piątek, 22 sierpnia 2014

Wycieczka do Grecji – cz.6 i ostatnia

Ostrzeżenie:  niektóre zamieszczone tu zdjęcia mogą być zbyt naturalistyczne i niestrawne dla przeczulonych!

Ostatni dzień w Salonikach znowu zaczęliśmy ok. 12-tej, no bo przecież na urlopie trzeba wypoczywać, no nie?

Zaraz po śniadaniu usłyszałam jakiś megafon na ulicy.  Co mówili, nie wiem, bo to było po grecku, ale, wyjrzawszy z okna, zobaczyłam przejeżdżającą ulicą poniżej furgonetkę, załadowaną skrzynkami dorodnych pomidorów, moreli i czereśni.  Na słupku umieszczonym w rogu platformy furgonetki wisiała jakaś prymitywna waga, więc skonstatowałam, że zamierzeniem tego przedsięwzięcia była sprzedaż produktów.  Przypuszczam, że kupowały od nich restauracje, no bo kto inny podołałby takiej skrzynce owoców.  Wieczorem też przejechała podobna, z truskawkami  i morelami, a w ciągu dnia w mieście widzieliśmy jeszcze dwie, które chyba oferowały usługi, bo na platformie żadnych produktów nie wiozły.

Dzień poświęciliśmy na zwiedzanie muzeów.  Nieczęsto nam się tak zdarza, ale tym razem mieliśmy szczególną potrzebę, spowodowaną wcześniej opisanym brakiem  jakichkolwiek objaśnień przy napotykanych co krok zabytkach. Poza tym dzień był upalny, a w muzeach miły chłód (albo nawet warunki  wręcz arktyczne).  Pierwsze kroki skierowaliśmy do Muzeum Kultury Bizantyjskiej, gdzie okazało się, że bilet obejmuje również sąsiednie Muzeum  Archeologiczne, więc niechcący zwiedziliśmy dwa. W obu pozwalano robić zdjęcia, ale bez flesza. Mnie najbardziej podobały się eksponaty w bizantyjskim, przepiękne kolory i wymyślne wzory,

ale w archeologicznym też było fajnie – głównie starorzymskie rzeźby.  W tym ostatnim nie mogłam nie zauważyć fascynacji starożytnych Rzymian męskimi genitaliami:  były realistycznie oddane w każdej rzeźbie, co zresztą widać na każdym kroku w Rzymie,  a jedna była po prostu ogromnym blokiem marmuru z głową na czubku i dokładnie wyrzeźbionymi genitaliami w odpowiednim miejscu poniżej (niestety zdjęcie gdzieś wcięło).  Przypuszczam, że gdybym była bardziej wykształcona w starożytnej kulturze, to bym się nie dziwiła.  Kiedyś byłam, ale to było dawno temu i już nie pamiętam.

Następnego dnia mieliśmy lot powrotny, więc nie było za dużo czasu na nowe odkrycia.  Planowaliśmy pójść na obiad do tej urokliwej tawerny, na którą trafiliśmy pierwszego dnia, ale niestety była zamknięta.  Poszliśmy więc na targ, gdzie było kilka tanich kafejek i w jednej z nich zjedliśmy bardzo przyzwoity posiłek pośród straganów z chińskimi sukienkami i niesamowicie kolorowymi biustonoszami.

Targ był bardzo interesujący.  Zaglądnęliśmy już tam któregoś dnia wcześniej, ale było to dość późnym popołudniem, więc dopiero tym razem ujrzeliśmy go w całej okazałości.  Składał się głównie ze stoisk ze świeżymi rybami, mięsem, serami , oliwkami i przyprawami,







ale było też wiele straganów z odzieżą, butami, pościelą i innymi takimi rzeczami. Największe wrażenie sprawiły na mnie stoiska z mięsem, na których nie było żadnej pruderii, tylko normalna rzeczywistość.



Potem wróciliśmy do hotelu, żeby odebrać nasze uprzednio spakowane torby i pojechaliśmy taksówką na lotnisko.  Czekając na nasz lot na ławkach przed terminalem, w pobliżu kafejek i jadłodajni,  na wyłożonej kaflami zewnętrznej hali zaobserwowaliśmy jednego wróbelka, który usiłował łapać jakieś okruszki.  Kafle były śliskie i wróbelek po lądowaniu na nich jeszcze kilka dobrych centymetrów pokonywał w poślizgu w dużym rozkroku, jak widać na powyższym zdjęciu, ale się tym zupełnie nie przejmował.

