niedziela, 2 marca 2014

Opowieści z wojaży po Polsce, cz. 7

Z tego nadmiaru pracy  zapomniałam kontynuować moją opowieść o naszej czarownej wycieczce po Polsce. Dla przypomnienia (sobie i ewentualnym czytelnikom) pierwszy o niej wpis, w którym wyłożyłam założenia tej eskapady,  był 13-go czerwca 2013 r,  a część 6, poprzedzającą tę  obecną, opublikowałam 18-go lipca 2013 r.  Jest to opowieść bardzo osobista, więc nie każdemu musi się spodobać.

Z Krakowa pojechaliśmy do bliskiej rodziny w  Bielsku-Białej, i tam też, oczywiście, przyjęto nas wspaniale, przepysznymi potrawami przygotowanymi na naszą cześć  przez moją ciocię, siostrę Taty (po której charakter i wiele zachowań odziedziczyła moja siostra)  oraz wybornymi domowymi winami wujka: wszystkie klarowne i pięknego koloru, jedne gronowe, a inne z czarnej i czerwonej porzeczki, o bardzo ciekawym smaku.  Doskonałe!

Na drzwiach windy w bloku, w którym mieszkają zobaczyłam napis, który początkowo mnie rozmieszył, ale potem pomyślałam sobie, że warto taką rzecz wiedzieć. 

Następnego dnia była niedziela, więc udałam się z ciocią i wujkiem do pobliskiego, względnie nowego, kościoła, który mnie trochę zaskoczył.  Po pierwsze, był niesymetryczny i szerszy niż długi, co się rzadko zdarza. Po drugie, miedziano-srebrna płaskorzeźba tworząca ołtarze  była dość niecodzienna i, według mojego uznania, trochę za mocna jak na taki płytki kościół. Były chyba ze cztery ołtarze: licząc od lewej, najpierw ołtarz boczny, przedstawaijący różne scenki z Biblii, potem ołtarz główny, ze srebrnym Jezusem na krzyżu, ale w życiu nie widziałam takiego tłuściutkiego Jezusa, miał krępe kończyny i bardzo okrągłe bioderka!  Dalej w prawo były jeszcze dwa ołtarze w podobnym stylu.  Niestety, nie mam zdjęć, bo zdjęcia robi mąż, który do kościoła nie chodzi, a było co fotografować.  W Internecie też nie znalazłam, a już wierzyłam, że tam można znalezć wszystko!

W dzień po przyjeździe poszliśmy sobie na nostalgiczny (przynajmniej dla mnie) spacer po Bielsku.  Przypomniały mi się stare czasy, kiedy to Tato woził nas tam do dziadków i wypytywał na wjeździe do miasta, czy poznajemy gdzie jesteśmy.  Siostra i ja poznawałyśmy w jednym, określonym momencie, to był taki przejazd pod kamiennym sklepieniem, którego przejazdu teraz już nie ma, bo puścili główną trasę inną drogą, a pod kamiennym sklepieniem jest teraz pasaż z drogimi sklepami. Udało mi się jednak znaleźć coś, co pozostało bez zmian:  malutki sklepik zoologiczny na ulicy gdzie mieszkali dziadkowie.  Pamiętam, że w czasie licznych pobytów u dziadków we wczesnym dzieciństwie chodziłam rano po świeże mleko z dziadkiem do pobliskiej, nie istniejącej już mleczarni, gdzie pachniało świeżym mlekie i gdzie  pani za ladą nalewała cylindryczną, litrową miarką na rączce długiej jak w chochli mleko  do przyniesionych przez klientów pojemników. Ta cynowa miarka mnie fascynowała: była taka malutka, a potrafiła wypełnić mlekiem litrową bańkę. W drodze powrotnej przechodziliśmy obok sklepiku zoologicznego i zawsze upominałam się o jakiś zakup: a to złota rybka, a to chomik, a to białe myszki.  Na szczęście dziadzio miał więcej rozumu niż ja i nie ulegał moim namowom.  Teraz weszłam do tego sklepiku, żeby zapytać, czy to ten sam, bo na wirtynie widniał napis, że sklep prowadzi ta sama rodzina od 1957 roku, ale zostałam przyjęta chłodno  - może właściciel  ubolewa nad swoim ciężkim losem (bo chyba tam nie zarabia dużo) i takie wizyty jak moja go nie bawią.

