tynku i mieści się w nim Sąd, Wydział Penitencjarny. Na jednym z murów odkryliśmy napis „APOTHEKE”, pewnie z czasów wojny. A propos wojny, to Zamość uniknął większych zniszczeń tylko dlatego, że Niemcy planowali założyć tam „Himmlerstadt”.
Nasz hotel miał stoliki na zewnątrz, pod dostojnymi sklepieniami na solidnych filara, coś a la krakowskie Sukiennice.
Zamość to wspaniałe miejsce i będziemy je długo wspominać.
niedziela, 6 stycznia 2013
Pierwsze wrażenia repatriantki
Pierwsze wrażenia po powrocie z 39-letniej emigracji
Stare i nowe. Wyraźna zmiana, która mnie uderzyła jak tylko zaczęłam chodzić po sklepach i urzędach jako „tubylec”, to rzucająca się w oczy mieszanina starego i nowego w wielu dziedzinach życia, a szczególnie w takich nowoodkrytych jak obsługa klienta czy zarządzanie. Większość firm czy instytucji, z którymi się do tej pory zetknęłam wie, że to trzeba teraz mieć, ale nie bardzo ma pojęcie jak to robić. To jeden z moich nowo-ulubionych tematów, więc będę jeszcze o tym pisać.
Zrobiło się ładniej! I w miastach i na wsiach zrobiło się ładniej i bardziej kolorowo, odkąd farby, lakiery, bloczki i inne materiały budowlane stały się ogólnie dostępne. Widać, że to nie z wyboru ludzie mieszkali w szarych i brudnych ścianach. Odnowione rynki miast wyeksponowały piękno starych kamienic, którego przedtem się nie zauważało, a jeżdżąc szosami przez wsie odnoszę ogólne wrażenie, że jest schludniej. Zauważyłam też, że przy pomocy środków unijnych wiele dróg i ulic zostało odnowione i, przynajmniej w moim mieście, powstały długie ciągi ścieżek rowerowych.
Grunt to kasa! Jak masz kasę, to możesz kupić wszystko to co mieszkańcy Europy Zachodniej. Problem w tym, że zwiększyła się ilość ludzi, którzy kasy nie mają. Za tzw. Komuny więcej osób miało pracę (nawet gdyby nie było w tej pracy żadnej roboty) i wielu zdaje się tęsknić za takim stanem rzeczy. Mam wrażenie, że coraz więcej osób zrezygnowało z pracy i korzysta z państwowych datków, uważając, że im się należą i wobec tego nie interesuje ich szukanie pracy. Może być to objawem demoralizacji w społeczeństwie, ale może to po prostu pogląd głęboko zakorzeniony w Komunie: „czy się stoi czy się leży, dwa patyki się należy”. To też kwestia osobistych wartości: ja, na przykład, wolałabym wziąć jakąkolwiek odpłatną pracę niż żyć ze świadczeń państwowych i jestem przekonana, że dla chcących jest to osiągalne. Ten problem nie jest zresztą tylko polski – to samo dzieje się np. w Anglii i w tej chwili usiłują tam wprowadzić prawa, które mają ukrócić wykorzystywanie państwowych zapomóg.
Polacy nie gęsi i swój język mają? Na początku post-Solidarnościowego kapitalizmu wyglądało, że nie. Kiedy we wczesnych latach 90. jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nowe małe firmy i wielkie centra handlowe, najwyraźniej brały sobie za punkt honoru, żeby występować pod obcojęzyczną nazwą, najlepiej angielską. Ale co to był za angielski! Kiedyś z ogromnym zażenowaniem odkryłam np. że nowopowstałe centrum handlowe nazwano „King Cross”. Nie mówiąc o tym, że z jakiej racji akurat tu taka nazwa, to jeszcze, jeżeli to miało być odniesienie do londyńskiej dzielnicy i znajdującej się tam stacji kolejowej, z błędem ortograficznym. Inny przykład (a było ich wiele), to nazwa „Fresh & Beauty”, którą zoczyłam na butelce z jakimś szamponem czy innym płynem: pierwszy wyraz to przymiotnik a drugi rzeczownik, więc jeżeli już musiało być po angielsku, to albo „Fresh & Beautiful” albo „Freshness & Beauty”. Na szczęście po powrocie do Polski zauważam, że ta moda przemija i pojawiło sie wiele fajnych, pomysłowych, polskich nazw (i tamto centrum handlowe też się teraz po polsku nazywa). O języku też pewnie jeszcze napiszę, i to nie raz.