W czasie lotu do Warszawy przez dłuższy czas widziałam z okna przeogromną rzekę, bardzo długą i miejscami niezmiernie szeroką.  Doszliśmy do wniosku, że to musi być Dunaj, który przepływa przez chyba 10 państw, i te przypuszczenia po powrocie potwierdziliśmy, korzystając z Wikipedii.  Rzeka miejscami ma ponad 100 metrów szerokości i biegnące obok niej szosy wyglądały jak wąskie, polne ścieżki.  W ogóle widok ziemi z samolotu jest niesamowiy.  Nawet jak ktoś ma, tak jak ja, lęk wysokości, to z takiej wysokości  to już nie działa i można spokojnie podziwiać;  gorzej jest jak trzeba stanąć na krześle w celu np. wymiany żarówki.

Na tym kończę moje osobiste i całkiem subiektywne sprawozdanie z wycieczki do Grecji.

 

wtorek, 12 sierpnia 2014

Harissa - mój przepis

Tym razem, niezwyczajnie dla mnie, będzie wpis kulinarny - owszem, bardzo lubię gotować, nie tak na codzień, ale na specjalne okazje.  Nigdy dotąd nie pisałam o tym, bo chociaż mi to kucharzenie zazwyczaj wychodzi dobrze, to mistrzem  się nie mianuję. Po prostu obczytuję temat w Internecie, a potem na tej podstawie tworzę własny przepis, biorąc ze wszystkich przeczytanych to, co mi się najbardziej podoba i dorzucając swoje "trzy grosze".

Przygotowuję ucztę chrzcinową pierwszego dzieciątka w najbliższej rodzinie od ponad 30-tu lat i jestem tym bardzo przejęta, więc się staram. Powymyślałam najprzeróżniejsze przystawki do bardzo tradycyjnego obiadu i zabrałam się za ich realizowanie, ale zabrakło mi składników, bo nie wszystkie udało mi się dostać - w moim mieście można z łatwością kupić przyprawy do kuchni hinduskiej czy chińskiej, ale mi potrzebna była tunezyjska harissa, której nie udało mi się zdobyć.  Jest to gęsty sos z papryczek chilli, czosnku i kilku egzotycznych ale ogólnie dostępnych przypraw, nic trudnego, więc postanowiłam zrobić ją osobiście.  Poniżej podaję mój próbny, bo pierwszy, przepis.

  • 8 papryczek pepperoni i 2 duże chilli (mogą być suszone, ale użyłam świeżych)

  • 8 dużych ząbków czosnku,

  • po po 2 łyżeczki soli, mielonego kminu rzymskiego i mielonego ziarna kolendry

  • oliwy z oliwek - dałam tyle, ile trzeba na gęstą pastę, ok. 1.5 - 2 łyżki

  • 3 łyżeczki przecieru pomidorowego (puszeczka Pudliszek).


Papryczki przecięłam wzdłuż na pół i oczyściłam z nasion (w gumowych rękawiczkach, bo już się kiedyś poparzyłam) odcinając zielone szypułki ogonki, a potem pokroiłam na mniejsze kawałki. Czosnek grubo posiekałam. Czosnek i paprykę z przyprawami zmiksowałam  do uzyskania gładkiej masy.  Dodałam przecier i oliwę i zmiksowałam do wymieszania. Włożyłam do wyparzonego słoiczka, zalałam wierzch oliwą, szczelnie zakręciłam i do lodówki.

Rezultat: wyszło ok. 325 gramów; pyszne i pachnące, mniej ostre niż Madras curry, czyli trochę piecze w gębie przez pół godziny, ale nie na tyle, żeby nie czuć smaku albo łzawić.  Zresztą używa się tego głównie jako przyprawy do sosów lub jak musztardy, do przyprawiania potraw na talerzu, więc w niewielkich ilościach.  Podobno zioła i ostre przyprawy wspomagają trawienie i rozkładają tluszcze, powodując mniejsze ich wchłanianie, więc to zdrowe!

Dopisek z 19.08.2014: po tygodniu przechowywania sos zrobił się o wiele łagodniejszy, może z powodu zalania oliwą, której część musiała przesiąknąć w dół.  Oliwa rozpuszcza substancję, która powoduje ostrość i Arabowie regulują ostrość harissy właśnie przez dodawanie oliwy.

sobota, 9 sierpnia 2014

Egoistyczne młodsze pokolenie

Kiedy czytam moje ulubione blogi, nasuwają mi się myśli i wspomnienia wydarzeń, własnych lub zaobserwowanych,  które trudno ująć tylko w komentarzach, bo są zbyt rozwlekłe i niekoniecznie dokładnie na temat, więc te najnowsze skojarzenia zapisałam tu.