Na spacerze natknęliśmy się przypadkiem na XII Zlot Zabytkowych Mercededsów.  Ach, co to był za widok!  Przecudowne, wypieszczone stare auta, jakich już się nie robi!  Z właśnie nadjeżdżających  aut wysiadały eleganckie pary z zakapeluszowanymi damami, a przy innych stali już tacy  albo hippisi i inni przebierańcy.  Nie będę komentować strojów właścicieli, to wyłącznie sprawa gustu, ale samochody były przepiękne!

Był to pierwszy dzień czerwca, czyli Dzień Dziecka, i z tej okazji natrafiliśmy na kolorowy pochód dzieci ze szkół bielskich. Gdzieś w tym pochodzie zaplątał się też jeden ślub, ale chyba jako dygresja.

Potem odwiedziliśmy  podmiejską działkę cioci i wujka, która wygląda jak raj na ziemi lub zielona oaza na pustynii, bo oboje mają smykałkę do uprawiania roślin, czyli tzw. po angielsku „green hands”.

Pobyty i w Krakowie i w Bielsku-Białej były przepojone dla mnie ciepłymi i miłymi wspomnieniami z dzieciństwa i młodości, i bardzo się cieszę z tego, że po 22 latach  „zamiarowania”  wreszcie udało mi się tego dopiąć.

piątek, 31 stycznia 2014

Nie mam czasu!

Znowu nie mam czasu pisać!  Co to za emerytura, kiedy nie można się samemu dogonić!

Właśnie pracuję nad korektą książki mojego męża (po angielsku), którą niedawno opublikował jako e-book, nieco przedwcześnie, bo przed korektą.  Mimo, że temat książki jest mi obojętny (polityka i Jan Paweł II), to czytam ją z zainteresowaniem, równocześnie korygując błędy gramatyczne i stylistyczne oraz zaznaczając miejsca, których nie rozumiem – albo dlatego, że są niejasno wyrażone, albo dlatego, że nie jestem obeznana w temacie.  Robię to dlatego, że mój angielski jest bardziej „uczony” niż jego, mimo, że on jest rodowitym Anglikiem, a ja po prostu zdolną lingwistką.

Równocześnie mam własną pracę, która akurat w ten weekend wymaga mojej kompletnej uwagi, więc będzie przerwa w pracy nad książką.

środa, 15 stycznia 2014

Wykorzystywanie bezbronnych

Temat nasunął mi się po przeczytaniu, jakiś czas temu, wpisu blogerki, której babcia padła ofiarą oszustów.  Zaczęłam wtedy to pisać i zamiast do mojej teczki blogowej schowałam to sobie do teczki z jakąś robotą, którą właśnie kończyłam i natychmiast o tym zapomniałam.  Dzisiaj, szukając jakiegoś pliku z tamtej roboty natrafiłam na ten szkic i postanowiłam go dokończyć, zwłaszcza, że temat nadal na czasie.

