Przeraża mnie podejście ludzi do pracy, ale może to tylko świadczy o tym, że jestem przestarzała?
Oto jeden przykład tego tematu.
W którymś numerze mojego ulubionego tygodnika przeczytałam artykuł z wypowiedziami kilku młodych osób pracujących w handlu. Jedna z nich, nazwijmy ją Ania, opowiadała o swoich doświadczeniach z pracy w sklepie z odzieżą damską (albo może i męską też, ale Ania mówiła o dziale damskim). Ania twierdziła, że ma bardzo trudną i nieprzyjemną pracę z powodu klientów sklepu. Narzekała, że niektórzy są agresywni lub niekulturalni (w przymierzalni raz znalazła odchody w torebce plastikowej), i współczułam jej, bo to rzeczywiście paskudne. Następnie Ania zaczęła narzekać na klientkę, która nie dość, że przymierzyła kilka sweterków (które potem biedna Ania musiała zapinać na guziczki i układać na półce), to jeszcze, o zgrozo, żądała, by Ania sprawdziła w magazynie, czy nie mają innych rozmiarów! W domyśle: Co za bezczelność, żeby klientka w sklepie odzieżowym przymierzała ubrania i jeszcze szukała rozmiarów! W głowie się nie mieści!
W tym momencie lektury zagotowało się we mnie. Czy Ania, podejmując tę pracę, została dokładnie powiadomiona o jej obowiązkach? A jeżeli nawet nie, to czy nie można było się domyślić, na czym polega praca „ na sklepie”? Może wydawało jej się, że płacą jej, żeby po prostu tam stała i ładnie wyglądała, jak wystrojony manekin? Może, kto to wie. Wina może tu leżeć po stronie pracodawcy albo pracownicy, i bez dalszych informacji tego nie dojdę.
A może Ania uważała, że za mało jej płacą na to, żeby miała się starać. Rozumiem, że mogła mieć dużo wyższe ambicje niż praca w sklepie z odzieżą, ale skoro zdecydowała się wziąć tę pracę, to czyż nie powinna, choćby z szacunku dla samej siebie lub nawet ze zwykłych nudów, przyłożyć się do niej?
Napiszę jeszcze na ten bulwersujący temat, który podciąga się pod kilka z moich ulubionych bolączek.
sobota, 12 stycznia 2013
czwartek, 10 stycznia 2013
Konie (i krowy)
Na rok 2013 kupiłam sobie kalendarz ścienny z pięknymi zdjęciami koni. To dla mnie nowość, bo od lat miałam albo czarne labradory albo malarstwo (impresjoniści, Vetriano, ew. plakaty, np. Muchy). Kocham konie, mimo, że nie jeżdżę konno (może raz siedziałam na koniu jako małe dziecko), ale jest w nich coś czarownego i urzekającego. Te tajemnicze, wielkie, często zatrwożone oczy; olbrzymie i pięknie umięśnione ciało, z którego emanuje potężna siła fizyczna; długie, zgrabne nogi; imponujące grzywy i ogony, i uszy, których mowa jest znana tylko wtajemniczonym.
Dlaczego kocham konie? Nie wiem, miałam z nimi styczność (choć rzadką) od bardzo młodego wieku, ale może głównie przyczyniła się do tego powieść „Gulliver’s Travels”, jednego z moich ulubinych autorów, Jonathana Swifta, w której konie są istotami rozumnymi. Jonathan Swift był niezwykle mądrym człowiekiem; o ile się nie mylę, to właśnie on napisał bardzo trafną listę zachowań, których pragnął się wystrzegać w starszym wieku.
Niedawno, jadąc samochodem, ujrzałam piękny widok na pastwisku, na którym był siwy koń i krowa: krowa lizała konia po szyi, a koń sprawiał wrażenie, jakby mu się to podobało!
Krowy też uwielbiam, bo mają jeszcze większe oczy i, sądząc z moich obserwacji, filozoficzne podejście do życia. Jeżeli po śmierci powraca się na ten świat w innej postaci, to chciałabym powrócić jako krowa (ale mleczna, nie mięsna!).
Dlaczego kocham konie? Nie wiem, miałam z nimi styczność (choć rzadką) od bardzo młodego wieku, ale może głównie przyczyniła się do tego powieść „Gulliver’s Travels”, jednego z moich ulubinych autorów, Jonathana Swifta, w której konie są istotami rozumnymi. Jonathan Swift był niezwykle mądrym człowiekiem; o ile się nie mylę, to właśnie on napisał bardzo trafną listę zachowań, których pragnął się wystrzegać w starszym wieku.
Niedawno, jadąc samochodem, ujrzałam piękny widok na pastwisku, na którym był siwy koń i krowa: krowa lizała konia po szyi, a koń sprawiał wrażenie, jakby mu się to podobało!
Krowy też uwielbiam, bo mają jeszcze większe oczy i, sądząc z moich obserwacji, filozoficzne podejście do życia. Jeżeli po śmierci powraca się na ten świat w innej postaci, to chciałabym powrócić jako krowa (ale mleczna, nie mięsna!).
wtorek, 8 stycznia 2013
Stara plebania
Stara plebania (wolne tłumaczenie z angielskiego oryginału na mojej drugiej witrynie, perfectionist.blog.pl)
Nie wiem dlaczego właśnie w tej chwili przypomniał mi się poemat „The Old Vicarage, Grantchester”, napisany przez utalentowanego i na dodatek pięknego poetę Ruperta Brooke’a w roku 1912, który kończy się sławnymi słowami “Stands the Church clock at ten to three? And is there honey still for tea?”.
Jest to prawdziwie zachwycający poemat. Brooke napisał go podczas któregoś z jego licznych pobytów poza krajem, kiedy usiłował odbudować swe zdrowie po załamaniu psychicznym. Zastanawiam się, ile ten poemat może znaczyć dla tych, którzy nie znają Anglii ani, tym bardziej, hrabstwa Cambridgeshire, bo jest on pełen odnośników do okolicznych wiosek, ale one jednak nie są jego zasadniczym tematem. Poemat jest przede wszystim o tęsknocie za rodzinnymi stronami, które kochał, i za ich dziedzictwem kulturalnym i piękną przyrodą, i opisuje nostalgiczne wspomnienia poety z tych stron.
Te poetyckie opisy rzeki i otaczających ją łąk przypominają mi o miejscu, które znałam i kochałam jako dziecko. Nie była to plebania, ale dom stał nieopodal wiejskiego kościoła a bliski członek rodziny był księdzem, stąd może to skojarzenie. To było gospodarstwo z pańskim dworkiem na południu Polski, należące do mojego wuja. Wjeżdżało się tam piaskową drogą wysadzoną brzozami. Dom miał górę dla służby i dół dla „Państwa” (odwrotnie niż w systemie angielskim), olbrzymią kuchnię z piecem chlebowym i obszerne piwnice, w których w lecie przechowywało się pyszne kwaśne mleko i sery. Na zewnątrz był ogród kwiatowy z jednej strony domu, a z drugiej sad. Obejście od frontu domu było placem, w zgodzie dzielonym przez (nie zawsze) uwiązanego psa, kury (w tym złośliwy i wojowniczy kogut), kaczki, gęsi oraz inne jadalne ptactwo, plus kilka kotów. Plac opadał łagodnie w stronę przeciwległej, sporej stajni, która mieściła parę koni roboczych, różne pługi i inną rolniczą maszynerię, w której sie nie rozeznawałam, oraz starą bryczkę. Stajnia tworzyła jakby łuk podkowy, której ramiona stanowiły stodoła z krowami i świniami po lewej i murowana chatka stajennego po prawej.