Doskonale zdaję sobie sprawę z naturalnej kolejności rzeczy, którą jest, między innymi,  narzekanie starszego pokolenia na młodsze, bo jest inne, więc oczywiście gorsze. Staram się jak mogę brać poprawki na ogólny postęp, inne czasy, inne mody, ale mimo tego coś mi tu nie gra.

Zawsze dokładałam wszelkich starań, by zrozumieć otaczający mnie świat, nawet trochę fachowo, bo miałam kiedyś zapędy na zostanie psychologiem, więc niech mnie ktoś mądrzejszy oświeci, jeżli moje wrażenie, że całkiem spora część pokolenia naszych dzieci, czyli osoby około 20-to - 30-to letnie, jest egoistyczna i nieświadoma niczego oprócz własnych potrzeb i zachcianek.

Przytoczę tu niedawno zaobserwowaną scenkę: kobieta w wieku ok. 25 lat czeka w poczekalni do gastrologa, nieprzerwanie terkotając przez telefon. Najpierw, na parę sekund przerywając rozmowę,  usiłuje się wepchnąć do gabinetu lekarza przed starszą panią, która, blada i z niezdrowymi wypiekami na twarzy, sapiąc i człapiąc, wraca do gabinetu z sali zabiegów, czyli najprawdopodobniej ten lekarz zabieg wykonał i po zabiegu chciał jej coś przepisać lub poradzić.  Chwilę potem starsza pani najwidoczniej zasłabła w gabinecie lekarza, bo zawołał kolegę (do którego byłam w kolejce) i potem razem przetransportowali ją na wózku, na oczach oczekujących pacjentów,  spowrotem do sali zabiegowej.  Na ten widok ta kobieta znowu musi przerwać rozmowę na komórce i pyta lekarza, jak długo jeszcze ma czekać.  Lekarz tłumaczy, że jest ciężko, bo dziś co drugi pacjent mu pada (miałam tylko nadzieję, że nie śmiertelnie), a ona na to, że się spóźni do pracy.

Druga taka samolubna trafiła mi się w samolocie Wizzair, podczas lotu powrotnego z Londynu. Leciała z mężem, ok. 6-letnim synkiem i niemowlęciem.  Wiadomo, Wizzair to nie jest luksusowa linia i nie ma numerowanych miejsc, to raczej taki powietrzny autobus dla gawiedzi, ale niektórzy pasażerowie o tym zdają się nie wiedzieć.  Rodzinka miała  wykupione 3 miejsca, a ponieważ podróżowała z dzieckiem poniżej 2 lat, weszła na pokład wcześniej niż inni i zajęła jedną trójkę, z pustym miejscem w środku oraz jedno miejsce po drugiej stronie przejścia.  Ja zwykle wchodzę do samolotu jako jednia z ostatnich, bo obojętne mi jest, gdzie usiądę, a stać pół godziny albo dłużej w kolejce do wyjścia nie mam siły, więc wtedy zajmuję pierwsze napotkane wolne miejsce.  Tym razem to miejsce akurat było po środku między mamusią a synkiem, siedzącym przy oknie.  Gdybym ja była tą mamusią, to zarządziłabym przetasowanie, tak, żeby rodzinka siedziała w jednej trójce, skoro szans na dodatkowe wolne miejsce nie było, ale tej pani nic takiego nie przyszło do głowy. Przez cały lot rozmawiała z synkiem przy oknie, zresztą bardzo cichym i grzecznym, przed moją twarzą, podawała mu różne rzeczy i ogólnie zachowywała się tak, jakbym nie istniała. Jak mi uświadomiła najbliższa przyjaciółka, kobiety w pewnym wieku robią się przeźroczyste i niewidzialne, ale głównie dla facetów - nie wiedziałam, że również dla młodych matek!  Znosiłam to wszystko cierpliwie, nie robiłam uwag ani choćby min, nawet pomagałam synkowi, kiedy źle zapiął pas czy miał trudności z zasłonką okna, bo się zacięła, ale podobać to mi się nie podobało.

A jak już piszę o Wizzair, to muszę wspomnieć, że niektórym pasażerom, tym mniej obytym, wydaje się, że latając samolotem osiągnęli szczyt luksusu, więc opuszczają oparcia siedzeń, żeby pokazać, jacy są światowi, co powoduje, że siedzący w następnym rzędzie mają oparcie tuż przed nosem i za mało miejsca na stolik, itp, bo odległość między rzędami wynosi 30 cm. Ja nie narzekam, dostaję to, za co płacę, czyli miejsce mniej wygodne niż w autobusie, ale takie, które skutecznie dostarcza mnie do celu. Są tacy, którzy tego nie rozumieją i z tego wynikają niedogodności dla innych pasażerów (też objaw na temat?).

wtorek, 29 lipca 2014

Wycieczka do Grecji - cz.5.