Nagminne stały się ostatnio w Polsce metody promowania i sprzedaży produktów i usług, które były zupełnie nieznane przed nastaniem naszego nowego kapitalizmu, takie jak, na przykład, „cold calling” czyli nieproszone telefony do abonentów, których numery widnieją w książkach telefonicznych albo może , jak to ma miejsce w Anglii, są sprzedawane w tym celu zainteresowanym firmom przez inne firmy czy instytucje, które weszły w ich posiadanie w zupełnie innym i legalnym celu.  Ogólna publika wydaje się być na to zupełnie nieprzygotowana i naiwna w tym zakresie doświadczenia, i często się na takie telefony łapie, biorąc je za dobrą monetę, kiedy należałoby odpowiedzieć rzuceniem słuchawki. Za przykład może tu posłużyć moja 88-letnia Mama, która, niezwyczajna takich metod, wdaje się w dyskusję z osobą dzwoniącą i czuje się w obowiązku tłumaczyć się z odmowy argumentując ją swoją osobistą sytuacją, bo jest dobrze wychowana i myśli, że tego dzwoniącego to obchodzi, więc nie chce sprawiać przykrości.

Ja, po wielu latach doświadczenia w Anglii, otrzymując telefony od nieznanych osób, które zapraszają mnie na jakiś pokaz lub darmowe badanie, albo mówią, że muszę odebrać nagrodę, którą właśnie wygrałam, albo oferują mi jakieś promocje w umowach o Internet, telefon, konto bankowe, itp., odpowiadam grzecznie, że dziękuję, ale mnie to nie interesuje,  jak będę czegoś potrzebować, to sama się zgłoszę.  Mówię to, jak tylko się zorientuję, że to taki telefon i rozłączam się.

Czasem jednak trudno się od razu połapać, czy odebrany właśnie telefon to jeden z „tych” czy jakaś sprawa, która faktycznie mnie dotyczy.  Niektóre z takich telefonów (a odbieram ich na linii stacjonarnej po kilka dziennie) są łatwe do rozpoznania, np. kiedy osoba dzwoniąca używa takiej formułki: najpierw „dzień dobry”, potem nazwisko, a potem nazwa firmy, którą reprezentuje. W tym momencie już wiem i mogę powiedzieć „nie, dziękuję” i szybko zakończyć połączenie. Inne zabierają trochę dłużej, bo dzwoniący albo oczekują opdowiedzi na „dzień dobry” a potem stosują bardziej rozwlekły tekst, albo, co gorsza, po powitaniu i podaniu nazwiska pytają, czy  dodzwonili się do pani X, co wymaga z mojej strony wytłumaczenia, że pani X nie mieszka tu od lat.  Jeżeli telefon jest rzeczywiście do niej, to dzwoniący przepraszają i się rozłączają, ale w większości wypadków to po prostu inny sposób na próbę sprzedania mi czegoś, co mi jest zupełnie nie potrzebne (ojej, razem czy osobno?) i po takim wstępie dzwoniący przechodzą do rzeczy, więc dopiero wtedy mogę się ich pozbyć.

Najgorsze i najbardziej czasochłonne są telefony typu: „dzwonię w sprawie pani rachunku za energię” , bo chwilę to trwa zanim się okaże, że osoba dzwoniąca wcale nie reprezentuje mojego dostawcy energii i żadnego rachunku mi nie wysłała, tylko próbuje mnie przeciągnąć do innego dostawcy. Mój mąż ma na takie telefony prosty sposób: mówi po angielsku, że nic nie rozumie i się rozłącza, ale ja tego fortelu nie używam, bo przecież jestem Polką, może dwujęzyczną, ale Polką.

Statystyk nie prowadzę, ale odnoszę wrażenie, że większość otrzymywanych przeze mnie telefonów jest od firm oferujących usługi medyczne i te są najbardziej niebezpieczne dla ludzi zdesperowanych bólem czy inną uporczywą dolegliwością.  Tak „wpadła” jedna z moich bliskich osób, wykształcona, pracująca i w pełni sił umysłowych. W okresie, kiedy ból kręgosłupa ją unieruchamiał, akurat zadzwonił do niej facet, oferując sprzęt rzekomo medyczny, który miał działać niezawodnie.  Będąc u kresu wytrzymałości, zgodziła się wypróbować sprzęt w domu i po jego użyciu poczuła pewną ulgę, więc po próbie podpisała umowę, według której weszła w posiadanie sprzętu za sumę 1 400 zł, którą zapłaciła facetowi.  Była zaskoczona, kiedy później jakiś bank zaczął ją ścigać za niespłacenie terminowo kredytu, którego zaciągnięcia w ogóle nie była świadoma, i za wynikające ze zwłoki  odsetki.  Straciłaby ponad 4 000 zł gdyby facet nie został zatrzymany za inne oszustwa a jego brat nie zadecydował, z prywatnych powodów, wynagrodzić strat poszkodowanym.

