Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 sierpnia 2015

Ostatni zajazd na Litwie

Planując i przygotowując imprezę na 90-te urodziny Mamy nie mogłam się opędzić od podtytułu „Pana Tadeusza”.  Wbił mi się w mózg z kilku powodów, z których najważniejsze to zdrowotna równia pochyła, po której Mama coraz szybciej zjeżdża oraz postępujący niedobór energii u organizatorów, czyli  mnie i mojej siostry.

Na imprezę chciałyśmy zaprosić wszystkich przyjaciół domu oraz najbliższą rodzinę z Krakowa i Bielska-Białej i wyszło tego ok. 50-ciu osób, więc, pomimo tego, że Mamy urodziny wypadają w listopadzie, impreza musiała się odbyć w lecie, w ogrodzie, bo jej dwuizbowy wiejski domek takiej liczby gości nie byłby w stanie pomieścić, toż to prawie jak całkiem przyzwoite wesele!

Wyznaczyłyśmy termin na sobotę 25-go lipca i planowanie zaczęłyśmy miesiąc wcześniej, a zakupy niedługo potem. Menu było obszerne i urozmaicone: na początek barszcz z krokietami, których sporą ilość wyprodukowałyśmy dużo wcześniej i zamroziłyśmy na właśnie taką okazję; kilka wykwintnych potraw na zimno z pieczywem, żeby umilić czekanie na grill, a z grilla marynowane polędwiczki wieprzowe i kiełbaski z bardzo dobrej wędliniarni.  Na koniec jeszcze dodałam kilka filetów z łososia, żeby się nie zmarnowały, bo miałam przygotowane do usmażenia poprzedniego dnia dla gości z południa, ale nie wszystkie się zjadły, więc  na imprezie przyprawiłam je jednym z sosów przygotowanych do krewetek (sojowo-imbirowym),  ugrillowałam i miały wielkie powodzenie wśród kilku spóżnionych gości.

Potrawy na zimno składały się z mozzarelli z pomidorami, przyprawionej oregano i oliwą; olbrzymich krewetek z dwoma sosami, sojowo-imbirowym i majonezowym z harissą; wędzonego łososia w sosie śmietanowo-chrzanowym z kaparkami; sałatki z młodych ziemniaków i jajek w majonezie ze szczypiorem; kurczaka koronacyjnego (potrawa wymyślona na 50-tą rocznicę koronacji angielskiej królowej Elżbiety II); świeżutkich białych bułeczek; chrupiących ogórków zakiszonych tydzień wcześniej oraz pysznego smalcu i żytniego chleba.  Na wszelki wypadek był też półmisek porcjowanych pieczonych kurczaków do konsupmpcji na zimno lub z grilla, żeby, broń Boże, nikt nie wyszedł głodny, ale zostały prawie wszystkie, bo oczywiście, jak zwykle u mnie, wszystkiego było za dużo. Mam jakąś paranoję na ten temat: w czasie przygotowywania wpadam w panikę, że nie starczy tego dla wszystkich, a potem zawsze się okazuje, że jest na pułk wojska.

Na deser były dwa półmiski pokrojonych i pięknie przez kuzynkę i najbliższą przyjaciółkę zaprezentowanych owoców, trzy torty z naszej wypróbowanej cukierni Sowa (zupełnie niepowiązanej z tą od podsłuchów) oraz ciasta zakupione przez gości z południa. Całemu posiłkowi towarzyszyły woda, soki oraz galony wina i piwa, więc było co pić.

Gości przybyło na imprezę trochę mniej, ok. 35, bo nie wszyscy mogli, ale parking na trawniku wzdłuż wjazdu i tak okazał się niewystarczający, więc najpózniejsi goście zaparkowali już na szosie.  Kiedy najwcześniejsi przybysze chcieli wyjechać, trzeba było zrobić większe przemeblowanie. Skomplikowanymi manewrami samochodów bardzo sprawnie zawiadował brat - kapitan, który ma ku temu wybitne kwalifikacje, jako że jego obecna praca  obejmuje m.in. ształowanie trudnych ładunków na statkach.

Os, much i komarów na szczęście nie było z powodu deszczowej aury, ale przybył jeden nieproszony gość -  wielka i malownicza ćma, która całkiem możliwie mogła być jakimś paskudnym szkodnikiem drzew.

Mimo burzliwej i deszczowej pogody impreza była udana. Mama, która już nie wstaje z łóżka i jest bardzo słaba, kazała się wywieźć na wózku na ganek, gdzie przywitał ją tłum gości, intonując „Sto lat”,  co ją bardzo ucieszyło i podbudowało. Miała w ogóle bardzo zajęty dzień, bo każdy nowy przybysz wchodził do jej pokoju, żeby się przywitać, wręczyć kwiaty i pogadać. Mama, choć urodzona w Jaworznie, jest z natury góralką i harcerką, więc nic jej nie straszne. Wspominała to potem przez kilka dni, mimo, że pamięć już bardzo szwankuje. Bardzo dobrze też jej zrobiła obecność gości z dalekiego południa: córki jej zmarłego brata, siostry Taty z mężem i naszej najbliższej prrzyjaciółki, która od dziecka uważa ją za swoją drugą mamę, więc doceniam ich trud w pokonaniu ciężkiej drogi z jednego końca Polski na drugi.

Konstatuję wobec powyższego, że nasz wysiłek w przygotowaniu imprezy się opłacił z nadwyżką, zwłaszcza, że szczególnie dobrze wpłynęła ona na Mamę, która po niej odzyskała trochę chęci do życia.

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...