wtorek, 25 czerwca 2013

Mam problem z szafą

Mam problem z szafą: grozi pęknięciem w szwach!

Bardzo rzadko wyrzucam ubrania, a ponieważ żyję już dość długo, mam ich straszną ilość. Mam takie, które lubię, ale w które już nigdy już nie wejdę; takie, które w tej chwili nie są modne, ale za 10 lat mogą wrócić (co już mi się przydarzyło nie raz); oraz takie, których kolory czy wzory uwielbiam, ale których, z różnych powodów, nie noszę.

No i co tu począć? Rozsądek nakazuje mi wywalenie tego wszystkiego do kubła na śmieci, a sentyment zabrania. Z jednej strony, wyrzucenie starych ubrań dałoby świetny pretekst do zaopatrzenia się w nowe; a z drugiej żal mi, bo przecież przyzwyczaiłam się do nich.

Muszę wymyślić jakieś niezawodne rozwiązanie, na przykład zasadę, że jak coś wyjmę z szafy, to albo muszę się w to ubrać, albo wyrzucić.  W teorii brzmi to bardzo rozsądnie, ale czy się sprawdzi  w praktyce?  Przecież mogę trafić na ciepły sweterek, kiedy temperatura na zewnątrz wymaga letniej bluzki, i co wtedy?

Opowieści z wojaży po Polsce - część 3

W  trzecim dniu naszej podróży udało nam się wyruszyć z noclegu w Kąkolewnicy już za piętnaście jedenasta.  Poprzedniego wieczora i całą noc solidnie lało i jak wstaliśmy rano też, ale przed samym wzjazdem przestało i temperatura osiągnęła zawrotne 11 stopni Celsjusza. Skierowaliśmy się w stronę Chełmu, z planem dotarcia do Zamościa na tyle wcześnie, żeby sobie to historyczne miasteczko pozwiedzać.

Ponieważ trasa prowadziła nieopodal Włodawy, położonej niemalże na samej białoruskiej granicy, postanowiliśmy tam zajrzeć, bo ciekawa byłam jak takie przygraniczne miasteczko może wyglądać. Po drodze trafiliśmy na odcinek drogi skonstruowany z wielkich płyt betonowych, który nie tylko wyglądem, ale i odgłosem opon regularnie pokonujących spoiny tych płyt, przypomniał nam stare autostrady w NRD i już mocno zdezelowane odcinki drogi po polskiej stronie, pod Sczczecinem, które tak dobrze znaliśmy z częstych samochodowych podróży między Polską a Anglią w latach 1978 – 1997.

Ruch był znikomy, na „żółtych” drogach tylko sporadycznie napotykaliśmy jakiś samochód, pewnie dlatego, że to było pod koniec maja, czyli przed głównym sezonem, więc zupełnie się nie spiesząc zaraz po dwunastej stanęliśmy we Włodawie na kawę.  Miasteczko sprawiało wrażenie miejsca, o którym świat (i czas) zapomniał, ale wrażenie mogło być mylne, bo kiedy weszliśmy do niedużej kawiarni, okazało się, że większość stolików była nakryta do jakiegoś grupowego obiadu, sądząc po identycznych szklankach soczku porozstawianych przy każdym nakryciu.  Kiedy zapytaliśmy, czy można się napić kawy, pani za barem nerwowo spojrzała na zegarek i zgodziła się, objaśniając, że oczekuje grupy szkoleniowej na lunch o pierwszej.

Kawę (całkiem niezłą) wypiliśmy i przy okazji dowiedzieliśmy się, na razie we Włodawie przejścia granicznego nie ma, tubylcy bardzo by chcieli je mieć, ale zainteresowane państwa nie mogą się jakoś w tej sprawie dogadać. Wobec powyższego, wbrew moim nadziejom, nie było to typowe przygraniczne miasteczko, ale za to dla nas najdalszy punkt na wschód, do jakiego kiedykolwiek dotarliśmy. Ryneczek był miły, z interesującym zegarem słonecznym namalowanym na bocznej ścianie  jakiegoś budynku.  Z zaciekawieniem też zaobserwowaliśmy, w okolicach rynku, najpierw zgrupowanie przybytków oferujących kredyty, a potem rząd sklepów z odzieżą używaną, z czego możnaby wysnuć różne wnioski, ale na wszelki wypadek nie wysnuwaliśmy.