Absolutnie nie twierdzę, że wszystkie firmy medyczne, które do nas wydzwaniają to oszuści, ale bez oszustwa też można ciągnąć niezłe zyski z naszych zdrowotnych bojaźni po zaoferowaniu darmowego badania.  Jedno wiem na pewno: takie telefony okropnie mnie denerwują, zwłaszcza, że pracuję w domu, a one odrywają mnie od pracy, rujnując skupienie, które, z postępem lat,  coraz trudniej mi osiągnąć. Nie odbierać nie mogę, bo numer jest znany mojej rodzinie i używają go również moje sąsiadki.  Z powodu upierdliwości tych niechcianych telefonów zaczęłam się zastanawiać nad likwidacją linii stacjonarnej, bo przecież rodzinie i sąsiadkom mogłabym podać numer komórki, ale ma ona jeden plus: mam darmowe telefony do linii stacjonarnych w Anglii, a czasem muszę odbywać dluższe rozmowy z moim biurem w Londynie.  Ale trzeba rozważyć, czy to warto za taką cenę.

wtorek, 7 stycznia 2014

Requiem dla mojej suki – część II, Zycie

Suka miała ciężkie życie, chociaż mam nadzieję, że ostatnie 11 lat u nas jej to trochę wynagrodziło.  Przyszła na świat jako jedna z miotu 9-ciu szczeniąt w wyniku mezanliansu matki, rodowodowego wilczura, z jakimś przygodnym collie.  Szczenięta zostały uratowane od zagłady przez właścicielkę przytułka dla psów, panią psychlog od psów,  która zresztą zatrzymała sobie dwa z nich, stopniowo  rozparcelowując pozostałe i profesjonalnie wytrenowane szczeniaki do indywidualnych domów.

Moja suka nie miała szczęścia: najpierw trafiła do domu gdzie, mimo wyraźnych instrukcji, karmiono ją nieprawiodłowo.  Kiedy zaczęła mieć rozwolnienie i brudzić w domu, wygnano ją do ogrodu.  Suka bardzo cierpiała z tego powodu, bo potrzebowała być blisko ludzi.  Pani psycholog w końcu zabrała ją z tego domu i suka wróciła do przytułka.

Jej następnym domem był pub (rzecz dzieje sie w Anglii), w którym rezydowały już dwa spaniele.  Wszystko było dobrze, dopóki do domu nie sprowadziła się matka właściciela z 14-to letnią suką, foksterierem.  Suki się natychmiast serdecznie znienawidziły i, kiedy właściciele bezmyślnie zostawili wszyskie psy razem w ogrodzie i wyjechali na 5 godzin, po powrocie zastali trupa foksterierki, najoczywiściej zagryzionej przez psa.  Sprawczynią najprawdopodobniej była suka.

Wróciła więc do przytułka i jego klatek (w których chyba musiała gryźć cement lub metalowe kraty, bo przednie zęby miała starte).  W momencie kiedy jej zdjęcie znalazłam w Internecie, w trakcie poszukiwań towarzyszki dla mojego bardzo młodego labradora, którego zapotrzebowanie na osobistą uwagę przerastało moje możliwości, przytułek się likwidował z powodu braku środków i suka była ostatnim psem do wydania.  Napisałam do przytułka, następnie porozmawiałam szczerze z panią psycholog przez telefon  i zostałam zaproszona na próbę.  Próba wypadła świetnie:  mój 7-mio miesięczny labrador czytał sukę jak książkę i dostosowywał się do jej dominacji, a suka go tolerowała.