Blisko rodziny! Mieszkając w Anglii odwiedzałam rodzinę bardzo często, nawet do 5-ciu razy w roku (a mój mąż, Anglik, nawet częściej), ale to nie to samo co codzienny kontakt. Co prawda, były też i plusy takiego układu. Na przykład, gdy siostra z mężem urządzali się w nowym mieszkaniu we wczesnych latach 70. kiedy nie można było kupić mebli i wielu innych niezbędnych rzeczy, byliśmy w stanie przywozić im samochodem takie skarby jak np. materiał obiciowy i lakier do mebli, które sami robili, albo choćby dostarczać cukier do zapraw dla całej rodziny kiedy był na kartki. Wtedy podróże zagranicę, a szczególnie na „zgniły Zachód” były trudne i skomplikowane, nie to co teraz, od kiedy Polska jest w Unii.
Gdzie to załatwić? Mimo, że w mieszkałam w tym mieście przed wyjazdem do Anglii, to wszystko się tak zmieniło, że muszę się nauczyć od nowa miejscowych obowiązków i zwyczajów i dowiedzieć się, jak zaspokajać najcodzienniejsze potrzeby. Jak kupuje się bilety na kolejkę elektryczną lub autobusy i jak się ich używa? Gdzie naprawić buty? Jak zapłacić abonament za telewizor? Takie banalne rzeczy nagle okazały się ważne, ale oczywiście to normalne: większość tych samych kwestii pojawiłoby się, gdybyśmy przeprowadzili się do innego miasta w Anglii. Razem z mężem zaczęliśmy skrzętnie gromadzić i przekazywać sobie nawzajem takie przyziemne ale ważne informacje uzyskane od rodziny, przyjaciół i sąsiadów oraz przez własne obserwacje i doświadczenia.
Stare i nowe. Wyraźna zmiana, która mnie uderzyła jak tylko zaczęłam chodzić po sklepach i urzędach jako „tubylec”, to rzucająca się w oczy mieszanina starego i nowego w wielu dziedzinach życia, a szczególnie w takich nowoodkrytych jak obsługa klienta czy zarządzanie. Większość firm czy instytucji, z którymi się do tej pory zetknęłam wie, że to trzeba teraz mieć, ale nie bardzo ma pojęcie jak to robić. To jeden z moich nowo-ulubionych tematów, więc będę jeszcze o tym pisać.
Zrobiło się ładniej! I w miastach i na wsiach zrobiło się ładniej i bardziej kolorowo, odkąd farby, lakiery, bloczki i inne materiały budowlane stały się ogólnie dostępne. Widać, że to nie z wyboru ludzie mieszkali w szarych i brudnych ścianach. Odnowione rynki miast wyeksponowały piękno starych kamienic, którego przedtem się nie zauważało, a jeżdżąc szosami przez wsie odnoszę ogólne wrażenie, że jest schludniej. Zauważyłam też, że przy pomocy środków unijnych wiele dróg i ulic zostało odnowione i, przynajmniej w moim mieście, powstały długie ciągi ścieżek rowerowych.
Grunt to kasa! Jak masz kasę, to możesz kupić wszystko to co mieszkańcy Europy Zachodniej. Problem w tym, że zwiększyła się ilość ludzi, którzy kasy nie mają. Za tzw. Komuny więcej osób miało pracę (nawet gdyby nie było w tej pracy żadnej roboty) i wielu zdaje się tęsknić za takim stanem rzeczy. Mam wrażenie, że coraz więcej osób zrezygnowało z pracy i korzysta z państwowych datków, uważając, że im się należą i wobec tego nie interesuje ich szukanie pracy. Może być to objawem demoralizacji w społeczeństwie, ale może to po prostu pogląd głęboko zakorzeniony w Komunie: „czy się stoi czy się leży, dwa patyki się należy”. To też kwestia osobistych wartości: ja, na przykład, wolałabym wziąć jakąkolwiek odpłatną pracę niż żyć ze świadczeń państwowych i jestem przekonana, że dla chcących jest to osiągalne. Ten problem nie jest zresztą tylko polski – to samo dzieje się np. w Anglii i w tej chwili usiłują tam wprowadzić prawa, które mają ukrócić wykorzystywanie państwowych zapomóg.