Tuż przed trzecią dotarliśmy do Zamościa.  Tym razem, wyjątkowo, poprzedniego wieczora zamówiłam hotel przez Internet, bo chiałam koniecznie, żeby był na starym mieście, więc  wybrałam pierwszy, na który trafiłam, bo znajdował się na Rynku Solnym. TomTom doprowadził nas skutecznie na miejsce, ale zatrzymaliśmy się na najbliższym publicznym parkingu, żeby sprawdzić, czy hotel ma własny parking i jak do niego dotrzeć pośród jednokierunkowych ulic, które na dodatek wyglądały na deptaki dla pieszych.  Natychmiast po zaparkowaniu ujawiła się nam taka scenka: posłyszeliśmy tupot końskich kopyt, a zaraz potem przez nasz parking przepędziła para białych koni zaprzężonych do białego powozu bez woźnicy i wpadła w uliczkę prowadzącą do Rynku Solnego.  Spory kawałek za bryczką biegło dwoje ludzi, krzycząc i wymachując rękami.  Po chwili usłyszeliśmy jakiś krach, a potem zapadła cisza.  Jak się później okazało, ani koniom ani bryczce nic się nie stało, bo zobaczyliśmy je pod Pałacem Zamojskich, spokojnie oczekujące na chętnych przejażdżki turystów.

Po tych ekscytacjach zameldowaliśmy się w hotelu i natychmiast poszliśmy do restauracji na obiad, bo już zgłodnieliśmy.  Mąż zamówił jakieś standardowe danie, a ja coś pod tytułem „Chłopskie koryto”,  które składało się ze smażonych kiełbas (w tym białej) z dodatkami – pycha! On też ze swojego był bardzo zadowolony, ale teraz nie możemy sobie przypomnieć, co to było.

Oczekując na obiad, zaczęliśmy się rozglądać wokół siebie.  Z internetowego opisu hotelu wiedzieliśmy już, że ma niezwykły wystrój, który, po bliższych oględzinach nazwałabym delikatnie bardzo eklektycznym, żeby nie powiedzieć udziwnionym, i zupełnie nie pasującym do nazwy hotelu (Senator), no, ale to kwestia gustu i ten wystrój nie miał najmniejszego wpływu na wysoki komfort pobytu czy na wyborną kuchnię.  Restauracja była w piwnicy, poniżej poziomu chodnika, a z niej było wejście do głębszego lochu, z opuszczaną kratą. Na jednej ścianie stały średniowieczne zbroje, a maleńkiej szatni strzegła postać Smierci.  Na pytanie, gdzie jest toaleta, dostałam odpowiedź, że mam wejść w pień drzewa przy szatni. Faktycznie, drzwi do toalet były plastikową imitacją pnia olbrzymiego drzewa,  a w środku było jeszcze dziwniej:   drzwi do poszczególnych kabin były zrobione z takiej samej imitacji drewna  i skrzypiały jak na filmach horror – jestem przekonana, że ten efekt został uzyskany przy pomocy nagranych dźwięków.    Wewnątrz kabin ściany były powyżej połowy pokryte kafelkami, wyciętymi na górze na kształt murów obronnych, a nad nimi wisiały wąskie lustra i chropowato wykończone tynki w kolorach rudobrązowych i brudnozielonych.   Za to nasz pokój był zupełnie „normalny”, czysty i wygodny.