Kiedy po raz pierwszy zapamiętałam to miejsce, w późnych latach 50., dom był w rozsypce do tego stopnia, że góra była zamknięta, bo groziła zawaleniem, i zresztą nie było już służących w domu, ale gospodarstwo nadal działało. Mówią mi, że odwiedzałam to miejsce wcześniej, i z wielkim uczuciem wspominam Panią dworku, która zmarła jak miałam 4 lata, ale większość moich wspomnień jest od wieku 6 czy 7 lat. Po śmierci mojej Cioci, Wuj poślubił daleką kuzynkę, która od wielu lat prowadziła mu dom.
To było czarujące miejsce dla dziecka: tyle zakamarków do odkrycia, zakazane miejsca do zwiedzenia, podniecające opowiastki stajennego do wysłuchania, i ta pobliska tajemnicza, ciemna i wijąca się rzeka, dokąd prowadziło się krowy do picia pod małą, chybotliwą, drewnianą kładką, której przejście było wielkim wyzwaniem. Ogromne, pachnące bochenki chleba, co najmniej 40-to centymetrowej średnicy, które co dzień piekła moja przybrana Ciocia i które podawała do kolacji, wraz innymi pysznościami, przy nieheblowannym stole w kuchni, pracownikom powracającym po długim dniu w polu. Właściwie nie wolno mi było do nich dołączać, ale uwielbiałam tak robić i Ciocia udawała, że tego nie widzi. Smak ciepłego, spienionego mleka prosto od krowy (ochoczo asystowałam przy dojeniu i nawet kilka razy pozwolono mi trochę udoić). Magiczne ubijanie masła w drewnianej maselnicy, która stała w sieni kiedy się jej nie używało. Dający poczucie bytowego bezpieczeństwa zapach krowiej obory: pachnące siano, mleko i ciepłe ciała, i ostry lecz nie niemiły odór gnojówki przy oborze. Cud, jakim jest nowo narodzone cielę, mięciutkie, puszyste i bardzo niestabilne. Jesienne ogniska rozpalane na skraju pola ziemniaków, do których wrzucało się ziemniaki, żeby uzyskały 5-cio milimetrową zwęgloną skórkę - może parzyła ona w usta, ale ziemnaki były przepyszne. Jedyny problem był w tym, że nie można było ukryć takiej działaności przed władzami domowymi, bo uczerniona buzia mówiła swoje.
Mogłabym pisać o tym w nieskończoność: spędziłam tam najszczęśliwsze chwile życia. Moja Mama mnie tam woziła, bo sama miała wspaniałe wspomnienia z tego miejsca, z dzieciństwa i studenckich lat. Niestety, złe czasy nastały i wuj musiał oddać gospodarstwo i dom na inny użytek, bo miał za dużo metrów kwadratowych na osobę. Odwiedziłam to miejsce w latach 60., ale zaszłe zmiany bolały i zdecydowałam, że już nigdy tam nie wrócę. Chcę pamiętać je takim, jakie było w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa.
Nie wiem dlaczego właśnie w tej chwili przypomniał mi się poemat „The Old Vicarage, Grantchester”, napisany przez utalentowanego i na dodatek pięknego poetę Ruperta Brooke’a w roku 1912, który kończy się sławnymi słowami “Stands the Church clock at ten to three? And is there honey still for tea?”.
Jest to prawdziwie zachwycający poemat. Brooke napisał go podczas któregoś z jego licznych pobytów poza krajem, kiedy usiłował odbudować swe zdrowie po załamaniu psychicznym. Zastanawiam się, ile ten poemat może znaczyć dla tych, którzy nie znają Anglii ani, tym bardziej, hrabstwa Cambridgeshire, bo jest on pełen odnośników do okolicznych wiosek, ale one jednak nie są jego zasadniczym tematem. Poemat jest przede wszystim o tęsknocie za rodzinnymi stronami, które kochał, i za ich dziedzictwem kulturalnym i piękną przyrodą, i opisuje nostalgiczne wspomnienia poety z tych stron.
Te poetyckie opisy rzeki i otaczających ją łąk przypominają mi o miejscu, które znałam i kochałam jako dziecko. Nie była to plebania, ale dom stał nieopodal wiejskiego kościoła a bliski członek rodziny był księdzem, stąd może to skojarzenie. To było gospodarstwo z pańskim dworkiem na południu Polski, należące do mojego wuja. Wjeżdżało się tam piaskową drogą wysadzoną brzozami. Dom miał górę dla służby i dół dla „Państwa” (odwrotnie niż w systemie angielskim), olbrzymią kuchnię z piecem chlebowym i obszerne piwnice, w których w lecie przechowywało się pyszne kwaśne mleko i sery. Na zewnątrz był ogród kwiatowy z jednej strony domu, a z drugiej sad. Obejście od frontu domu było placem, w zgodzie dzielonym przez (nie zawsze) uwiązanego psa, kury (w tym złośliwy i wojowniczy kogut), kaczki, gęsi oraz inne jadalne ptactwo, plus kilka kotów. Plac opadał łagodnie w stronę przeciwległej, sporej stajni, która mieściła parę koni roboczych, różne pługi i inną rolniczą maszynerię, w której sie nie rozeznawałam, oraz starą bryczkę. Stajnia tworzyła jakby łuk podkowy, której ramiona stanowiły stodoła z krowami i świniami po lewej i murowana chatka stajennego po prawej.
Kiedy po raz pierwszy zapamiętałam to miejsce, w późnych latach 50., dom był w rozsypce do tego stopnia, że góra była zamknięta, bo groziła zawaleniem, i zresztą nie było już służących w domu, ale gospodarstwo nadal działało. Mówią mi, że odwiedzałam to miejsce wcześniej, i z wielkim uczuciem wspominam Panią dworku, która zmarła jak miałam 4 lata, ale większość moich wspomnień jest od wieku 6 czy 7 lat. Po śmierci mojej Cioci, Wuj poślubił daleką kuzynkę, która od wielu lat prowadziła mu dom.
To było czarujące miejsce dla dziecka: tyle zakamarków do odkrycia, zakazane miejsca do zwiedzenia, podniecające opowiastki stajennego do wysłuchania, i ta pobliska tajemnicza, ciemna i wijąca się rzeka, dokąd prowadziło się krowy do picia pod małą, chybotliwą, drewnianą kładką, której przejście było wielkim wyzwaniem. Ogromne, pachnące bochenki chleba, co najmniej 40-to centymetrowej średnicy, które co dzień piekła moja przybrana Ciocia i które podawała do kolacji, wraz innymi pysznościami, przy nieheblowannym stole w kuchni, pracownikom powracającym po długim dniu w polu. Właściwie nie wolno mi było do nich dołączać, ale uwielbiałam tak robić i Ciocia udawała, że tego nie widzi. Smak ciepłego, spienionego mleka prosto od krowy (ochoczo asystowałam przy dojeniu i nawet kilka razy pozwolono mi trochę udoić). Magiczne ubijanie masła w drewnianej maselnicy, która stała w sieni kiedy się jej nie używało. Dający poczucie bytowego bezpieczeństwa zapach krowiej obory: pachnące siano, mleko i ciepłe ciała, i ostry lecz nie niemiły odór gnojówki przy oborze. Cud, jakim jest nowo narodzone cielę, mięciutkie, puszyste i bardzo niestabilne. Jesienne ogniska rozpalane na skraju pola ziemniaków, do których wrzucało się ziemniaki, żeby uzyskały 5-cio milimetrową zwęgloną skórkę - może parzyła ona w usta, ale ziemnaki były przepyszne. Jedyny problem był w tym, że nie można było ukryć takiej działaności przed władzami domowymi, bo uczerniona buzia mówiła swoje.
