poniedziałek, 26 maja 2014

Opowieści z wojaży po Polsce, cz.8 (ostatnia)

Z Bielska-Białej wyruszyliśmy na ostatni etap naszej podróży.  Celem były Zory, gdzie od wielu lat mieszka moja najbliższa przyjaciółka.  Ja  i moja siostra przyjaźnimy się z nią od ponad pół wieku. Ja, mając 11 lat,  kochałam się w jej bracie, z którym byłam w klasie i właśnie przez niego ją poznałyśmy, stając zupełnie bezinteresownie w jej  obronie przed jego okrutnym traktowaniem w szkolnej stołówce  – ona była dwie klasy niżej. Tak się zżyłyśmy, że jeździła z nami na wakacje,  do dziś  nazywa naszą Mamę Mamą  i jest w zasadzie częścią rodziny. Przedtem mieszkała w moim (albo raczej jej, bo ona sią tu urodziła, a ja nie) mieście, ale potem losy zaniosły ją daleko stąd.

Dygresja:  „daleko stąd” nieodmiennie przywodzi mi na myśl pewien zespół z lat 60-tych, Tercet Egzotyczny, i ich piosenkę zaczynającą się słowami „Niebo skąpi suchej ziemi”.  W którymś momencie tej piosenki jest werset „ i odnajdziesz szczęście swe daleko stąd”, w którym wykonawcy wyraźnie wymawiają „daleko stąd” jako „naleko stąd”, co spowodowało moje i mojej siostry dozgonne przywiązanie do tego utworu: kiedy tylko chcemy się rozweselić, intonujemy piosenkę „naleko stąd”.  To lepsze niż jakiekolwiek prochy!

Jeżeli któryś czytelnik przetrzymał dygresję i jest nadal obecny, to wracam do tematu. Z Bielska –Białej, naszego poprzedniego postoju, do Zor jest tzw. rzut beretem, więc dotarliśmy tam wczesnym popołudniem.  Czekała na nas wpaniała i mocno zakrapiana biesiada, a ponieważ akurat pogoda dopisała, odbywało się to na tarasie.



Niesamowicie miło spędziliśmy tam dwa dni – co prawda, pogody już nie było, ale nie o to chodziło. W pierwszy dzień pobytu zupełnie niespodziewanie spuchła mi lewa stopa i kostka, kompletnie bez racjonalnego powodu, więc owinęliśmy ją w watę i lód oraz plastikową torebkę, żeby nie ciekło, i z tym spałam.  Na szczęście, na drugi dzień sklęsło i byłam jak nowa.



Fajnie było, ale w końcu musieliśmy wyruszyć w podróż powrotną do domowych pieleszy. Dzień był szary i mokry, nie specjalnie nastrajający pozytywnie, ale trudno się mówi. Właściwie większość trasy jechało się dobrze, ale w Lodzi były tzw. schody.    Padał ulewny deszcz, ulice były zalane, a na dodatek w Zgierzu była normalna powódź, która spowodowała potworny korek na przelotowej trasie przez  Łódź.  Przejazd trwal półtorej godziny, ale wytrzymaliśmy, bo sprytnie zatrzymalismy się na obiad przed Lodzią.

  

Potem już poszło gładko, ale z powodu tych korków o 7-mej wieczorem znaleźliśmy się dopiero na południe od Torunia, więc zdecydowaliśmy się przenocować, mimo, że do domu już niedaleko było.  Natrafiliśmy na hotel przy głównej drodze, który z zewnątrz wyglądał w miarę przyzwoicie, więc tam się zatrzymaliśmy.  W środku wyraźnie pachniało komuną, może latami 70-tymi, ale byliśmy już zmęczeni długą podróżą, więc to zaakceptowaliśmy. W pierwszym zaoferowanym nam pokoju nie działał klozet, ale bez wstrętów przenieśli nas do innego.  Może to nie był najwyższy luksus (the famous English understatement), ale było czysto, łóżka wygodne i ładny widok z okna.  Sklecili nam też w miarę znośną, dla niemających wyboru, kolację - chleb, masło, ser, szynka i piwo- pomimo nieczynnej o tej porze restauracji.