Następnego dnia wyruszyliśmy w miasto dopiero o 12-tej, bo przecież trzeba było odpocząć po wysiłku wspinania się do górnego miasta w dniu poprzednim.  Wymyśliśmy sobie, że fajnie byłoby zobaczyć jakąć grecką wieś, więc wyruszliśmy w stronę dworca kolejowego, który, według naszej mapy, miał  znajdować się w dół i na prawo od naszego hotelu.  Przypuszczałam, że łatwo będzie go znaleźć, bo przecież do jedynej stacji kolejowej w mieście będą jakieś drogowskazy, ale nic podobnego, nie było i już.  Samą stację trudno było zidentyfikować, ponieważ naokoło  było pełno rozkopów i budów, i stacja też właśnie była w przebudowie.  Po drodze natknęliśmy się na duży wykop, o którym wiedzieliśmy od taksówkarza, że ma posłużyć do budowy metra, ale tyle w nim było starych, pewnie rzymskich, murów, że pewnie nigdy tego nie zbudują, bo przypuszczam, że każde wykopalisko muszą najpierw oglądnąć archeolodzy i coś postanowić.

Oprócz wszechobecnych zabytkowych budowli, spacerując po mieście napotkaliśmy kilka malowideł ściennych na wielką skalę.   

Najbardziej uderzające wyglądało niesamowicie realistycznie, bo było zrobione techniką trompe-l’oeil.  



Dotarłszy w którymś momencie naszej wędrówki do stacji, odkryliśmy, że wychodzi z niej tylko jedna linia, która na początku kieruje się na północ, w stronę pobliskiej granicy z ex-jugosłowiańską Macedonią, a potem wije się na wschód.  Okazało się, że pociągi kursują dość rzadko, a jeżeli chcielibyśmy udać się do niezbyt odległego miejsca, które miało egzotyczną nazwę i na mapie wyglądało jak wieś, to kurs powrotny byłby późnym wieczorem, a przewodniki turystyczne przebywania w okolicy stacji o takiej porze nie polecały.  I chyba miały rację, było tam dość nieciekawie, a kiedy „za potrzebą” zeszłam do podziemi stacji, gdzie znajdowały się toalety, doznałam horroru.  Schody w dół wyglądały dość przyzwoicie, ale na dole było straszno:  tzw.  bród, smród i ubóstwo, potłuczone witryny malutkich pomieszczeń, które zapewne kiedyś były sklepikami, a w jednym z nich siedzieli trzej mężczczyźni wyglądający na włóczęgów.  Toalety były brudne i zdezelowane, bez desek klozetowych czy papieru.  Kiedy w końcu stamtąd wyszłam na światło dzienne, miałam wrażenie, że cudem wyrwałam się z ziemskego odpowiednika piekła.  Jedak i ta przygoda miała pozytywną i ludzką stronę: kiedy, po wyjściu z toalety myłam ręce, jakaś pani w średnim wieku, która właśnie tam weszła,  zaczęła mówić do mnie po grecku i gestykulować gorączkowo w kierunku mojej spódnicy.  Na początku nie wiedziałam o co jej chodzi, ale po krótkiej chwili zorientowałam się, że powodem jej ekscytacji  było moje odsłonięte  na widok publiczny siedzenie, choć odziane w przyzwoite majtki , bo spódnica mi się w nie złapała.  Podziękowałam pani, a zaraz potem miałam okazję  zrobić coś dla niej: weszła do kabiny i natychmiast z niej wyleciała, wzburzona i rozgadana, a ja doszłam do wniosku, że chodzi jej o brak papieru toaletowego, więc  wręczyłam jej połowę chusteczki papierowej, która mi została po zużyciu drugiej połowy w tym przybytku.  Najpierw popatrzyła na nią nieufnie (może bała się, że używana?), ale po krótkim namyśle najwidoczniej uznała, że to ma sens i zaakceptowała mój podarunek.

Zrezygnowawszy z kolejowej wycieczki, zaglądnęliśmy na dworzec autobusowy, ale tam były jedynie miejskie autobusy i ewentualnie można było którymś dojechać na terminal za miastem, skąd odchodziły dalekobieżne.  Uznaliśmy, że to zbyt ryzykowne, bo moglibyśmy  gdzieś utknąć i nie zdołać na noc wrócić do naszego hotelu, a my już nie w takim wieku, żeby spać byle gdzie.  Poszliśmy więc na spacer nad morzem i tam natrafiliśmy na dwa czy trzy wycieczkowe statki, które obwoziły chętnych po zatoce. 

