To już mój drugi wpis dzisiaj, bo nadrabiam świąteczne zaległości.
Nie wiem, na czym to polega, ale odkąd wróciłam do kraju, latam na spożywcze zakupy ze trzy razy na tydzień. Mieszkając w Anglii, przez długi czas robiłam zakupy w supermarkecie Sainsbury raz na dwa tygodnie, bo to była oszczędność czasu, który można było milej spożytkować na robocie w ogródku, weekendowych wyjazdach czy zwykłym nieróbstwie po tygodniu stresowej pracy. Kiedy moja przyjaciółka od psów i sąsiadka wróciła do domu po ciężkim wylewie, to robiłam je raz na tydzień, bo ją też chciałam zaprowiantować, a ona była na tygodniowym budżecie, co w Anglii jest normalne u np. robotników fizycznych czy emerytów odbierających emeryturę w gotówce na poczcie. Więc dlaczego teraz muszę biegać po zakupy co drugi dzień? Lodówkę i zamrażarkę mam tak jak miałam, rodzina mi się nie powiększyła, więc dlaczego? W jakiejś wolnej chwili będę musiała tę sprawę przeanalizować i wyciągnąć z tej analizy należyte wnioski.
Ale to nie mój główny temat na dziś. Chcę podzielić się z moimi czytelnikami wrażeniami o ludziach na zakupach, które mnie trochę zaskakują. Jedno z pierwszych było raczej niemiłe: klientka stojąca za mną w kolejce do kasy w eleganckich i drogich delikatesach w moim mieście zdenerwowała się, że tak powoli ładuję moje liczne zakupy do toreb i rzuciła w moją stronę z irytacją: „To nie może Pani najpierw zapłacić, a potem pakować?” Może bym i mogła, ale wtedy jej zakupy pomięszałyby się z moimi, bo miejsca za kasą było mało, a poza tym przecież nie byłam aż taka powolna, mimo tego, że akurat czułam się bardzo zmęczona. Nie odpowiedziałam nic, ale płakać mi się chciało na taką nieżyczliwość. Może to był po prostu szok, bo w moim doświadczeniu ludzie w sklepach uśmiechali się do siebie, wyżsi podawali niższym produkty z półek dla tych ostatnich niedostępnych, wymieniali opinie i porady i w dłuższych kolejkach do kas żartowali, zamiast się złościć. Nawiasem mówiąc, panie przy kasach w tym sklepie też są niemiłe, więc może to po prostu taki sklep.
W innym mieście, trochę bardziej prowincjonalnym niż moje, gdzie często mam okazję robić zakupy w tamtejszym Carrefour, zaobserwowałam ciekawe zachowania wśród pań zakupowiczek. Nagminne jest tam lustrowanie zawartości mojego wózka, bardzo otwarte i bez żadnej żenady. Baby oglądają dokładnie, co mam w wózku, bo a nuż złapałam jakąś dobrą okazję, która umknęła ich czujności. Jedna taka pani ostatnio posunęła się nawet do aktywnego śledztwa. Stała kilka kroków od lady cukierni znajdującej się w kompleksie Carrefour, kiedy ja zakupiłam tam całą wystawioną połówkę paschy. Dostrzegłszy ten zakup sokolim okiem, stawiła się przy ladzie i zapytała: „Co ta Pani właśnie kupiła?” Kompletna zgroza! A też zdarzyło mi się spotkać w tym sklepie dość zamożnie wyglądającą panią, która wzięła do woreczka pęczek rzodkiewek, po czym zaczęła obrywać po parę rzodkiewek z pozostałych kilku pęczków i dorzucać je do woreczka. Tak mnie zatkało, że nie zareagowałam, ale następnym razem na pewno coś takiej pani powiem i mam nadzieję, że nikt mnie za to nie pobije, bo nie znoszę bólu.
Ostatnio też chciałam w w/w Carrefour zakupić parę rajstop. Z łatwością zlokalizowałam odpowiednie stoisko, ale na nim ruina! Tyle porozrywanych opakowań, że z trudem znalazłam nieuszkodzone w moim kolorze. Co ci klienci robią? Wiem co, działają na zasadzie, że nie moje i anonimowe, więc można zgnoić i zepsuć, bo ktoś inny za to zapłaci. Przeraża mnie takie podejście – skąd się tacy ludzie biorą? A może wszyscy tacy jesteśmy, tylko niektórzy potrafią to skutecznie ukryć?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chamstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chamstwo. Pokaż wszystkie posty
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Wizyta
Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...
-
Kiedy czytam moje ulubione blogi, nasuwają mi się myśli i wspomnienia wydarzeń, własnych lub zaobserwowanych, które trudno ująć tylko w kom...
-
Jeżeli istnieje polski odpowiednik angielskiego „dress code”, to mam nadzieję, że ktoś mnie uświadomi, bo na takowy się nie natknęłam. Cho...
-
O pięć minut drogi od naszego mieszkania znajduje się niepokaźny sklepik Carrefour. Jest mały i ciasny, bez ruchomych taśm do towarów przy...