Potem rozmyślaliśmy o tym hotelu.  Dobrych chęci tam nie brakowało, ale infrastruktura zawaliła.  Lokalizacja dobra, obiekt duży, ale wymagający kompletnej renowacji, więc wybitnie nadający się na inwestycję przez jakiegoś Hiltona czy inny Novotel, a najstosowniej Travel Lodge albo Premier Inn,  ale chyba tych w Polsce nie ma .

Następnego dnia, po przyzwoitym śniadaniu, w półtorej godziny dotarliśmy do domu Mamy, odległego o 70 km od naszego, czyli właściwie do punktu startowego naszej podróży.  I tak zakończyły się nasze wojaże po Polsce.  Jak najbardziej zamierzam je kontynuować, bo mam we krwi coś nomadycznego!

 

piątek, 23 maja 2014

Nareszcie mam ogródek!

Jestem niewymownie szczęśliwa - po niemal trzech latach od przeprowadzki z Anglii nareszcie mam urządzony ogródek! Jest jeszcze bardzo młody, więc na pełen efekt trzeba będzie poczekać, ale póki co ożywiłam go letnimi sadzonkami i też jest pięknie. Jak tylko spojrzę przez drzwi na taras, robi mi się ciepło koło serca i uśmiecham się. Niestety, z mojego gabinetu nie widzę tego, ale i tak jest dobrze. Planuję postawić w nim ławeczkę w strategicznym punkcie, z którego będę miała widok na całość.   

W ogrodnictwie zakochałam się w 1976 roku, kiedy kupiliśmy nasz pierwszy dom na obczyźnie, w Walii,  z  małym, ale zgrabnym ogródkiem, choć troszkę zarośniętym (czytaj: trawa do kolan, a chwasty do pół uda). Było to nie lada wyzwanie.  Co prawda, w szkole interesowałam się botaniką i oznaczaniem roślin, ale nie miałam żadnego doświadczenia w zakładaniu ogrodów ani hodowaniu roślin, ale się tym zupełnie nie przejęłam i postanowiłam szybko dokształcić się w temacie. Zaczęłam od systematycznego studiowania katalogów roślin ogrodowych, które to katalogi można było uzyskać za darmo od  hodowców.  Stały się dla mnie kopalnią wiadomości na temat przydatności i wymagań roślin ogrodowych.  Kupiłam sobie też taniutką broszurkę dla początkujących ogrodników, która zawierała absolutnie podstawowe wiadomości o rodzajach ziemi, sadzeniu, pielęgnacji i szkodnikach.  Tak uzbrojona założyłam swój pierwszy ogródek, a były w nim i groszki pachnące i kwitnące zimozielone krzewy i poziomki i cukinie.

Doświadczenie zdobyte w tym pierwszym ogródku wykorzystałam potem w trzech następnych, nadal ucząc się z wszelkich dostępnych źródeł, głównie telewizyjnych programów ogrodniczych, których w Anglii nie brakowało. Mój ostatni ogród w Anglii był dość duży i składał się z rozległego trawnika,  skalniaka, kilku grządek kwiatowych, dwóch warzywnych, oczka wodnego z nenufarami i roślinami brzegowymi oraz sporej ilości donic i wiszących koszyków do letnich nasadzeń. Była w nim też stara śliwa a la renkloda, zdziczała czereśnia oraz młoda czereśnia, jabłonka i białe i czerwone porzeczki, które sama posadziłam. Czereśni nigdy nie udało się zebrać, bo zjadały je stada szpaków zanim jeszcze dojrzały i w żaden sposób nie dało się ich odstraszyć.  Ze starej śliwy zawsze można było coś zebrać, bo starczało tego i dla nas i dla ptaków i dla os, więc robiłam przepyszne dżemy. Z jabłkami było gorzej: kilka jabłek udało nam się co roku zebrać, były chrupkie, słodkie i soczyste, ale jednego roku wszystkie zniknęły dzień przed planowanym zbiorem – tu musiały zawinić  albo wiewiórki albo złodzieje. Z porzeczkami bywało różnie, czasem udawało mi się je na czas ochronić siatką, a czasem wielkie leśne gołębie pożerały wszystko zanim się zorientowałam.