No więc zdecydowałam się ją wziąć.  Miała 2 lata i była kompletnie skopana psychicznie.  Z natury spięta, dozgonnie wierna i bojaźliwa (wilczurze cechy), wiele ucierpiała przez przykre doświadczenia w poprzednich domach i powroty do przytułka, a jeszcze na dodatek metoda zastosowana do jej szkolenia spowodowała, że suka histerycznie reagowała na metaliczne kliknięcia, np. takie, jak przy zatrzaskiwaniu kółek segregatora oraz na wysokie tony, takie jak np. odgłos korka wyciąganego z butelki wina.  Po kilku latach te problemy w końcu minęły.

Wzięłam ją wraz z całą listą instrukcji:

1) po przywiezieniu do domu, wpuścić ją pierwszą;

2) przez pierwszy miesiąc nie dawać zabawek obu psom na raz, bo ona za zabawkę może psa pogryźć;

3) karmić wyłącznie suchą karmą dobrej jakości (pani psycholog zaaprobowała IAMS);

4) nie pozwalać na kontakt z 2 – 3 letnimi maluchami, bo ich piski mogą sprowokować ją do ataku;

5) przez pierwszy miesiąc nie spuszczać ze smyczy na spacerze, żeby nie uciekła.

Trochę to wszystko brzmiało przerażająco, ale po przedyskutowaniu szczegółów z panią psycholog doszłyśmy do wniosku, że adopcja się uda i nie myliłyśmy się.  Wzięłam ją do samochodu i posadziłam na przednim siedzeniu pasażera, a mąż siedział z tyłu z młodym, który przez całą  drogę usiłował sprawdzić, co suka robi z przodu, podczas gdy ona go kompletnie ignorowała. Już na pierwszym postoju okazało się, że suka uznała samochód za swoje terytorium i zaciekłym szczekaniem broniła go przed potencjalnymi intruzami, którymi mogli byli się okazać ludzie przechodzący obok.  Po dotarciu na miejsce, instrukcji punkt 1 wykonałam, ale i tak na początek trochę pocięła psu pysk, tak profilaktycznie, żeby nie miał wątpliwości, kto tu rządzi. I nie miał: przez pierwszy tydzień nie miałam z nim kontaktu, liczyła się tylko ona, ale potem treningiem odzyskałam kontrolę nad nim.

Punkty 2 i 3 zastosowałam dokładnie, a punkt 4 nie sprawił trudności, bo ani w rodzinie ani wśród bliskich znajomych akurat takich maluchów nie było.  Na wszelki wypadek od samego początku zastosowałam aparthaid: zakupiłam bramki dla psów (takie jak dla maluchów, tylko większe) i wprowadziłam system rozdzielania ich na noc i na każdą naszą nieobecność.  Młody zostawał bezpiecznie za bramką w tylnej części kuchni, a suka w przedniej, żeby nie mogły się pogryźć, bo nigdy nie miałam do niej pełnego zaufania pod tym względem.

Co do punktu 5, to nie było takiej potrzeby.  Suka nie miała najmniejszego zamiaru uciekać, trzymała się mnie jak rzep psiego ogona i nie odchodziła dalej niż na metr. Co więcej, nie chciała sama wychodzić do ogrodu, ze strachu, że zamknę drzwi i już jej więcej nie wpuszczę do domu – minął chyba rok, zanim jej to przeszło.

Na początek musiałam ją wysterylizować, bo pies był jeszcze wtedy kompletny.  Myślałam, że się na mnie za to obrazi, ale nic podobnego.  Mijały lata i suka powoli zaczęła wierzyć, że ma stabilny dom i kochającą rodzinę.  Zrobiła się weselsza i zaczęła się bawić z psem, czasami nawet zalotnie.  Miło było patrzeć na jej radość z nowego życia i na powrót pewności siebie, które sowicie wynagrodziły wszelkie początkowe trudności.