Pogoda była doskonała, świeciło popołudniowe słoneczko i było w miarę ciepło, więc zaraz po obiedzie ruszyliśmy „w miasto”, które jest szczególne z tego powodu, że zostało utworzone jako nowe według pomysłu któregoś Zamojskiego, który był człowiekiem światłym i poczuwającym się do pewnych zobowiązań wobec mieszkańców swoich włości.   Wierzył, że można stworzyć miasto idealne, więc zatrudnił włoskiego architekta, Bernardo Morando, któremu zlecił zaprojektowanie i nadzór budowy takiego  miasta.  Z założenia mieli w nim mieszkać polscy katolicy, ale, po niedługim czasie,  Zamojski zezwolił na osiedlanie się Ormianom, Zydom i Grekom, aby miasto przez ich handel mogło się rozwijać. Stąd obce wpływy w architekturze miasta, np. na Rynku Wielkim stoją cztery, bardzo kolorowe i ozdobne, uwieńczone niezwykłymi atykami, ormiańskie kamienice.  Ciekawiło nas, czym handlowali ci Ormianie, że się tak wzbogacili, ale tabliczki informacyjne na tych budynkach nie mówiły o tym i nigdzie  takich informacji nie znaleźliśmy. Każda kamieniczka nosi nazwę pochodzącą od płaskorzeźby, która zdobi jej front, np. "Pod Aniołem", "Pod Madonną".   Sąsiadujący z tymi kamienicami ratusz jest imponujących rozmiarów i pięknie zaprojektowany, a cały Rynek Wielki elegancko odnowiony.

Poszliśmy obejrzeć  katedrę, ponoć zaprojektowaną dla 3000 mieszkańców na planie podobnym do pentagonalnego planu miasta.  Piękna była, z bardzo strojnymi bocznymi ołtarzami, ale wydała mi się bardzo mała jak na katedrę.   Ponieważ była sobota, poszłam na wieczorną mszę w tej katedrze, żeby zaliczyć niedzielną, i było bardzo uroczyście, a przy okazji przyjrzałam się dokładniej.

Po mszy poszliśmy obejrzeć Pałac Zamojskich: oldbrzymi budynek w kształcie trzech boków prostokąta, przed którym królowała, na chyba 3-metrowym postumencie, bardzo imponująca rzeźba Jana Zamojskiego na ogierze. Niestety, sam budynek nie jest odnowiony, wiszą na nim ostrzeżenia o odpadającym tynku i mieści się w nim Sąd, Wydział Penitencjarny.  Na jednym z murów odkryliśmy napis „APOTHEKE”, pewnie z czasów wojny.  A propos wojny, to Zamość uniknął większych zniszczeń tylko dlatego, że  Niemcy planowali założyć tam „Himmlerstadt”.

Nasz hotel miał stoliki na zewnątrz, pod dostojnymi sklepieniami na solidnych filara, coś a la krakowskie Sukiennice.  Następnego dnia rano siedzieliśmy tam oboje, pracując na laptopach, mąż nad książką, którą właśnie pisze, a ja nad naszą firmową bazą danych.

Zamość to wspaniałe miejsce i będziemy je długo wspominać.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Opowieści z wojaży po Polsce - część 2

W drugi dzień podróży udało nam się wyruszyć z hotelu, po solidnym śniadaniu, opisanym w poprzednim wpisie, już o 11-tej, no może 10 minut po. Trasa tego dnia miała nas prowadzić na południowy wschód, przez Łomżę, Zambrów, Ciechanowiec aż po Siemiatycze, które sobie upodobałam na następny postój po prostu dlatego, że występowały w powieściach Sienkiewicza. Dzień przebyliśmy cały w pięknych okolicach, ale bez większych wrażeń, tyle, że po drodze z Łomży do Zambrowa zauważyłam sosny osadzone wzdłuż szosy, tak, jak w znanych mi okolicach sadzi się klony, topole czy lipy. To nie były te zwykłe sosny, wąskie i strzeliste jak na terenach zalesionych, ale takie bardziej śródziemnomorskie, z rozłożystszą koroną. Były na kilku odcinkach szosy, poprzesadzane drzewami liściastymi, i wyglądały bardzo efektownie i egzotycznie. Podczas całej drogi widzieliśmy też przecudownie kwitnące, biało-żólto-różowo zielone łąki.