Był też mniejszy ogródek przed domem, od strony ulicy, w którym miałam ozdobne drzewko na środku podwyższonej, owalnej grządki i kwitnące krzewy oraz byliny na kilku grządkach. Naokoło wejścia do domu powojniki otaczały ganek pnąc się do słońca i całość wyglądała urokliwie.

To był mój najlepszy i ukochany ogród, miałam go przez 14 lat i chyba tego najbardziej mi było żal, kiedy wyjeżdżałam z Anglii. Według popularnego powiedzonka z moich szkolnych czasów „Co było a nie jest, nie pisze się w rejestr”, ale chyba jednak opiszę go kiedyś.  Nota bene, zdjęcie w nagłówku jest właśnie z tamtego ogrodu.

A teraz mam ten świeżo założony, maciupci, miejski ogródek - tamten w Anglii miał co najmniej 1000 m2, a ten, wliczając taras, ma 76, czyli nawet nie jedną dziesiątą.

Na początku był tu trawnik z piwoniami, grządka kwiatowa przed tarasem z kilkoma różami, niezapominajkami i tulipanami i druga wzdłuż granicy sąsiedniej parceli, z niesfornym żywopłotem z samosiejek.  Na wąskiej grządce na tarasie był zasadzony żywopłot, którego jedyną zaletą była zieleń przez cały sezon.

Jak to często bywa w miejskich ogródkach, nie ma w moim nadmiaru słońca. Zimą prawie wcale nie ma, bo słońce stoi nisko i nie ma szans wyjrzeć zza domu, ale w lecie każdy kącik dostaje trochę słońca, te najciemniejsze po 2 – 3 godziny dziennie, a najjaśniejsze nawet do 6 godzin.  Według ekspertów od ogrodnictwa, to jest, odpowiednio, cień i półcień. Dodać do tego psa, który  zamaszyście i bardzo skutecznie rozdrapuje ziemię przy każdej wizycie i jest problem – jak tu założyć ogródek, który miałby szanse na przetrwanie?

W planowaniu trawnik od razu odpadł, z oczywistych powodów, ale chciałam mieć krzewy, małe drzewka i grządki z kwiatami. Myślałam nad tym bardzo długo i w końcu wymyśliłam: ogródek będzie kamienny, z podwyższonymi grządkami dla mnie, na które niewchodzenia psa można łatwo nauczyć, i specjalnym miejscem dla załatwiania psich potrzeb. I tak powstał mój nowy ogródek. Rozrysowałam plany, wynajęłam brygadę budowniczą, która, pod moim ścisłym nadzorem, te plany (nie bez pewnych oporów) realizowała.  W ten sposób powstały dwie wysokie, owalne grządki, jedna półowalna i jedna prostokątna oraz ścieżki z płytek otoczonych kamykami. Głównym materiałem budowlanym był przepiękny granit w kolorach białozłotych, zbudowano również za tarasem piaskownicę dla psa. Tak dokonała się architektura mojego ogródka.