Jeżeli chodzi o inteligencję, to uważam, że suka miała jej mniej niż pies.  Była świetna w obserwacji, ale mechaniczna w działaniach, podczas gdy pies był powolny, ale myślący. Znała wszystkie nasze rutyny, np. gdy szła ze mną do klozetu, to wychodziła w momencie kiedy brałam do ręki papier toaletowy, bo wiedziała, że to koniec tej procedury.

Zawsze leżała na wejściu do mojego gabinetu, bo uważała, że musi mnie pilnować.  Pies, który wolał być bliżej mnie i kładł się pod moim biurkiem, często miał kłopoty z wyjściem z pokoju, bo ona nieustępliwie zagradzała mu drogę, i musiałam ją prosić, żeby go przepuściła, bo gdyby sam próbował ją przeskoczyć, to dostałby po ryju.

Nigdy nie upominała się o jedzenie, nie jak pies, który dokładnie o 9-tej rano i 5-tej po południu (pory karmienia) napadał mnie przy komputerze, drapiąc łapami i ogólnie się naprzykrzając.  Suka miała swoje zasady.

Najgorsza dla niej była rozłąka. Nie potrzebowała mnie dotykać, ale musiała mnie widzieć.

Pod koniec życia miała kłopoty z żołądkiem, ale najbardziej z biodrami i tylnymi nogami, co jest typowe dla wilczurów.  Coraz gorzej chodziła, nie dawała rady wskakiwać do samochodu i w żaden sposób nie chciała używać trapu, pieczołowicie  skonstruowanego dla niej przez naszego przyjaciela.  Ze schodami dawała sobie jeszcze jakoś radę, ale do samochodu trzeba było ją wsadzać, co, zważając na cotygodniowe podróże, zaczęło być problemem, bo my też nie młodzi.  Coraz gorzej było też z jedzeniem.  Najpierw przestała jeść suchą karmę, więc zaczęłam gotować zupy z kury i jarzyn, które przez kilka miesięcy chętnie konsumowała, ale potem jej przeszło. Normalne suche też jej przestało smakować, więc kupowałam wszelkie inne, ale też na nic.  Po którymś epizodzie rozwolnienia zaczęłam jej gotować ryż z kurczakiem, ale to też na niewiele się zdało, bo po prostu nie chciała jeść.  Wychodziłam z siebie, żeby jej jakoś pomóc, ale natura robiła swoje i 13-letnia suka po prostu się kończyła.

W końcu nadszedł kryzys (opisany w części I) i koniec.

piątek, 3 stycznia 2014

Gra dla małżeństw lub partnerów

Chcę się pochwalić twórczym osiągnięciem w dziedzinie prezentów gwiazdkowych na Boże Narodzenie 2013.

W naszej rodzinie już od wielu lat jest zasada, że każdy dostaje jeden główny prezent od wylosowanej osoby, żeby było sprawiedliwie, ale wszyscy i tak kupujemy dodatkowe.  Szukając drobnych upominków dla najbliższych natrafiłam na piękne, nostalgiczne, ręcznie robione medaliony w ozdobnej, metalowej oprawie ze szklanym kaboszonem, które zawierały pojedyncze numerki na podkładzie papieru ze starych ksiąg.  Tak mi się spodobały, że  je kupiłam, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że same mogłyby nie przemówić do nimi obdarowanych, chyba, że też by byli nostalgiczni.