Mogłabym pisać o tym w nieskończoność: spędziłam tam najszczęśliwsze chwile życia. Moja Mama mnie tam woziła, bo sama miała wspaniałe wspomnienia z tego miejsca, z dzieciństwa i studenckich lat. Niestety, złe czasy nastały i wuj musiał oddać gospodarstwo i dom na inny użytek, bo miał za dużo metrów kwadratowych na osobę. Odwiedziłam to miejsce w latach 60., ale zaszłe zmiany bolały i zdecydowałam, że już nigdy tam nie wrócę. Chcę pamiętać je takim, jakie było w czasach mojego szczęśliwego dzieciństwa.
Tajemniczy dokument
Tajemniczy dokument
Dostałam pismo w ładnej kopercie z kolorowym emblemem ZOM-u i pomyślałam: albo rachunek albo odnowienie umowy.
Na pismo składały się dwie elegancko i czysto wydrukowane kartki A4 z tym samym logo, zatytułowane „Potwierdzenie salda” Odcinek A i „Potwierdzenie salda” Odcinek B. Oprócz pieczątki na jednej z kartek, na pierwszy rzut oka wygladały identycznie: adres mój i ich a pod nimi tabelka z numerkami, datami i kwotami. Po słowie „Saldo” domyśliłam się, że to wyciąg z księgi buchalteryjnej i że wobec tego „WN” znaczy „winien” a „MA” to nie jakiś skrót ale po prostu „ma”.
Po dokładnym oglądnięciu obu kartek odkryłam różnice: adresy Nadawcy i Adresata były po odwrotnych stronach, a kwoty należności na Odcinku A były pod „Saldo WN” a na B pod „Saldo MA”.
Nie będąc obeznana z polską księgowością nie mogłam dojść, kto winien a kto ma, ale doszłam do wniosku, że to nieistotne, ponieważ na żadnej z kartek nie było żądania zapłaty ani żadnej innej informacji na temat co z nimi zrobić. Na wszelki wypadek schowałam ten dokument do mojego skoroszytu z rachunkami.
Wystawienie takiego dokumentu z pewnością świadczy o tym, że ZOM szanuje mnie jako klienta i chce mnie informować o moim koncie i bardzo mi z tego powodu miło, bo zauważyłam, że jest wiele firm i instytucji, które wyraźnie mają swoich klientów „gdzieś”. Jednakże jeżeli już, to możnaby trochę jaśniej, nawet mogłaby być z tego korzyść nie tylko dla mnie, ale i dla ZOM-u, bo wtedy może wystarczyłaby jedna kartka i byłoby taniej.
Dostałam pismo w ładnej kopercie z kolorowym emblemem ZOM-u i pomyślałam: albo rachunek albo odnowienie umowy.
Na pismo składały się dwie elegancko i czysto wydrukowane kartki A4 z tym samym logo, zatytułowane „Potwierdzenie salda” Odcinek A i „Potwierdzenie salda” Odcinek B. Oprócz pieczątki na jednej z kartek, na pierwszy rzut oka wygladały identycznie: adres mój i ich a pod nimi tabelka z numerkami, datami i kwotami. Po słowie „Saldo” domyśliłam się, że to wyciąg z księgi buchalteryjnej i że wobec tego „WN” znaczy „winien” a „MA” to nie jakiś skrót ale po prostu „ma”.
Po dokładnym oglądnięciu obu kartek odkryłam różnice: adresy Nadawcy i Adresata były po odwrotnych stronach, a kwoty należności na Odcinku A były pod „Saldo WN” a na B pod „Saldo MA”.
Nie będąc obeznana z polską księgowością nie mogłam dojść, kto winien a kto ma, ale doszłam do wniosku, że to nieistotne, ponieważ na żadnej z kartek nie było żądania zapłaty ani żadnej innej informacji na temat co z nimi zrobić. Na wszelki wypadek schowałam ten dokument do mojego skoroszytu z rachunkami.
Wystawienie takiego dokumentu z pewnością świadczy o tym, że ZOM szanuje mnie jako klienta i chce mnie informować o moim koncie i bardzo mi z tego powodu miło, bo zauważyłam, że jest wiele firm i instytucji, które wyraźnie mają swoich klientów „gdzieś”. Jednakże jeżeli już, to możnaby trochę jaśniej, nawet mogłaby być z tego korzyść nie tylko dla mnie, ale i dla ZOM-u, bo wtedy może wystarczyłaby jedna kartka i byłoby taniej.
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Historia pewnego "pojazdu" (z dygresjami)
Przeprowadzając się do Polski, wraz z większością mojego i małżonka ruchomego dobytku z prawie 40 lat, załadowałam na ciężarówkę malutką przyczepkę do samochodu, którą kilkanaście lat przedtem kupiłam w sklepie Halfords i która służyła mi w Anglii do wywożenia materiałów recyklingowych i śmieci ogrodowych na miejscowe śmietnisko. Pomyślałam, że w Polsce też mi się może przydać, najpierw na początku kiedy będę się urządzać, później przy wyprowadzce na czas remontu mieszkania i ponownej wprowadzce, a potem do wywozu śmieci, więc ją zabrałam, mimo, że nie była specjalnie cenna i że przyjaciel w Anglii chciał ją ode mnie odkupić.
Po przyjeździe od razu się okazało, że nie mogę jej używać, bo przyczepka nie jest zarejestrowana jako pojazd drogowy i nie ma dowodu rejestracyjnego. Tablicę rejestracyjną owszem ma, ale, zgodnie z tamtejszymi przepisami, jest to rejestracja samochodu, którym ją w Anglii woziłam. OK, pomyślałam, co kraj to obyczaj, zarejestruję jak najszybciej i będę mogła wprowadzić w życie moje plany.
Spodziewając się biurokracji, najpierw poszłam do Urzędu Miejskiego zrobić wywiad na temat wymaganych dokumentów, itp., żeby nie latać tam co chwilę z następnym kwitkiem. W recepcji przy wejściu zaskoczyło mnie miłe przywitanie przez dwóch dobrze poinformowanych młodych mężczyzn, którzy spytali co chcę załatwić i dali wskazówki, jak dotrzeć do właściwego pokoju. Zastanowiło mnie, dlaczego, jak usłyszeli, że idę do Wydziału Komunikacji, z dziwnymi minami życzyli mi powodzenia.