Znowu mieliśmy trudności ze znalezieniem przydrożnej restauracji na obiad; w Łomży ani Ciechanowcu niczego stosownego przy drodze nie zauważyliśmy, chociaż pewnie coś było, i zatrzymaliśmy się w pierwszej napotkanej później restauracji, nawet nie wiem w jakiej miejscowości, bo w logu nie jest to zapisane. Tablica przed restauracją obiecywała dania z dziczyzny i jagnięciny, więc się skusiliśmy. Zamówiłam jagnięcinę w sosie śmietanowo-czosnkowym (nie pamiętam, co mąż zamówił, ale chyba lepiej na tym wyszedł).  Podali szybko i czysto, ale jagnięcina była peklowana na modłę golonki, co skutecznie pozbawiło ją specyficznego smaku; sos był smaczny, ale uznałam, że  ze śmietaną i czosnkiem nie miał nic wspólnego, a ziemniaki były wręcz paskudne. Peklowanie jagnięciny to według mnie niemalże świętokradztwo!  Mięsko było delikatne i miękkie, ale smakowo niczym nie odróżniało się od peklowanej wieprzowiny. Może w Polsce tak po prostu jest: nie jada się owiec, więc jak już, to trzeba to  zamaskować smak, za wyjątkiem powszechnie uznawanych kołdunów.

Nic to, posililiśmy się dostatecznie i opuściliśmy lokal.  Kiedy potem na zewnątrz paliłam, podjechał na parking następny samochód i kierowca zapytał, czy jadłam w tej restauracji i co o niej myślę. Odpowiedziałam: nie polecam, więc wyruszył w stronę następnych dwóch restauracji w tej miejscowości.  Byłam zadowolona (czytaj: poczułam ciepełko wokół serca),  że mogłam bratniemu podróżnikowi trochę pomóc, chociaż ja jestem taka głupia, że do głowy nie przyszłoby mi zadawać obcym osobom takie pytania.  Może tu jest lekcja dla mnie!

Oprócz powyższego, jedynym ewenementem dnia był nocleg. Wpadłam na pomysł, żeby wykorzystać mojego, dość przestarzałego, TomToma do wyszukania hotelu wzdłuż naszej trasy.  Zapodał jakiś  przybytek pod tytułem Jarzębinka, więc tam skierowaliśmy nasze kroki.  Przybytek okazał się być barem z pokojami noclegowymi, położonym na parkingu dla TIRów, między stacją benzynową a serwisem opon, prawdopodobnie (ale za to nie ręczę) w miejscowości pod nazwą Kąkolewnica.  Nie chciało się nam jechać dalej, bo od godziny mocno padał deszcz i robiło się późno (tzn. późno, jeżeli chce się, przed pójściem spać, zrelaksować przy paru piwach i zjeść kolację), więc zdecydowaliśmy się tam zatrzymać. 

Mimo niepokaźnych pozorów, okazało się, że tam mamy bardzo dobry wi-fi w pokoju oraz pozwolenie na palenie!  Kolacja i, na drugi dzień, śniadanie też były bardzo przyzwoite, więc, mimo początkowych uprzedzeń, zaliczyliśmy ten postój do udanych. 

Watch this space – będzie ciąg dalszy.

czwartek, 13 czerwca 2013

Opowieści z wojaży po Polsce – część 1-sza

Na początek muszę przedstawić naszą filozofię turystyczną, żeby nie było nieporozumień.  Mąż i ja możemy być uważani za poganów w sprawie ukulturalniania się, bo każda nasza krajoznawcza wycieczka polega głównie na oglądaniu okolic z samochodu, jadąc pomniejszymi drogami, i nasiąkaniu atmosferą odwiedzanych miejsc, co osiągamy  skutecznie przez bezcelowe spacery i picie piwa lub wina w miejscowych wodopojach, obserwując równocześnie tubylców i ich zwyczaje.  Metoda ta nigdy nas nie zawiodła i zawsze dostarczała więcej wrażeń niż dało się ogarnąć.  Takowe podejście zastosowaliśmy więc również w naszej wycieczce po Mazurach, wschodnich rubieżach Polski i Bieszczadach – terenach nam zupełnie obcych.