Zawsze chciałam być psychologiem, więc dałam moim marzeniom pole do popisu i wymyśliłam do tych numerków terapeutyczną grę dla par.  Włożyłam medaliony do ładnego pudełka i zaopatrzyłam je w następującą instrukcję:

Niebezpieczne Warzywa

- gra  dla  par

Zestaw zawiera:

- zawieszki z numerami 1 i 2

- zasady gry w dwóch wersjach

Zasady gry (wersja dla odważnych)

(znajomość arytmetyki wymagana)

1)      Para robi zebranie raz w tygodniu, np. w poniedziałek wieczorem (możnaby w sobotę, ale po co sobie psuć weekend), aby zanalizować swoje zachowanie w ciągu minionego tygodnia pod kątem wykroczeń partnerskich, które można podzielić na następujące warzywne kategorie, odzwierciedlające kolor twarzy winowajcy:

 a)      rzodkiewki, np. spóźnienie na obiad, niedokłane wykonanie zakupów, zaległości w wynoszeniu śmieci,  przypalenie kotletów,  itp.


 b)      buraki, np. niestawienie się na umówione spotkanie, przegapienie rocznicy ślubu czy imienin partnera, niedotrzymanie solemnej obietnicy, itp.


 c)      kalafiory, np.  zapodzianie się na noc, jakiś przygodny flirt na imprezie czy żenujący SMS.


 2)      Rezultaty: para podlicza punkty za wykroczenia:

Rzodkiewka                 1 punkt

Burak                           3 punkty

Kalafior                        5 punktów

3)      Wynik gry:

- partner z największą ilością punktów dostaje zawieszkę numer 2, czyli samo dno

- partner z najmniejszą ilością punktów dostaje zawieszkę numer 1, czyli top dog

Zawieszki można sobie przypiąć do szlafroka, ulubionego kubka lub też w każdym innym miejscu.

4)      nagroda za wygraną:

- partner z zawieszką nr 1 zyskuje absolutne prawo do  otrzymywania porannej kawy/herbaty do łóżka przez cały tydzień, aż do następnego zebrania (jeżeli to lubi, bo jak nie, to można ustalić stosowniejszą nagrodę).

Zasady gry (wersja bezstresowa)

(znajomość arytmetyki nie jest wymagana)

1)      Para robi zebranie raz w tygodniu, np. w poniedziałek wieczorem

2)      Jeden partner rzuca monetą (w jednym tygodniu partner A, w następnym partner B, na przemian)

3)      Wynik gry:

Orzeł / królowa – zawieszka nr 1 dla rzucającego partnera

Reszka – zawieszka nr 2 dla rzucającego partnera

4)  nagroda za wygraną, czyli nr 1:

- partner z zawieszką nr 1 zyskuje absolutne prawo do otrzymywania porannej kawy/herbaty do łóżka przez cały tydzień, aż do następnego zebrania (jeżeli to lubi, bo jak nie, to można ustalić stosowniejszą nagrodę).

Health warning: consult your doctor before use if you are allergic to any of the ingredients or if you are playing other games at the same time.

 (Po polsku:

Przed użyciem zasięgnij porady lekarza, jeżeli masz alergię na którykolwiek ze składników lub w tym samym czasie grasz w inne gry)

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Requiem dla mojej suki – część I, Smierć

W sobotę od nas odeszła, nie z własnej woli, ale z mojej.

Miała 13 lat i od dłuższego czasu kłopoty z biodrami i tylnymi nogami, które to kłopoty pewnie odziedziczyła po matce, owczarku alzackim z rodowodem i papierami.

Najpierw leczyłam ją środkami przeciwzapalnymi i przeciwbólowymi.  Potem weterynarz podał serię zastrzyków sterydowych i po pierwszych dwóch była zdecydowana poprawa, suka zaczęła nawet biegać i znowu bawić się zalotnie z moim psem, ale następne dwa zastrzyki już miały dużo mniej spektakularny efekt.  Niestety,  po kuracji problem powrócił bardzo szybko i dwa tygodnie temu zawiozłam ją do weterynarza w bardzo złym stanie: nie jadła, miała rozwolnienie i tylne nogi się pod nią załamywały, tak, że nie była w stanie podnieść się z podłogi.  Weterynarz znowu podał sterydy, antybiotyk i witaminy na wzmocnienie i zrobiło się o niebo lepiej, ale tylko na bardzo krótko.  Pogorszenie było oczywiste od kilku dni, ale w piątek po południu nastąpił kryzys: tylne nogi stały się zupełnie bezwładne i przestała jeść.