Kiedy tam dotarłam, wszystko stało się jasne: Wydział działał w trybie PRL-u, tzn. urzędniczki były opryskliwe i swoim zachowaniem dawały mi do zrozumienia, że przeszkadzam im w pracy. Natychmiast po wejściu owiał mnie chłodny powiew dobrze znanego mi z lat 60. i 70. stylu obsługi klienta. W trzech okienkach urzędowały panie i, ku mojemu zdziwieniu, nie było kolejki petentów, więc po ostrożnym rekonesansie podeszłam do jednego z dwóch okienek, które zajmowały się rejestracją pojazdów. Pani w okienku się oburzyła: proszę poczekać, aż Panią zawołam!
Poczekałam. W końcu druga pani mnie zawołała i poinformowała, że mam zawieźć przyczepę do stacji diagnostycznej na przegląd rejestracyjny, wypełnić podanie o rejestrację, uiścić należną opłatę i stawić się w Wydziale Komunikacji do rejestracji.
Tak też zrobiłam. Pojechałam do stacji diagnostycznej, tak się złożyło, że w innym mieście niż to, gdzie miała być zarejestrowana. Panowie oglądali, podziwiali (bo to wywrotka!), trochę się martwili, że nie mam dowodu rejestracyjnego, ale przyjęli moje tłumaczenie, że w Aglii nie trzeba i wystawili dokument, który opisywał przyczepkę, ale nie podawał roku jej produkcji, bo tej informacji na tabliczce identyfikacyjnej przyczepki nie było. Panowie uspokajali mnie, że Wydział Komunikacji na pewno będzie mógł uzyskać tę informację od producenta w czasie rejestracji.
Dumna z sukcesu i pełna nadziei na pomyślne załatwienie sprawy, przy najbliższej okazji poleciałam do Wydziału Komunikacji w moim mieście, ufając, że sprawę załatwię od ręki. Wypełniłam podanie, w którym wpisałam orientacyjny rok produkcji (jak się potem okazało, bardzo trafny), załączyłam diagnozę ze stacji diagnostycznej i kwit za uiszczoną wcześniej opłatę i poszłam do okienka.
Wtedy zaczęły się „schody”. Okazało się, że, po pierwsze, nie jestem uprawniona do rejestracji przyczepki, bo nie mam dowodu, że jest moją własnością, a po drugie, w dokumencie ze stacji diagnostycznej nie jest podany rok produkcji i Wydział nie jest od tego, żeby tej informacji szukać. Tłumaczyłam, że przyczepkę kupiłam po prostu w sklepie, kilkanaście lat temu, paragon już dawno przepadł, rejestracji nie ma, bo w Anglii nie trzeba, a rok produkcji jest mniej więcej taki jak w moim podaniu i nie podano go na tabliczce identyfikacyjnej, bo nie było to wymagane przepisami.
Pani z okienka stwierdziła, że nie może dalej działać bez instrukcji od zwierzchników, więc wysłała mnie do swojej kierowniczki.
Pani kierowniczka, kiedy się do niej dostałam (najpierw, jak zapukałam i weszłam do jej pokoju, to się okazało, że jest tam inny petent, którego, sądząc po jej reakcji, powinnam była zauważyć przez drewniane drzwi i się nie pchać na chama) była bardzo miła i wyrozumiała. Powiadomiła mnie, że bardzo chciałaby mi pomóc, wie, że w Anglii nie trzeba rejestrować takich małych przyczepek i rozumie, że nikt nie przechowuje bez końca paragonów za każdy zakup, ale koniecznie muszę zdobyć dowód posiadania, bo inaczej nie mam szans. A potwierdzenie roku produkcji przez producenta też oczywiście musi być, bo przecież, rzecz jasna, Wydział nie może po prostu przyjąć tego, co napisałam w podaniu (w domyśle: co to w ogóle za pomysł, żeby polegać wyłącznie na podpisanym oświadczeniu petenta).
Wyszłam stamtąd plując sobie w brodę, że jej nie sprzedałam przyjacielowi, poważnie zastanawiając się, czy po prostu nie kupić nowej przyczepki. Ale nie, nie mogłam się poddać, przecież taki kawał świata ją przetransportowałam i przecież jest moja! Zaczęłam więc działać. Najpierw dowód własności: jako bardzo z natury praworządna osoba, nie chciałam robić żadnych przekrętów, więc przez dwa tygodnie rozpatrywałam dostępne mi sposoby udowodnienia własności. Np., czy mogłabym dostać jakieś potwierdzenie ze sklepu, w którym ją kupiłam w 1997 czy 1998 roku? Raczej nie, bo nawet jeżeli Halfords chciałby mi pójść na rękę, to na pewno już nie mieliby takich starych dokumentów, bo ich przechowywanie obowiązuje przez tylko 6 lat. Albo może mogłabym uzyskać oświadczenie od firmy przeprowadzkowej, że tę przyczepkę przywieźli do Polski z moim dobytkiem? Ale to i tak pewnie nie udowodniłoby, że jest moja. W desperacji zdecydowałam się na coś, czego bym w innych okolicznościach nigdy nie zrobiła: przy najbliższej wizycie w Anglii podpisałam z moim przyjacielem oficjalną umowę, w której on sprzedaje mi tę przyczepkę. Po powrocie poszłam do biura tłumaczy, gdzie za jedyne 30 zł tłumacz przysięgły umowę przetłumaczył i podstemplował.
Nawiasem mówiąc, powyższe doświadczenie potwierdza prawdę tego, co kilka miesięcy później powiedział mi elektryk, który coś robił w naszym mieszkaniu. Z najlepszych chęci zaproponował mi coś, co było nie całkiem w porządku, więc odmówiłam, tłumacząc, że nie lubię łamać przepisów. Wtedy powiedział: Oj, to ciężko Pani będzie w Polsce. Oczywiście, po przejściach z przyczepką, wiedziłam, że ma rację.
Napisałam też do francuskiego producenta przyczepki, po francusku, bo Francuzi tylko swój język uznają (przekonałam się o tym nie raz we Francji: nawet gdy Francuz zna świetnie angielski, którym operujesz, to chętnie pozwoli ci się męczyć Twoją łamaną francuszczyzną). Wymagało to odrestaurowania mojej znajomości tego języka, która kiedyś była całkiem dobra, ale która przez czterdzieści parę lat zaniedbania niemalże wymarła. To był zdecydowany plus tej całej historii, bo po pomyślnym uzyskaniu roku produkcji poprzez 6-cio tygodniową wymianę emaili z producentem, miałam satysfakcję dużego osiągnięcia, co jest rzadkością odkąd przeszłam na emeryturę.
Z oboma świeżo zdobytymi dokumentami (dowód własności i potwierdzenie roku produkcji przez producenta) poszłam znowu do Wydziału Komunikacji. Tam się okazało, że dowód własności jest w porządku, ale nie mogą uznać potwierdzenia roku produkcji przez producenta, bo nie jest on wpisany do diagnozy ze stacji diagnostycznej, która powinna to zrobć właśnie na podstawie tegoż dokumentu od producenta! Mam wrócić do stacji diagnostycznej i uzyskać nowy dokument z rokiem produkcji. Czyli producentowi może wierzyć stacja diagnostyczna, ale nie Wydział Komunikacji – ciekawe, bo jak rejestruje się nowy samochód, to producentowi wierzą.