Jeden właśnie był gotowy do odcumowania, a ponieważ wyglądał całkiem miło, zamustrowaliśmy się.  Biletów nie sprzedawali, ale warunkiem półgodzinnego rejsu był zakup jednego drinka na pokładzie za ok. 3,5 euro.  Nie pożałowaliśmy tej impulsywnej decyzji, bo dzień był upalny i jak najbardziej stosowny do skorzystania z ochładzającej morskiej bryzy, drink był OK, a widoki na miasto i port wspaniałe.





Saloniki nie mają żadnej plaży, brzeg morza dostosowany jest jedynie do potrzeb portowych, czyli stanowią go obmurowane nabrzeża nad głęboką wodą.  Trochę mnie to dziwi, bo w takim klimacie możnaby przypuszczać, że nawet mieszkańcy, nie wspominając turystów, mogliby mieć ochotę na kąpiel.  Zresztą administracja miasta kompletnie olewa turystów: jedyny punkt informacyjny jest na stacji kolejowej, do której nie ma drogowskazów, a prawie żaden napotkany w mieście zabytek nie ma tablicy informacyjnej, która objaśniłaby, co to jest.  Za to drogowskazy do różnych innych ciekawych miejsc są, ale może niekoniecznie się przechodniom przydają. 

Przez te kilka dni pobytu w Salonikach jedliśmy śniadania w hotelowej jadalni, obiady na mieście, a kolacje u siebie w pokoju.  Mieliśmy do dyspozycji lodówkę, którą zaopatrywaliśmy w pobliskim prawie-supermarkecie, gdzie kupowaliśmy piwo, chleb, pomidory, banany,  niesamowicie różową ale doskonałą taramasalatę oraz przepyszne sery, np Fetę, która była o niebo lepsza niż ta dostępna w Polsce czy w Anglii, mimo że próżniowo pakowana i supermarketowa.  Nie zauważyliśmy na ulicach nadmiaru straganów warzywno-owocowych, ale tubylcy zapewne korzystają z takowych na targach.

Już pierwszej nocy pobytu odkryliśmy, że w mieście opróżnia się śmietniki i czyści ulice bardzo późnym wieczorem, tak około 23-ciej lub 24-tej.  Akcja ta jest wielce hałaśliwa, polskiego lub angielskego umrzyka z trumny by podniosła, ale podejrzewam, że Grecy chodzą spać później niż my, więc może im to nie wadzi. Za to wadzi im na ulicy brak stolika i krzesełka, przy którym można by usiąść, wypić kawę, zapalić i pogapić się filozoficznie na uliczne życie, ale zawsze jakoś można sobie poradzić. 

poniedziałek, 21 lipca 2014

Mój ogródek - aktualizacja

O moim pierwszym po powrocie z emigracji, i długo wyczekiwanym, ogródku pisałam 26-go maja, kiedy miał zaledwie miesiąc (nie mam pojęcia, jak się dodaje odnośnik do powiązanych wpisów, więc piszę "na piechotę").  A tak właśnie wygląda on w wieku trzech miesięcy:

Nie można tego jeszcze nazwać dojrzałym ogrodem, bo np., nawłocie wysokością niemalże dorównują jabłonce, floksy są trzy razy wyższe niż czarny bez, a niektóre róże na tarasie niższe od miniaturowych iglaków, ale zdecydowanie idzie na lepsze.  Rośliny, które udało mi się przesadzić z tymczasowego ogródka w malarskich wannach są, oczywiście, już całkiem dorosłe, jak np. różowe lilie azjatyckie płożące się dzwoneczki czy jeżówka.  Musiałam w tych wannach mieć jakąś bardzo marną ziemię (podejrzewam, że za kwaśną), bo wszystkie przesadzone rośliny o wiele lepiej się mają na nowych grządkach.

Z nowo zakupionych roślin hortensje są najpokaźniejsze. Ta poniżej tworzy wielkie kwiatostany złożone z drobniutkich kwiatuszków, ale mam jeszcze trzy inne, widoczne na pierwszym zdjęciu.  Ta niebieska to odmiana typu macrophylla, która będzie wymagała ochrony na zimę, ale pozostałe mają wytrrzymywać temperatury do -30 C.