Polacy nie gęsi i swój język mają? Na początku post-Solidarnościowego kapitalizmu wyglądało, że nie. Kiedy we wczesnych latach 90. jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nowe małe firmy i wielkie centra handlowe, najwyraźniej brały sobie za punkt honoru, żeby występować pod obcojęzyczną nazwą, najlepiej angielską. Ale co to był za angielski! Kiedyś z ogromnym zażenowaniem odkryłam np. że nowopowstałe centrum handlowe nazwano „King Cross”. Nie mówiąc o tym, że z jakiej racji akurat tu taka nazwa, to jeszcze, jeżeli to miało być odniesienie do londyńskiej dzielnicy i znajdującej się tam stacji kolejowej, z błędem ortograficznym. Inny przykład (a było ich wiele), to nazwa „Fresh & Beauty”, którą zoczyłam na butelce z jakimś szamponem czy innym płynem: pierwszy wyraz to przymiotnik a drugi rzeczownik, więc jeżeli już musiało być po angielsku, to albo „Fresh & Beautiful” albo „Freshness & Beauty”. Na szczęście po powrocie do Polski zauważam, że ta moda przemija i pojawiło sie wiele fajnych, pomysłowych, polskich nazw (i tamto centrum handlowe też się teraz po polsku nazywa). O języku też pewnie jeszcze napiszę, i to nie raz.
Blisko rodziny! Mieszkając w Anglii odwiedzałam rodzinę bardzo często, nawet do 5-ciu razy w roku (a mój mąż, Anglik, nawet częściej), ale to nie to samo co codzienny kontakt. Co prawda, były też i plusy takiego układu. Na przykład, gdy siostra z mężem urządzali się w nowym mieszkaniu we wczesnych latach 70. kiedy nie można było kupić mebli i wielu innych niezbędnych rzeczy, byliśmy w stanie przywozić im samochodem takie skarby jak np. materiał obiciowy i lakier do mebli, które sami robili, albo choćby dostarczać cukier do zapraw dla całej rodziny kiedy był na kartki. Wtedy podróże zagranicę, a szczególnie na „zgniły Zachód” były trudne i skomplikowane, nie to co teraz, od kiedy Polska jest w Unii.
Gdzie to załatwić? Mimo, że w mieszkałam w tym mieście przed wyjazdem do Anglii, to wszystko się tak zmieniło, że muszę się nauczyć od nowa miejscowych obowiązków i zwyczajów i dowiedzieć się, jak zaspokajać najcodzienniejsze potrzeby. Jak kupuje się bilety na kolejkę elektryczną lub autobusy i jak się ich używa? Gdzie naprawić buty? Jak zapłacić abonament za telewizor? Takie banalne rzeczy nagle okazały się ważne, ale oczywiście to normalne: większość tych samych kwestii pojawiłoby się, gdybyśmy przeprowadzili się do innego miasta w Anglii. Razem z mężem zaczęliśmy skrzętnie gromadzić i przekazywać sobie nawzajem takie przyziemne ale ważne informacje uzyskane od rodziny, przyjaciół i sąsiadów oraz przez własne obserwacje i doświadczenia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Wizyta
Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...
-
Kiedy czytam moje ulubione blogi, nasuwają mi się myśli i wspomnienia wydarzeń, własnych lub zaobserwowanych, które trudno ująć tylko w kom...
-
Jeżeli istnieje polski odpowiednik angielskiego „dress code”, to mam nadzieję, że ktoś mnie uświadomi, bo na takowy się nie natknęłam. Cho...
-
O pięć minut drogi od naszego mieszkania znajduje się niepokaźny sklepik Carrefour. Jest mały i ciasny, bez ruchomych taśm do towarów przy...