Będąc osobą cierpliwą i Polką, nauczoną doświadczeniem z czasów Komuny, że należy się spodziewać bezsensownych wymogów ze strony urzędów, nie powiedziałam nic i wybrałam się znowu do tej stacji diagnostycznej w tym innym mieście, gdzie mi przepisali dokument z uwzględnieniem roku produkcji (ale niechętnie, bo nie przywiozłam im ponownie przyczepki, którą dopiero co oglądali).
Nowy dokument ze stacji diagnostycznej, przetłumaczony dowód własności, kwit za uiszczoną opłatę i moje wypełnione podanie zaniosłam do Wydziału. Tam mnie spotkała następna niespodzianka: panienka w okienku stwierdziła, że w dokumencie ze stacji diagnostycznej jest KROPKA po pierwszych trzech cyfrach numeru seryjnego, a że w numerach seryjnych takiej kropki nie powinno być. (Nawiasem mówiąc, ta kropka była na tabliczce identyfikacyjnej przyczepki i w dokumencie od producenta, ale tabliczki panienka nie widziała a w dokumentcie nie zauważyła). Mało tego, w dowodzie własności (umowa sprzedaży) i jego tłumaczeniu są aż DWIE KROPKI, ta właśnie i jeszcze jedna po dwóch następnych cyfrach! Więc panienka oznajmiła mi, że tego nie może przyjąć, tym bardziej, że na blankiecie dowodu rejestracyjnego żadne takie kropki nie są przewidziane. W tym momencie stanęła mi przed oczyma wizja ponownego wyrabiania wszystkich ciężko zdobytych dokumentów i ogarnęła mnie dzika chęć zawycia z rozpaczy, ale zdołałam się opanować (i całe szczęście, bo a nuż wycie w miejscu publicznym okazałoby się jakimś karalnym wykroczeniem) i drżącym z emocji głosem usilnie prosiłam panienkę, żeby wpisała numer bez tych nielegalnych kropek. Na szczęście, po chwili wahania zgodziła się i wpisała.
Tak więc w końcu, po około czterech miesiącach starań w trzech krajach, dostałam tablice rejestracyjne i dowód na moją przyczepkę. Oczywiście moje urządzanie się i przeprowadzki już w większości minęły, a na śmietnisko i tak nie wpuszczają osób prywatnych (ale to osobny temat), ale mam legalną przyczepkę!
Rozumiem, że są przepisy, i może nawet większość z nich jest całkiem uzasadniona, ale czy nie powinny one uwzględnić faktu istnienia Unii Europejskiej i ruchu ludności pomiędzy jej krajami członkowskimi? Polska zachęca polskich emigrantów do powrotu do kraju (widziałam plakat na lotnisku Luton w Anglii, który obiecywał powracającym Polakom 40 000 zł na rozpoczęcie biznesu), ale jak widać powyżej, mogą zaistnieć pewne utrudnienia po powrocie (to moje akurat jest dość trywialne, ale jestem pewna, że jest wiele innych, poważniejszych). Niektóre przepisy należałoby ujednolicić, np. takie jak te, o których były dyskusje w mediach przed Euro 2012: przepisy ruchu drogowego dotyczące skręcania w prawo na zielonej strzałce, których różnice mogą niebezpiecznie zmylić kierowców niemieckich. Wiele innych przepisów możnaby prawdopodobnie opatrzyć opcjami i instrukcjami co do ich stosowania tak, żeby indywidualny urzędnik mógł wybrać opcję odpowiednio do okoliczności. I na pewno żadnym przepisom nie zaszkodziłoby wprowadzenie odrobiny zdrowego rozsądku czy tzw. chłopskiego rozumu!
Po przyjeździe od razu się okazało, że nie mogę jej używać, bo przyczepka nie jest zarejestrowana jako pojazd drogowy i nie ma dowodu rejestracyjnego. Tablicę rejestracyjną owszem ma, ale, zgodnie z tamtejszymi przepisami, jest to rejestracja samochodu, którym ją w Anglii woziłam. OK, pomyślałam, co kraj to obyczaj, zarejestruję jak najszybciej i będę mogła wprowadzić w życie moje plany.
Spodziewając się biurokracji, najpierw poszłam do Urzędu Miejskiego zrobić wywiad na temat wymaganych dokumentów, itp., żeby nie latać tam co chwilę z następnym kwitkiem. W recepcji przy wejściu zaskoczyło mnie miłe przywitanie przez dwóch dobrze poinformowanych młodych mężczyzn, którzy spytali co chcę załatwić i dali wskazówki, jak dotrzeć do właściwego pokoju. Zastanowiło mnie, dlaczego, jak usłyszeli, że idę do Wydziału Komunikacji, z dziwnymi minami życzyli mi powodzenia.
Kiedy tam dotarłam, wszystko stało się jasne: Wydział działał w trybie PRL-u, tzn. urzędniczki były opryskliwe i swoim zachowaniem dawały mi do zrozumienia, że przeszkadzam im w pracy. Natychmiast po wejściu owiał mnie chłodny powiew dobrze znanego mi z lat 60. i 70. stylu obsługi klienta. W trzech okienkach urzędowały panie i, ku mojemu zdziwieniu, nie było kolejki petentów, więc po ostrożnym rekonesansie podeszłam do jednego z dwóch okienek, które zajmowały się rejestracją pojazdów. Pani w okienku się oburzyła: proszę poczekać, aż Panią zawołam!
Poczekałam. W końcu druga pani mnie zawołała i poinformowała, że mam zawieźć przyczepę do stacji diagnostycznej na przegląd rejestracyjny, wypełnić podanie o rejestrację, uiścić należną opłatę i stawić się w Wydziale Komunikacji do rejestracji.
Tak też zrobiłam. Pojechałam do stacji diagnostycznej, tak się złożyło, że w innym mieście niż to, gdzie miała być zarejestrowana. Panowie oglądali, podziwiali (bo to wywrotka!), trochę się martwili, że nie mam dowodu rejestracyjnego, ale przyjęli moje tłumaczenie, że w Aglii nie trzeba i wystawili dokument, który opisywał przyczepkę, ale nie podawał roku jej produkcji, bo tej informacji na tabliczce identyfikacyjnej przyczepki nie było. Panowie uspokajali mnie, że Wydział Komunikacji na pewno będzie mógł uzyskać tę informację od producenta w czasie rejestracji.
Dumna z sukcesu i pełna nadziei na pomyślne załatwienie sprawy, przy najbliższej okazji poleciałam do Wydziału Komunikacji w moim mieście, ufając, że sprawę załatwię od ręki. Wypełniłam podanie, w którym wpisałam orientacyjny rok produkcji (jak się potem okazało, bardzo trafny), załączyłam diagnozę ze stacji diagnostycznej i kwit za uiszczoną wcześniej opłatę i poszłam do okienka.
Wtedy zaczęły się „schody”. Okazało się, że, po pierwsze, nie jestem uprawniona do rejestracji przyczepki, bo nie mam dowodu, że jest moją własnością, a po drugie, w dokumencie ze stacji diagnostycznej nie jest podany rok produkcji i Wydział nie jest od tego, żeby tej informacji szukać. Tłumaczyłam, że przyczepkę kupiłam po prostu w sklepie, kilkanaście lat temu, paragon już dawno przepadł, rejestracji nie ma, bo w Anglii nie trzeba, a rok produkcji jest mniej więcej taki jak w moim podaniu i nie podano go na tabliczce identyfikacyjnej, bo nie było to wymagane przepisami.