Róże, posadzone na tarasie jesienią, są jeszcze słabiutkie, a dwie sztuki odmiany Casanova nie przetrzymały zimy.  Najmocniejsze są Queen Elizabeth (klasyczna różowa) oraz Peace, żółta, przebarwiająca się na różowo. Mam też Westerland, której pierwszy kwiat otworzył się w dniu narodzin pierwszego dziecka w rodzinie od 30-tu lat,  pierwszego prawnuczątka, córeczki mojego bratanka, więc nazwałam tę różę jej imieniem (poniżej). Róża Folklore, w której pokładam wielkie nadzieje, jest na razie odrobinę rachityczna.  Był tylko jeden kwiat, mogły być dwa, ale mój pies jeden złamał, denerwując się na kota w sąsiednim ogrodzie, co wymagało energicznych podskoków w tym właśnie miejscu.

No i sprawiłam sobie tę ławeczkę, z której mogę sycić się widokiem ogródka do woli.

piątek, 18 lipca 2014

Siedzę i obserwuję

Z mojego gabinetu jest widok na sąsiedni dom, o dwa piętra wyższy od naszego dwukondygnacyjnego, dom  z zamieszkałym poddaszem oraz piwnicami.  Parter i pierwsze piętro w lecie przesłaniają ulistnione drzewa mojego sąsiada z góry oraz te na sąsiedniej parceli, ale okna poddasza, bez żadnych starań,  widać jak na dłoni.  Firanek nie uznaję, mam rolety, które w razie potrzeby spuszczam, ale może powinnam uznawać, bo tu sytuację mam inną niż w domu w Anglii – sąsiedzi z pierwszego i drugiego piętra oraz poddasza sąsiadującego budynku mają kompletny wgląd do mojego mieszkania, ale tak się przyzwyczaiłam i tak mi dobrze.  Jest całkiem możliwe, że właśnie to było przyczyną włamania do mojego mieszkania parę dni po tym, jak ten sąsiedni dom orusztowano w celu remontowania – z rusztowania widok na wnętrze mego gabinetu był znakomity, a akurat wtedy wybebeszyłam zawartość szafki na biżuterię na blat kredensu, bo zamierzałam ją powiesić na ścianie.  Biżuteria nie była szczególnie cenna, ot, kilka srebrnych łańcuszków, dwa duże bursztyny i turkusowy wisiorek, ale był też antyczny, misterny i mikroskopijny naszyjnik z granatami oraz cztery ulubione wieczne pióra.  Dwa Watermany nie były jakieś specjalne;  pozłacane i zgrabne pióro Cross udało mi się odkupić, więc znowu mam, ale jedno było niepowtarzalne: chromowo-czarny Laban z klipsem wysadzanym kryształkami Swarowskiego i z wygrawerowaną dedykacją od mojej firmy, bo dostałam je odchodząc na emeryturę w 2011 roku.

Włamanie jest może trochę jak gwałt, chociaż ma dużo mniejszą siłę destrukcyjną.  Niezaprzeczalnie powoduje traumę, która jednak po kilku latach mija, czego na pewno nie można powiedzieć o gwałcie seksualnym.  Destabilizuje, bo dowodzi, że twój dom zupełnie nie jest takim bezpiecznym miejscem, za jakie go uważałaś, więc nasuwa pytanie, gdzie jest moje schronisko na tym padole. Pozostawia na jakiś czas uczucie niepokoju, bo kto wie czy nie przyjdą ponownie, i , jeżeli akurat zastaną cię w domu, czy nie zabiją. Nie polecam!

Otóż w tym domu obok zaczęło się dziać, czego nie byłam w stanie przegapić, bo bardzo często, pracując na komputerze, spoglądam w okno dla wytchnienia  lub w nadziei jakiegoś objawienia czy inspiracji.  Najpierw zauważyłam, że na poddaszu mieszka starszy pan, który czasem samobójczo wychodzi przez okno na dach. Ostatnio te wypady bardzo się nasiliły, bo najwyraźniej zaczął coś konstruować pod swoim oknem.  Wystaje tam z dachu taka dziwna rynna na wysięgu, służąca przypuszczalnie do odprowadzania wody deszczowej do rynny naokoło dachu.  Między tą rynną a gzymsem dachu pan zaczął budować jakiś podest z desek , o tę rynnę oparty – nawet w którymś momencie usiadł na tym.  Występując w samych gaciach z powodu upałów, piłował, przybijał i docinał, aż dzisiaj zdjął tę całą konstrukcję, w jakim celu nie wiem.

Napracował się do tej pory okropnie, mam nadzieję, że osiągnie swój cel, cokolwiek to by mogło być, ale cały czas boję się, że z tego dachu w którymś momencie spadnie.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Wycieczka do Grecji - cz.4

Dotarłszy , po stromej wspinaczce, do starego miasta czyli Ano Poli, odkryliśmy, że zostało z niego tylko trochę murów

 oraz baszta, zresztą zamknięta.