Potem to już była tylko kwestia nasadzeń.  Architektura była twarda, więc rośliny musiały ją złagodzić i rozmazać granice, żeby ogródek nie wyglądał jak kamienna pustynia. Poza tym wymarzyłam sobie aspekty użytkowności, takie jak mało znane owoce.   Zgodnie z planem, nad którym pracowałam ze dwa lata, tymczasowo sadząc moje ulubine rośliny w pojemnikach,  posadziłam  w moim nowym ogródku krzewy i małe drzewka, które nadadzą mu kształt i permanencję: różowo kwitnący migdałowiec centralnie na dużej owalnej grządce; po jednej, pieczołowicie wybranej,  hortensji na każdej grządce – wybrałam głównie bukietowe i drzewiaste, bo są niesamowicie mrozoodporne, ale skusiłam się na jedną ogrodową (nieodporna macrophylla), bo jest niebieska.  Na długiej grządce pod płotem posadziłam czarny bez z jadalnymi kwiatami i owocami i ciemnymi liśćmi;  ciekawą jabłonkę (jak papierówka, ale czerwona i przechowywalna), świdośliwę, która pięknie kwitnie na wiosnę, a potem rodzi jadalne jagody i na dodatek przebarwia się na czerwono jesienią oraz rokitnik syberyjski ze srebrnozielonymi listkami, który, jak się trafi na osobnika żeńskiego, będzie kwitł i produkował jadalne, pomarańczowe, owoce - wsadziłam trzy sadzonki  i mam nieśmiałą nadzieję, że jedna z nich będzie żeńska.

Dla natychmiastowej gratyfikacji i koloru, posadziłam na grządkach bratki i petunie, uzupełnione dla kontrastu srebrnymi i zielonożółtymi, zwisającymi roślinkami, których nazw nie znam.

Na tarasie, w miejsce wykarczowanego żywołotu, który przedtem otaczał go z dwóch stron, posadziłam jesienią różnokolorowe, pachnące róże, zamówione przez Internet od specjalistycznego hodowcy.  Dwie, które zresztą od razu wyglądały rachitycznie,  niestety się nie przyjęły, więc braki uzupełniłam trzema różami z mojego likwidowanego ogródka.  Róże na razie są niewielkie, ale powinny już  w tym sezonie zakwitnąć. Na razie powsadzałam pomiędzy nie kolorowe bratki i niecierpki, a jesienią planuję dodać krokusy i żonkile, żeby było ładnie wiosną.

Oprócz tego mam na tarasie donice z moimi ulubionymi ziołami: tymiankiem, rozmarynem, szałwią i lubczykiem, oraz dwie z dość dużymi żywotnikami (tuje), jedną z pięknym iglakiem, który przeżył już tu kilka zim i dwie z kwiatami – w jednej są zwisające begonie, a w drugiej będzie później fuksja

.

To jest tylko początek, ogródek ma dopiero miesiąc, architektura jest, ale permanentne nasadzenia są jeszcze raczej niepokaźne.  Mam nadzieję, że w przyszłym roku już zaczną spełniać swoje przypisane zadania. A na dodatek wygląda na to, że ogródek jest stosunkowo ślimako-odporny z powodu podłoża z piasku i drobnych kamieni, po których trudno się ślimakom poruszać.

Nie potrafię adekwatnie wyrazić w słowach zadowolenia, jakie daje uprawianie ogródka, nawet takiego maciupciego, ale jestem pewna, że każdy ogrodnik to zrozumie. Nawet jeżeli ma się tylko parapet z jedną skrzynką, to można tej radości doznać.

czwartek, 22 maja 2014

Nieudana próba

Chciałam dzisiaj, po dłuższej przerwie, zrobić nowy wpis (o moim nowym ogródku), ale nie zrobiłam, bo podczas mojej nieobecności na blogu pozmieniały się systemy i nie udało mi się wstawić odpowiednie zdjęcia.
Jutro spróbuję jeszcze raz!

Neapol - zobaczyć i umrzeć, cz.2

Poniższy tekst przygotowałam w maju 2017 roku, jest 2. częścią wpisu z 09.05.2017. Popołudniowa drzemka to fajna sprawa, tam w Neapolu mie...