Tym razem mniej więcej rozplanowaliśmy tę 14-to dniową podróż ustalając z góry, w przybliżeniu plus minus 50 km, miejsca na noclegi, głównie dlatego, żeby odcinki do jazdy były nie za długie i  żeby nie okazało sią potem, że zabrakło czasu na postoje u rodziny i przyjaciół, i wyszło wspaniale.

Wyruszyliśmy z Trójmiasta w samo południe, bo jakoś plan wyjazdu o 10-tej nie wypalił – możliwe, że z powodu spania do 9.30, no ale przecież na urlopie nie będziemy się stresować i zrywać po nocy.  Już za Elblągiem zaczęły się zupełnie dla nas nowe okolice.  Początek doświadczeń z „żółtymi” drogami odrobinę nas przestraszył, bo natychmiast po opuszczeniu głównej szosy drogą nr 513 do Ornety trafiliśmy na generalną przebudowę tego skądinnąd pieknego traktu, z 6-cioma bardzo długimi odcinkami na tymczasowych światłach, przy których trzeba było się trochę naczekać, zwłaszcza że mieliśmy „czerwoną falę”, bo pięć razy staliśmy na czerwonych. Trochę zwątpiłam, bo jeżeli mielibyśmy całą podróż odbywać w tym tempie, to ja dziękuję! Na szczęście, jak się potem okazało, był to najgorszy drogowy problem w ciagu całej wycieczki, no może nie licząc przejazdu przez Łódź i Zgierz w drodze powrotnej, w potwornej ulewie i po zalanych drogach, kiedy to zrobienie 28-miu kilometrów zabrało nam półtora godziny, czyli uważam, że, ogólnie rzecz biorąc, mieliśmy szczęście co do przejezdności polskich dróg.

Trasa prowadziła przez Burdajny, malutką wioskę z kilkoma domostwami, w której zaskoczył nas widok około 20-tu zamieszkałych gniazd bocianich, normalne bocianie osiedle mieszkaniowe, niesamowity widok, który szczodrze wynagrodził nam czekanie przy robotach drogowych. Nigdy czegoś takiego nie spotkaliśmy, bo w znanych nam okolicach jest najwyżej jedno - dwa gniazda na wieś, albo i wcale ich nie ma. Tam również rzuciła się nam w oczy  niezwykle soczysta zieleń otaczających drogę łąk, która zresztą towarzyszyła nam przez całe Mazury i przez większość podróży wzdłuż wschodniej granicy, więc może tam żaby liczniejsze i smaczniejsze niż gdzie indziej?

Czas na obiad wypadł w Ornecie, które to miasteczko chciałam zobaczyć, bo mi się w dzieciństwie nazwa obiła o uszy i brzmiała egzotycznie.  Miasteczko takie sobie, nie ociekające oczywistym dobrobytem, ale pomyślałam, że jakiś obiad powinno się dać zjeść.  W czasie rekonesansu w „centrum” nie natrafiliśmy na żadną restaurację, więc zasiągając języka w kwiaciarni, dowiedziałam się, że Orneta takowej nie posiada, ale są plany, żeby zdbudować, co nie było nader użyteczną informacją, bo przecież nie będziemy tyle czekać. Póki co, są dwa jakieś bary lub restauracja w hotelu za miastem. Byliśmy już bardzo głodni, więc zdecydowaliśmy się na bary, zwłaszcza, że jeden miał podawać pieczone kurczaki, które nawet nie w haute cuisine powinny być stosunkowo jadalne. Nawet do tego baru nie weszliśmy, zajrzałam tylko przez drzwi i zreyzgnowałam, pomimo głośno protestującego żołądka i drętwiejących z zimna kończyn.  Udaliśmy się więc do drugiego, gdzie w karcie dań widniał kotlet schabowy z surówkami, były dwa stoliki i czysto.  Oczekując na jedzenie rozglądnęliśmy się po barze, który okazał się przylegać, przez częściowo oszkloną ścianę,  do poczekalni autobusowej, gdzie zajdował się drewniany stół z ławkami po obu stronach, automat z napojami oraz wejście do toalety. Trochę mnie najpierw zdziwiła obecność takiej poczekalni, ale była tam jednak potrzebna, bo autobusy kursowały nieczęsto i może tam właśnie był punkt przesiadek, bo zaobserwowaliśmy dwoje oczekujących, którzy tam byli od naszego przybycia, jedli własne kanapki i wyglądali na zasiedziałych i pogodzonych z losem. W barze jedzenie było bardzo tanie, szybko podane i całkiem smaczne, surówki świeże i do wyboru, ale takiego kotleta schabowego nigdy nie przedtem napotkałam: był duży, cienki i zupełnie okrągły, a po rozkrojeniu zobaczyłam, że zrobiony jest z jakiejś bliżej niezidentyfikowanej miazgi, co pewnie pozwalało na „smażenie” go w mikrofali prosto z zamrażarki.