Nie wiem dokładnie, z jakiego okresu były  - rzymskie na pewno nie, może bizancyjskie albo ottomańskie.   Ja się na tym zupełnie nie znam, a żadnych oświecających napisów niestety nie było, więc oświecić się na miejscu nie dało.  Ten brak informacji dla niedouczonych lecz chętnych wiedzy turystów okazał się być normą, rzadko który zabytek był opisany, a było ich sporo. To sprawiło, że dwa dni później poczuliśmy, jak dla nas niezwykłą, potrzebę zwiedzania muzeów, ale o tym później.  Za to widoki  z góry na dolne miasto były nieocenione.

Otoczenie starych murów i baszty   stanowiły dużo późniejsze domy mieszkalne i restauracje nastawione głównie na turystów, w których, owszem, oferowano greckie dania, ale z frytkami i ketchupem.

Nastała pora obiadowa i kawałek niżej udało nam się znaleźć  restaurację, która wyglądała nieco mniej turystycznie niż te na samej górze.  Zjedliśmy bardzo przyzwoity obiad, złożony z souflaki,  sałatek i produktów ze świetnie przyprawionego mielonego mięsa, sprzedawanych jako kulki, ale uformowanych na kształt kiełbasek.  Tu należy zanotować, że dania opisane w angielskim menu jako sałatka mogą zaskakiwać:  np., zaliczają się do nich tzatziki – sos jogurtowo-ogórkowy, kromki sera Feta  czy skordalia – grecki sos czosnkowy z dodatkiem zmielonych ziemniaków.

Po obiadku zaczęliśmy schodzić w dół, wypatrując klasztoru, którego przedziwną fasadę zauważyliśmy w drodze na górę – wyglądała jak stara budowla nadbudowana betonem, takim z polskich lat 60-tych, i bardzo nas to zaciekawiło, ale wewnątrz już tego nie znaleźliśmy, więc ta nadbudowa musiała być na zewnętrznym murze.

.  Znaleźliśmy miejsce bez trudu i w nim kilka niespodzianek. Obiekt składał się z kilku bizancyjskich budynków



i kilku dużo późniejszych,   i nadal funkcjonował jako klasztor – nawet udało nam się zoczyć prawdziwego mnicha, udającego się pospiesznie w stronę jednego z nowszych budynków, ale najwyraźniej nikt już na modlitwy nie bił w dzwony, bo zostały one przerobione na lampy.

Pod murem jednego budynku wystawione były rzymskie wykopaliska, np. głowice kolumn lub  kawałki gzymsów.  Calość otoczona była starym murem, zza którego można było zerknąć tu i ówdzie, pomiędzy wysokimi krzewami, na panoramę miasta poniżej.  Mury nowszych budowli udekorowane były symbolami, których znaczenie nie do końca rozumiałam, ale i tak były estetycznie satysfakcjonujące.

Oprócz starych budynków, wykończonych różowawym tynkiem z wlepionymi poziomo i na płasko zielonymi kamieniami i czerwonymi cegłami, co zresztą napotkaliśmy w wielu starożytnych budowlach w Salonikach, była niespodzianka: olbrzymia klatka, czy raczej zagroda, z przepięknymi, bardzo dorodnymi,  pawiami.

Samców naliczyłam co najmniej 14, a były też liczne samice.  Był wśród nich również obcy: cietrzew, który zapewne dostał się tam przypadkowo z klatki cietrzewi, znajdującej się trochę poniżej na tym samym stoku.  Od czasu do czasu jakiś samiec miał do niego pretensje, ale ogólnie pawie go ignorowały, co było dla niego zbawienne, bo był dużo od nich mniejszy i nie miałby żadnych szans w jakimkolwiek agresywnym starciu.  Zastanawiałam się nawet, czy o jego obecności  w pawiej zagrodzie nie donieść obsłudze, ale doszłam do wniosku, że sami to zauważą, choćby podczas karmienia.

Po wizycie w klasztorze zaczęliśmy schodzić w dół, w stronę morza i naszego hotelu.  Uliczki były wąskie i bardzo kręte, otoczone domostwami z piękną, śródziemnomorską roślinością na balkonach i tarasach.  Od czasu do czasu napotykaliśmy strome schody, które stanowiły skrót do uliczki poniżej.  Skrót oczywiście tylko pieszy, chociaż kto wie, w jakimś bardzo sławnym filmie amerykańskim, którego tytuł mi zupełnie umknął, gonili się samochodami po schodach. Po drodze odkryliśmy, że górne miasto jest pełne dziko żyjących kotów i psów. 