Pani z okienka stwierdziła, że nie może dalej działać bez instrukcji od zwierzchników, więc wysłała mnie do swojej kierowniczki.
Pani kierowniczka, kiedy się do niej dostałam (najpierw, jak zapukałam i weszłam do jej pokoju, to się okazało, że jest tam inny petent, którego, sądząc po jej reakcji, powinnam była zauważyć przez drewniane drzwi i się nie pchać na chama) była bardzo miła i wyrozumiała. Powiadomiła mnie, że bardzo chciałaby mi pomóc, wie, że w Anglii nie trzeba rejestrować takich małych przyczepek i rozumie, że nikt nie przechowuje bez końca paragonów za każdy zakup, ale koniecznie muszę zdobyć dowód posiadania, bo inaczej nie mam szans. A potwierdzenie roku produkcji przez producenta też oczywiście musi być, bo przecież, rzecz jasna, Wydział nie może po prostu przyjąć tego, co napisałam w podaniu (w domyśle: co to w ogóle za pomysł, żeby polegać wyłącznie na podpisanym oświadczeniu petenta).
Wyszłam stamtąd plując sobie w brodę, że jej nie sprzedałam przyjacielowi, poważnie zastanawiając się, czy po prostu nie kupić nowej przyczepki. Ale nie, nie mogłam się poddać, przecież taki kawał świata ją przetransportowałam i przecież jest moja! Zaczęłam więc działać. Najpierw dowód własności: jako bardzo z natury praworządna osoba, nie chciałam robić żadnych przekrętów, więc przez dwa tygodnie rozpatrywałam dostępne mi sposoby udowodnienia własności. Np., czy mogłabym dostać jakieś potwierdzenie ze sklepu, w którym ją kupiłam w 1997 czy 1998 roku? Raczej nie, bo nawet jeżeli Halfords chciałby mi pójść na rękę, to na pewno już nie mieliby takich starych dokumentów, bo ich przechowywanie obowiązuje przez tylko 6 lat. Albo może mogłabym uzyskać oświadczenie od firmy przeprowadzkowej, że tę przyczepkę przywieźli do Polski z moim dobytkiem? Ale to i tak pewnie nie udowodniłoby, że jest moja. W desperacji zdecydowałam się na coś, czego bym w innych okolicznościach nigdy nie zrobiła: przy najbliższej wizycie w Anglii podpisałam z moim przyjacielem oficjalną umowę, w której on sprzedaje mi tę przyczepkę. Po powrocie poszłam do biura tłumaczy, gdzie za jedyne 30 zł tłumacz przysięgły umowę przetłumaczył i podstemplował.
Nawiasem mówiąc, powyższe doświadczenie potwierdza prawdę tego, co kilka miesięcy później powiedział mi elektryk, który coś robił w naszym mieszkaniu. Z najlepszych chęci zaproponował mi coś, co było nie całkiem w porządku, więc odmówiłam, tłumacząc, że nie lubię łamać przepisów. Wtedy powiedział: Oj, to ciężko Pani będzie w Polsce. Oczywiście, po przejściach z przyczepką, wiedziłam, że ma rację.
Napisałam też do francuskiego producenta przyczepki, po francusku, bo Francuzi tylko swój język uznają (przekonałam się o tym nie raz we Francji: nawet gdy Francuz zna świetnie angielski, którym operujesz, to chętnie pozwoli ci się męczyć Twoją łamaną francuszczyzną). Wymagało to odrestaurowania mojej znajomości tego języka, która kiedyś była całkiem dobra, ale która przez czterdzieści parę lat zaniedbania niemalże wymarła. To był zdecydowany plus tej całej historii, bo po pomyślnym uzyskaniu roku produkcji poprzez 6-cio tygodniową wymianę emaili z producentem, miałam satysfakcję dużego osiągnięcia, co jest rzadkością odkąd przeszłam na emeryturę.
Z oboma świeżo zdobytymi dokumentami (dowód własności i potwierdzenie roku produkcji przez producenta) poszłam znowu do Wydziału Komunikacji. Tam się okazało, że dowód własności jest w porządku, ale nie mogą uznać potwierdzenia roku produkcji przez producenta, bo nie jest on wpisany do diagnozy ze stacji diagnostycznej, która powinna to zrobć właśnie na podstawie tegoż dokumentu od producenta! Mam wrócić do stacji diagnostycznej i uzyskać nowy dokument z rokiem produkcji. Czyli producentowi może wierzyć stacja diagnostyczna, ale nie Wydział Komunikacji – ciekawe, bo jak rejestruje się nowy samochód, to producentowi wierzą.
Będąc osobą cierpliwą i Polką, nauczoną doświadczeniem z czasów Komuny, że należy się spodziewać bezsensownych wymogów ze strony urzędów, nie powiedziałam nic i wybrałam się znowu do tej stacji diagnostycznej w tym innym mieście, gdzie mi przepisali dokument z uwzględnieniem roku produkcji (ale niechętnie, bo nie przywiozłam im ponownie przyczepki, którą dopiero co oglądali).
Nowy dokument ze stacji diagnostycznej, przetłumaczony dowód własności, kwit za uiszczoną opłatę i moje wypełnione podanie zaniosłam do Wydziału. Tam mnie spotkała następna niespodzianka: panienka w okienku stwierdziła, że w dokumencie ze stacji diagnostycznej jest KROPKA po pierwszych trzech cyfrach numeru seryjnego, a że w numerach seryjnych takiej kropki nie powinno być. (Nawiasem mówiąc, ta kropka była na tabliczce identyfikacyjnej przyczepki i w dokumencie od producenta, ale tabliczki panienka nie widziała a w dokumentcie nie zauważyła). Mało tego, w dowodzie własności (umowa sprzedaży) i jego tłumaczeniu są aż DWIE KROPKI, ta właśnie i jeszcze jedna po dwóch następnych cyfrach! Więc panienka oznajmiła mi, że tego nie może przyjąć, tym bardziej, że na blankiecie dowodu rejestracyjnego żadne takie kropki nie są przewidziane. W tym momencie stanęła mi przed oczyma wizja ponownego wyrabiania wszystkich ciężko zdobytych dokumentów i ogarnęła mnie dzika chęć zawycia z rozpaczy, ale zdołałam się opanować (i całe szczęście, bo a nuż wycie w miejscu publicznym okazałoby się jakimś karalnym wykroczeniem) i drżącym z emocji głosem usilnie prosiłam panienkę, żeby wpisała numer bez tych nielegalnych kropek. Na szczęście, po chwili wahania zgodziła się i wpisała.
Tak więc w końcu, po około czterech miesiącach starań w trzech krajach, dostałam tablice rejestracyjne i dowód na moją przyczepkę. Oczywiście moje urządzanie się i przeprowadzki już w większości minęły, a na śmietnisko i tak nie wpuszczają osób prywatnych (ale to osobny temat), ale mam legalną przyczepkę!