Zjedliśmy i ruszyliśmy w drogę do Giżycka, przez Dobre Miasto, Jeziorany, Reszel i Kętrzyn, zahaczając po drodze o Swiętą Lipkę, ale tylko na parę minut, tyle, żeby zrobić parę zdjęć. Ciekawostka nazewnicza: nazwy kilku miejscowoćci w pobliżu Ornety kończyły się na –ajny.

W Giżycku zaczęliśmy szukać hotelu i na samym wjeździe trafił się duży i piękny, nad olbrzymim jeziorem, ale, niestety, nie było w nim miejsc, bo odbywał się właśnie jakiś zjazd czy szkolenia firmowe.  Nie chciało nam się krążyć po mieście, więc ruszyliśmy w dalszą drogę na południe, w kierunku Łomży.

Tego wieczora zatrzymaliśmy się w końcu w miejscowości Wyszowate.  Jak ślepej kurze ziarno, trafił nam się zgrabny i dość luksusowy hotelik w przecudownym parku nad jeziorem.  Ogłaszał go znak przy szosie o Hotelu Myśliwskim „Kasia” lub „Jäger”, odległego o 3 km, do którego prowadziła malownicza polna droga.



Faktycznie, był myśliwski: restauracja udekorowana skórami dzików i porożami jeleni, z czymś w rodzaju zimowego karmnika dla saren na środku, otoczonego  wypchanymi kunami, czaplami, lisami i innymi dzikimi zwierzątkami. Nie mam nic przeciwko temu – skoro jem mięso, to muszę też się pogodzić z faktem, że wyższe gatunki zjadają niższe, tak już świat urządzony, ale nie wszystkim taki wystrój by odpowiadał.





Dostaliśmy wygodny i elegancki pokój na piętrze, z przyzwoitą łazienką i dużym balkonem, który mnie specjalnie ucieszył, bo miałam gdzie palić. Widok z balkonu był na piękne jezioro i prywatną, zieloną plażę dla gości z pomostem, łódkami i leżakami. Kawałek dalej wzdłuż brzegu było zbudowane ognisko z rożnem do pieczenia upolowanej dziczyzny i altanka do biesiadowania.  Szkoda, że pogoda nie dopisała, było bardzo zimno i trochę mżyście, a fajnie byłoby sobie posiedzieć na tej plaży pod wieczór, z piwkiem, dla relaksu. Oprócz nas była tylko jeszcze jedna para, w pokoju obok, z dwoma pięknymi psami rasy Basset hound, o których dowiedziałam się dopiero jak je zobaczyłam, bo słychać ich w ogóle nie było.  Pomyślałam sobie, z odrobiną zawiści, że jakby moje tu były, to cała okolica by od razu o tym wiedziała, bo one nie dają się nie zauważyć.

Hotelik bardzo miły i na dodatek jedzenie dobre, z obfitym śniadaniem, na które podano sery, wędliny, jajecznicę i naleśniki z dżemem; nadałby się na tygodniowy wypoczynek nad jeziorem, z ewentualnym polowaniem czy wycieczką na największe siedlisko żurawi w Europie, organizowanymi na miejscu. Jedyny mankament, przynajmniej dla nas (ja potrzebowałam kontaktu z pracą, bo akurat działo się dużo, a mąż bez Facebooka i dostępu do chmurek nie wytrzymuje długo), to brak Internetu –  był niby dostępny wi-fi, ale za słaby, by z niego korzystać.