W sobotę o 4.30 rano obudziły mnie jej jęki, kiedy usiłowała się dostać do wody w kuchni i każda próba kończyła się fiaskiem, bo mogła sią tylko czołgać na przednich łapach.  Była bardzo spragniona, więc podałam jej wodę, którą chciwie wypiła.  Położyłam się z powrotem , ale nie mogłam spać, bo ciągle ją słyszałam jak starała się podnieść i przyjść do nas do sypialni, więc w końcu wstałam i usiadłam przy niej.  Widząc mnie była spokojniejsza i nie próbowała wstawać.

Niechodzący duży pies to koniec, więc podjęłam decyzję, żeby ją uśpić.  Decyzja była trudna, bo przód psa działał – reagowała na mój głos normalnie, była całkiem przytomna i spokojna (oprócz jedzenia – mogła mieć coś z żołądkiem, albo nie jadła, bo wiedziała, że się kończy).  Za to tył był prawie martwy: nie wykazywała normalnych odruchów neurologicznych w tylnej części kręgosłupa i tylnych nogach.  Nie było już innego wyjścia.  Możnaby było w nią pakować sterydy przez następne dwa tygodnie, ale oczywistym było, że za każdym razem ich skuteczność malała, więc byłaby to walka z wiatrakami, bo problem był nie do przeskoczenia.

Miała lekką śmierć: zawieźliśmy ją do weterynarza w jej własnym łóżeczku, bo, oczywiście, sama do samochodu nie mogła wskoczyć.  Była spokojna i nie zestresowana.  Najpierw dostała narkozę i siedziałam przy niej, dopóki nie zasnęła.  Następną część eutanazji już przeszła sama, bo moja obecność przy zabiegu i tak by jej nie pomogła w żaden sposób.

Mimo, że od dłuższego czasu wiedziałam, że suka się kończy, i że byłam psychicznie przygotowana na konieczność jej uśpienia w najbliższym czasie, to fakt dokonany kompletnie mnie powalił.  Może dlatego, że odczułam to jak zabijanie zdrowego psa, bo przecież nie była półprzytomna z bólu, jak suczka Mamy,  ani wycieńczona do kresu sił krwotokami, jak pies Siostry  (oba uśpione w ciągu ostatnich dwóch lat).

Druga część tego wpisu będzie o jej życiu.

czwartek, 12 grudnia 2013

Problemy zdrowotne

Ostatnio jakaś zła passa.  U męża odkryto drobny problem z sercem, ja od trzech miesięcy walczę z nadwyrężeniem i zakażeniami oczu , a stara suka ledwo żyje, chociaż ostatnio sterydy ją postawiły na nogi (podejrzewam, że tylko chwilowo).

A propos suki, to jest z nią kłopot, bo marudzi przy jedzeniu.  Wyraźnie jest głodna, ale nie chce jedzenia, które jej specjalnie przygotowuję i  podaję, tzn. jednego dnia coś je chętnie, a następnego dnia już nie.  Mój pies się pewnie przez to roztyje, bo dostaje pozostawione przez nią resztki na następny posiłek i trudno wyczuć, ile jego zwykłej suchej karmy do tego dodać.

No ale radzimy sobie.  Latamy po lekarzach, robimy zalecone badania i mamy nadzieję.

I tak nam się udało: do niedawna byliśmy w pełni zdrowia, mimo, że po 60-ce, więc w końcu musiało to nadejść. Po prostu się wszyscy sypiemy!

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...