Rozumiem, że są przepisy, i może nawet większość z nich jest całkiem uzasadniona, ale czy nie powinny one uwzględnić faktu istnienia Unii Europejskiej i ruchu ludności pomiędzy jej krajami członkowskimi? Polska zachęca polskich emigrantów do powrotu do kraju (widziałam plakat na lotnisku Luton w Anglii, który obiecywał powracającym Polakom 40 000 zł na rozpoczęcie biznesu), ale jak widać powyżej, mogą zaistnieć pewne utrudnienia po powrocie (to moje akurat jest dość trywialne, ale jestem pewna, że jest wiele innych, poważniejszych). Niektóre przepisy należałoby ujednolicić, np. takie jak te, o których były dyskusje w mediach przed Euro 2012: przepisy ruchu drogowego dotyczące skręcania w prawo na zielonej strzałce, których różnice mogą niebezpiecznie zmylić kierowców niemieckich. Wiele innych przepisów możnaby prawdopodobnie opatrzyć opcjami i instrukcjami co do ich stosowania tak, żeby indywidualny urzędnik mógł wybrać opcję odpowiednio do okoliczności. I na pewno żadnym przepisom nie zaszkodziłoby wprowadzenie odrobiny zdrowego rozsądku czy tzw. chłopskiego rozumu!
niedziela, 6 stycznia 2013
Pierwsze wrażenia repatriantki
Pierwsze wrażenia po powrocie z 39-letniej emigracji
Stare i nowe. Wyraźna zmiana, która mnie uderzyła jak tylko zaczęłam chodzić po sklepach i urzędach jako „tubylec”, to rzucająca się w oczy mieszanina starego i nowego w wielu dziedzinach życia, a szczególnie w takich nowoodkrytych jak obsługa klienta czy zarządzanie. Większość firm czy instytucji, z którymi się do tej pory zetknęłam wie, że to trzeba teraz mieć, ale nie bardzo ma pojęcie jak to robić. To jeden z moich nowo-ulubionych tematów, więc będę jeszcze o tym pisać.
Zrobiło się ładniej! I w miastach i na wsiach zrobiło się ładniej i bardziej kolorowo, odkąd farby, lakiery, bloczki i inne materiały budowlane stały się ogólnie dostępne. Widać, że to nie z wyboru ludzie mieszkali w szarych i brudnych ścianach. Odnowione rynki miast wyeksponowały piękno starych kamienic, którego przedtem się nie zauważało, a jeżdżąc szosami przez wsie odnoszę ogólne wrażenie, że jest schludniej. Zauważyłam też, że przy pomocy środków unijnych wiele dróg i ulic zostało odnowione i, przynajmniej w moim mieście, powstały długie ciągi ścieżek rowerowych.
Grunt to kasa! Jak masz kasę, to możesz kupić wszystko to co mieszkańcy Europy Zachodniej. Problem w tym, że zwiększyła się ilość ludzi, którzy kasy nie mają. Za tzw. Komuny więcej osób miało pracę (nawet gdyby nie było w tej pracy żadnej roboty) i wielu zdaje się tęsknić za takim stanem rzeczy. Mam wrażenie, że coraz więcej osób zrezygnowało z pracy i korzysta z państwowych datków, uważając, że im się należą i wobec tego nie interesuje ich szukanie pracy. Może być to objawem demoralizacji w społeczeństwie, ale może to po prostu pogląd głęboko zakorzeniony w Komunie: „czy się stoi czy się leży, dwa patyki się należy”. To też kwestia osobistych wartości: ja, na przykład, wolałabym wziąć jakąkolwiek odpłatną pracę niż żyć ze świadczeń państwowych i jestem przekonana, że dla chcących jest to osiągalne. Ten problem nie jest zresztą tylko polski – to samo dzieje się np. w Anglii i w tej chwili usiłują tam wprowadzić prawa, które mają ukrócić wykorzystywanie państwowych zapomóg.
Polacy nie gęsi i swój język mają? Na początku post-Solidarnościowego kapitalizmu wyglądało, że nie. Kiedy we wczesnych latach 90. jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nowe małe firmy i wielkie centra handlowe, najwyraźniej brały sobie za punkt honoru, żeby występować pod obcojęzyczną nazwą, najlepiej angielską. Ale co to był za angielski! Kiedyś z ogromnym zażenowaniem odkryłam np. że nowopowstałe centrum handlowe nazwano „King Cross”. Nie mówiąc o tym, że z jakiej racji akurat tu taka nazwa, to jeszcze, jeżeli to miało być odniesienie do londyńskiej dzielnicy i znajdującej się tam stacji kolejowej, z błędem ortograficznym. Inny przykład (a było ich wiele), to nazwa „Fresh & Beauty”, którą zoczyłam na butelce z jakimś szamponem czy innym płynem: pierwszy wyraz to przymiotnik a drugi rzeczownik, więc jeżeli już musiało być po angielsku, to albo „Fresh & Beautiful” albo „Freshness & Beauty”. Na szczęście po powrocie do Polski zauważam, że ta moda przemija i pojawiło sie wiele fajnych, pomysłowych, polskich nazw (i tamto centrum handlowe też się teraz po polsku nazywa). O języku też pewnie jeszcze napiszę, i to nie raz.
Blisko rodziny! Mieszkając w Anglii odwiedzałam rodzinę bardzo często, nawet do 5-ciu razy w roku (a mój mąż, Anglik, nawet częściej), ale to nie to samo co codzienny kontakt. Co prawda, były też i plusy takiego układu. Na przykład, gdy siostra z mężem urządzali się w nowym mieszkaniu we wczesnych latach 70. kiedy nie można było kupić mebli i wielu innych niezbędnych rzeczy, byliśmy w stanie przywozić im samochodem takie skarby jak np. materiał obiciowy i lakier do mebli, które sami robili, albo choćby dostarczać cukier do zapraw dla całej rodziny kiedy był na kartki. Wtedy podróże zagranicę, a szczególnie na „zgniły Zachód” były trudne i skomplikowane, nie to co teraz, od kiedy Polska jest w Unii.
Gdzie to załatwić? Mimo, że w mieszkałam w tym mieście przed wyjazdem do Anglii, to wszystko się tak zmieniło, że muszę się nauczyć od nowa miejscowych obowiązków i zwyczajów i dowiedzieć się, jak zaspokajać najcodzienniejsze potrzeby. Jak kupuje się bilety na kolejkę elektryczną lub autobusy i jak się ich używa? Gdzie naprawić buty? Jak zapłacić abonament za telewizor? Takie banalne rzeczy nagle okazały się ważne, ale oczywiście to normalne: większość tych samych kwestii pojawiłoby się, gdybyśmy przeprowadzili się do innego miasta w Anglii. Razem z mężem zaczęliśmy skrzętnie gromadzić i przekazywać sobie nawzajem takie przyziemne ale ważne informacje uzyskane od rodziny, przyjaciół i sąsiadów oraz przez własne obserwacje i doświadczenia.
Stare i nowe. Wyraźna zmiana, która mnie uderzyła jak tylko zaczęłam chodzić po sklepach i urzędach jako „tubylec”, to rzucająca się w oczy mieszanina starego i nowego w wielu dziedzinach życia, a szczególnie w takich nowoodkrytych jak obsługa klienta czy zarządzanie. Większość firm czy instytucji, z którymi się do tej pory zetknęłam wie, że to trzeba teraz mieć, ale nie bardzo ma pojęcie jak to robić. To jeden z moich nowo-ulubionych tematów, więc będę jeszcze o tym pisać.