Zła jestem na siebie o to, że w czasie tej wycieczki na bieżąco wyrzucałam kartki, na których co wieczór planowałam, którymi drogami i przez jakie miejscowości najciekawiej czy najlepiej dojechać do następnego postoju.  Myślałam, że będę pamiętać, ale pomimo naszego podróżnego kapownika, w którym od 35-ciu lat zapisujemy, etap po etapie, wszystkie samochodowe wyprawy, i tego, że wróciliśmy dopiero w zeszłym tygodniu, już trudno mi  przypomnieć sobie wszystkie trasy. Mam nadzieję, że zabawka męża, na której w czasie drogi nagrywał od czasu do czasu jakieś komentarze, w połączeniu ze zdjęciami, które nie są opisane, ale mają daty, trochę mi pomogą.

środa, 12 czerwca 2013

Opowieści z wojaży

Przygotowuję właśnie cykl opowieści z wojaży po Polsce, napisałam już pierwszy odcinek, ale jeszcze muszę rozpracować dodawanie zdjęć, więc proszę moich szanowych czytelników o cierpliwość, bo w końcu mi się musi udać.

środa, 5 czerwca 2013

Wojaże po Polsce

Właśnie wróciłam z wojaży po Polsce – było wspaniale, już dawno nie miałam tak udanego urlopu.  Zrobiliśmy samochodem ponad 2400 km w przeciągu dwóch tygodni, ja cały czas prowadziłam, ale w żadnym momencie nie odczułam pośpiechu ani presji, więc komfortowo.  Robiliśmy po 250 – 300 km dziennie, z czterema dwudniowymi postojami na południu Polski u rodziny i przyjaciół, i było fantastycznie!

Chyba po Tacie, który miał trochę cygańską naturę (chociaż nie wiadomo skąd),  często napadała mnie chęć ruszenia „w Polskę”, tak wsiąść w samochód i jechać bezcelowo, byle daleko, ale z różnych powodów nie było mi dane spełnić tej zachcianki aż do tej właśnie wycieczki.

Ostatnim razem pokonywałam taką długą trasę przez Polskę 21 lat temu, podczas wyprawy z Mamą, siostrą i mężem do Austrii. Od tego czasu zmieniło się wiele: po pierwsze, drogi zrobiły się dużo bardziej przejezdne; po drugie, wsie wypiękniały – wzdłuż głównych dróg, i tych czerwonych i tych żółtych na mapie, wszystkie domy są wyremontowane, pomalowane i otoczone zadbanymi ogródkami; po trzecie, narosło pełno hoteli, zajazdów, itp., gdzie można się zatrzymać na noc czy na obiad i dobrze zjeść i wypić. Jednak jedno się nie zmieniło: nadal wzdłuż szos napotyka się pijaczków bożych, takich co to mają problemy z trzymaniem kursu. Również napotyka się panienki pracujące, ale to już chyba nowszy wynalazek.

Nie jestem całkiem pewna, czy to „wypięknienie” wsi nie zaszkodziło specyficznemu polskiemu klimatowi:  kury już nie przebiegają szosy na widok zbliżającego się samochodu, bo ich po prostu nie ma, albo są ukryte za domem; starcy już nie siedzą na ławkach przed domami, obserwując przesuwające się przed ich oczami życie; wiejskie dzieciaki już nie gonią każdego samochodu, śmiejąc się i klaszcząc w ręce.

Konstatuję, że Polska się bardzo zmieniła.  Podróż dostarczyła mi wiele wrażeń i na pewno jeszcze o nich napiszę, ale na dziś starczy.

Neapol - zobaczyć i umrzeć, cz.2

Poniższy tekst przygotowałam w maju 2017 roku, jest 2. częścią wpisu z 09.05.2017. Popołudniowa drzemka to fajna sprawa, tam w Neapolu mie...