Mieszkańcy najwyraźniej nie mieli do nich żadnych wstrętów, bo dowody ich dokarmiania były powszechne.

 Odniosłam wrażenie, że w górnym mieście było więcej kotów, a w dolnym psów, ale głowy nie dam.  To jest cała Grecja: w sterylnej Anglii coś takiego nie mogłoby zaistnieć, bo natychmiast odezwałyby się silne protesty na temat higieny i zdrowia;  tam nawet dokarmianie miejskich gołębi jest źle widziane, bo one mogą roznosić choroby.

Schodziło się fajnie, bo co chwilę trafiało się na jakiś uroczy zaułek albo na niespodziewaną panoramę miasta, ale nie polecałabym tego w butach na obcasach, bo stromo.  Zdumiewał mnie fakt, że na niektórych uliczkach był przystanek autobusowy - nie mam pojęcia, jak one sobie tam dają radę.

Schodząc coraz niżej natrafiliśmy na kilka mniej lub więcej zaniebanych świątyń, a wśród nich na ottomański kościół w bardzo nieciekawym stanie, otoczony ściśle blokami mieszkalnymi z lat 50-tych do 70-tych, tak, że jego nagłe pojawienie się przed naszymi oczami było zaskoczeniem.  Taka sytuacja jest nagminna w Salonikach i może trudno się dziwić, bo pozostałości z 3000-letniej cywilizacji są na każdym kroku i gdyby je wydzielać w osobne skanseny, to nie byłoby gdzie budować mieszkań.  Przeznaczenie całego obszaru miasta na muzeum też by nic nie dało, bo przypuszczam, że cały region jest taki, więc oznaczałoby to kompletną rezygnację z zamieszkania tych stron. W tym temacie chyba najbardziej zaszokował mnie widok bizantyjskiego lub może ottomańskiego budynku, do którego po obu stronach przyklejono nowoczesne budynki – czegoś podobnego na pewno w Anglii, a może też i w Polsce, nie uświadczysz.

Po tym pełnym kulturowych wrażeń dniu, przed spoczęciem w hotelu, odwiedziliśmy mały bar na pobliskiej, niespecjalnie urokliwej ale całkowicie tubylczej ulicy, wybrany z powodu niepokaźnego i niekrępującego  wyglądu. Miał dwa stoliki na zewnątrz, więc, ponieważ było ciepło i słonecznie, usiedliśmy przy jednym z nich i zamówiliśmy piwo.  Po chwili mąż uznał, że ciekawiej może być wewnątrz, więc zdecydowaliśmy się tam przenieść.  Na drzwiach wejściowych widniał obowiązujący w UE zakaz palenia, ale zauważyłam wewnątrz palących  i popielniczki.  Na wszelki wypadek grzecznie zapytałam młodą i piękną kelnerkę (chyba Greczynkę), czy w środku można palić.  Jej odpowiedź brzmiała:  „Ależ oczywiście, przecież jesteśmy w Grecji!”  To potwierdziło moje domysły, sprowokowane wcześniejszymi i późniejszymi spostrzeżeniami, że w Grecji Unia rządzi, ale tylko jeżeli to rządzenie nie wchodzi w drogę utartym zwyczajom. W ogóle podejrzewam, że panuje tam bardzo bezstresowa filizofia laissez-faire – niestety nie znam odpowiednika w języku greckim i nawet nie wiem czy takowy istnieje, ale francuski oddaje to świetnie.

Wystrój wnętrza baru był bardzo kolorowy i, delikatnie mówiąc, raczej eklektyczny, czyli na chłopski rozum pomieszanie z pomyleniem, ale efekt ogólny był ciepły i przyjazny.  Na jednej ścianie widniało coś na kształt dużego okna zabudowanego cegłą, na pozostałych były obrazki różnych prowenansji.  Jeden z nich, wiszący obok naszego stolika, przykuł moją uwagę, reprezentował on bowiem przedziwne połączenie kulturowych symboli.  Był  na nim wizerunek mojego ukochanego Citroena 2CV6, symbolu francuskiej inwencji, który pozował przed barem nazwanym Murphys Pub, czyli tak irlandzkim jak to możliwe.  Na dodatek obok zdjęcia, trochę je przesłaniając,  była upięta zasłona ze  szkockim tartanem. Przypuszczam, że ten ciekawy efekt był zamierzony.

Po przeciwnej stronie uliczki było coś, co wyglądało na zamknięty sklep z intrygującym szyldem:  Ciekawe co tam sprzedawano, żałuję, że nie wróciłam to sprawdzić.

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...