Zrobiło się ładniej! I w miastach i na wsiach zrobiło się ładniej i bardziej kolorowo, odkąd farby, lakiery, bloczki i inne materiały budowlane stały się ogólnie dostępne. Widać, że to nie z wyboru ludzie mieszkali w szarych i brudnych ścianach. Odnowione rynki miast wyeksponowały piękno starych kamienic, którego przedtem się nie zauważało, a jeżdżąc szosami przez wsie odnoszę ogólne wrażenie, że jest schludniej. Zauważyłam też, że przy pomocy środków unijnych wiele dróg i ulic zostało odnowione i, przynajmniej w moim mieście, powstały długie ciągi ścieżek rowerowych.
Grunt to kasa! Jak masz kasę, to możesz kupić wszystko to co mieszkańcy Europy Zachodniej. Problem w tym, że zwiększyła się ilość ludzi, którzy kasy nie mają. Za tzw. Komuny więcej osób miało pracę (nawet gdyby nie było w tej pracy żadnej roboty) i wielu zdaje się tęsknić za takim stanem rzeczy. Mam wrażenie, że coraz więcej osób zrezygnowało z pracy i korzysta z państwowych datków, uważając, że im się należą i wobec tego nie interesuje ich szukanie pracy. Może być to objawem demoralizacji w społeczeństwie, ale może to po prostu pogląd głęboko zakorzeniony w Komunie: „czy się stoi czy się leży, dwa patyki się należy”. To też kwestia osobistych wartości: ja, na przykład, wolałabym wziąć jakąkolwiek odpłatną pracę niż żyć ze świadczeń państwowych i jestem przekonana, że dla chcących jest to osiągalne. Ten problem nie jest zresztą tylko polski – to samo dzieje się np. w Anglii i w tej chwili usiłują tam wprowadzić prawa, które mają ukrócić wykorzystywanie państwowych zapomóg.
Polacy nie gęsi i swój język mają? Na początku post-Solidarnościowego kapitalizmu wyglądało, że nie. Kiedy we wczesnych latach 90. jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nowe małe firmy i wielkie centra handlowe, najwyraźniej brały sobie za punkt honoru, żeby występować pod obcojęzyczną nazwą, najlepiej angielską. Ale co to był za angielski! Kiedyś z ogromnym zażenowaniem odkryłam np. że nowopowstałe centrum handlowe nazwano „King Cross”. Nie mówiąc o tym, że z jakiej racji akurat tu taka nazwa, to jeszcze, jeżeli to miało być odniesienie do londyńskiej dzielnicy i znajdującej się tam stacji kolejowej, z błędem ortograficznym. Inny przykład (a było ich wiele), to nazwa „Fresh & Beauty”, którą zoczyłam na butelce z jakimś szamponem czy innym płynem: pierwszy wyraz to przymiotnik a drugi rzeczownik, więc jeżeli już musiało być po angielsku, to albo „Fresh & Beautiful” albo „Freshness & Beauty”. Na szczęście po powrocie do Polski zauważam, że ta moda przemija i pojawiło sie wiele fajnych, pomysłowych, polskich nazw (i tamto centrum handlowe też się teraz po polsku nazywa). O języku też pewnie jeszcze napiszę, i to nie raz.
Blisko rodziny! Mieszkając w Anglii odwiedzałam rodzinę bardzo często, nawet do 5-ciu razy w roku (a mój mąż, Anglik, nawet częściej), ale to nie to samo co codzienny kontakt. Co prawda, były też i plusy takiego układu. Na przykład, gdy siostra z mężem urządzali się w nowym mieszkaniu we wczesnych latach 70. kiedy nie można było kupić mebli i wielu innych niezbędnych rzeczy, byliśmy w stanie przywozić im samochodem takie skarby jak np. materiał obiciowy i lakier do mebli, które sami robili, albo choćby dostarczać cukier do zapraw dla całej rodziny kiedy był na kartki. Wtedy podróże zagranicę, a szczególnie na „zgniły Zachód” były trudne i skomplikowane, nie to co teraz, od kiedy Polska jest w Unii.
Gdzie to załatwić? Mimo, że w mieszkałam w tym mieście przed wyjazdem do Anglii, to wszystko się tak zmieniło, że muszę się nauczyć od nowa miejscowych obowiązków i zwyczajów i dowiedzieć się, jak zaspokajać najcodzienniejsze potrzeby. Jak kupuje się bilety na kolejkę elektryczną lub autobusy i jak się ich używa? Gdzie naprawić buty? Jak zapłacić abonament za telewizor? Takie banalne rzeczy nagle okazały się ważne, ale oczywiście to normalne: większość tych samych kwestii pojawiłoby się, gdybyśmy przeprowadzili się do innego miasta w Anglii. Razem z mężem zaczęliśmy skrzętnie gromadzić i przekazywać sobie nawzajem takie przyziemne ale ważne informacje uzyskane od rodziny, przyjaciół i sąsiadów oraz przez własne obserwacje i doświadczenia.
Mój blog - dlaczego?
Witajcie blogerzy! Dlaczego założyłam ten blog? Może dlatego, że po 39-ciu latach nieobecności odkrywam Polskę na nowo i chcę się podzielić wrażeniami? Może dlatego, że muszę się zająć czymś innym niż gotowanie i zakupy, albo że po prostu lubię pisać (chociaż najbardziej dobrym wiecznym piórem), albo że z długiego przyzwyczajenia rano zasiadam do komputera, ale nie mam na nim co robić? Po roku na emeryturze jeszcze nie znalazłam sobie sensownego zajęcia (choć pierwszy okres głębokiego przygnębienia już minął); może tu odkryję jakieś nowe wyzwanie?
Jednym z powodów na pewno jest to, że chciałabym douczyć się poprawnej polszczyzny, jaką dawniej się chlubiłam. Jestem całkowicie dwujęzyczna, ale mój zasób słów w języku polskim zmalał zastraszająco i nad gramatyką też muszę się często zastanawiać. Co gorsza, to samo powoli zaczyna się dziać z moim angielskim, na którym polegali moi angielscy współpracownicy, bo był taki nienaganny. Może założyć następny blog po angielsku? To jest myśl!
Jednym z powodów na pewno jest to, że chciałabym douczyć się poprawnej polszczyzny, jaką dawniej się chlubiłam. Jestem całkowicie dwujęzyczna, ale mój zasób słów w języku polskim zmalał zastraszająco i nad gramatyką też muszę się często zastanawiać. Co gorsza, to samo powoli zaczyna się dziać z moim angielskim, na którym polegali moi angielscy współpracownicy, bo był taki nienaganny. Może założyć następny blog po angielsku? To jest myśl!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Wizyta
Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...
-
Kiedy czytam moje ulubione blogi, nasuwają mi się myśli i wspomnienia wydarzeń, własnych lub zaobserwowanych, które trudno ująć tylko w kom...
-
Jeżeli istnieje polski odpowiednik angielskiego „dress code”, to mam nadzieję, że ktoś mnie uświadomi, bo na takowy się nie natknęłam. Cho...
-
O pięć minut drogi od naszego mieszkania znajduje się niepokaźny sklepik Carrefour. Jest mały i ciasny, bez ruchomych taśm do towarów przy...