niedziela, 3 lutego 2013

Wspomnienia w formie listy lubię / nie lubię

Niniejszy wpis to ukłon w stronę mojej najbliższej genealogicznie (ale nie geograficznie) Cioci, siostry Taty i jednej z moich najwierniejszych czytelniczek.  Ostatnio, rozmawiając z nią przez telefon (co się zdarza mniej więcej raz na rok, bo czasem widujemy się na Skypie, jak akurat jestem u Mamy), dowiedziałam się, że, choć znamy się sześćdziesiąt dwa lata, Ciocia dopiero poznaje mnie naprawdę przez mój blog.  I nic w tym dziwnego, mieszkamy na różnych końcach Polski i w związku z tym dość rzadko mamy okazję widywać się, a jak już, to na krótko.

Temat wpisu nasunął mi się, bo właśnie obcięłam paznokcie u nóg, co bynajmniej nie należy do moich ulubionych zajęć, i postanowiłam zrobić listę takich rzeczy, a dla równowagi również tych, które lubię.

Lubię:

- jeść, bo to jest jedna z niewielu stałych i zawsze dostępnych przyjemności w życiu, przynajmniej w krajach zamożnych, gdzie miałam szczęście się urodzić i żyć.  Zawsze miałam bardzo wyostrzony sens węchu i smaku, które, wbrew popularnym wierzeniom, nie stępiły się zanadto z powodu palenia papierosów.  Jedzenie jest dla mnie ważne, a mój metabolizm szczęśliwym trafem pozwala mi na objadanie się bez tycia.

- spać, bo zazwyczaj mam fajne i kolorowe sny, które czasami udaje mi się zapamiętać. Pracuję nad tym zapamiętywaniem od lat, i najlepiej mi to wychodzi kiedy budzę się powoli i jeszcze na chwilę udaje mi powstrzymać całkowite przebudzenie i powrócić do tego snu. Oprócz tych przyjemnych miewam też męczące i stresujące sny, ale trochę rzadziej. Właśnie taki jest sen, który powtarza się w różnych postaciach ( a czasami też dokładnie we wcześniej prześnionej wersji) i jest zawsze o tym, że w jakiś sposób zawiodłam w pracy, a raczej w jednej jej części, którą było prowadzenie szkoleń dla dorosłych. Na przykład, śni mi się, że zaglądam do terminarza i ze zgrozą odkrywam, że poprzedniego dnia miałam mieć szkolenie i nie stawiłam się, bo zupełnie mi wyleciało z głowy, albo że po przybyciu do odległego miasta w celu poprowadzenia tygodniowego kursu okazuje się, że wszystkie przygotowane materiały dla uczestników oraz moje plany i notatki zostawiłam w domu, więc prowadzę kurs bez nich, obserwując rosnące niezadowolenie słuchaczy, albo że przyjeżdżam na kurs spóźniona o dwie godziny z powodu niemożności znalezienia parkingu w obcym mieście i znajduję pustą salę, itp., itp.  Nic choćby trochę podobnego nigdy  mi się w rzeczywistości nie przytrafiło, bo jestem bardzo obowiązkową perfekcjonistką, więc,  nawet bez pomocy psychologa,  mogę się domyślić co te sny oznaczają.  Mimo tego, nadal lubię spać!  A raz, jako licealistce przygotowującej się do matury, przyśniło mi się rozwiązanie zadania z matematyki, nad którym ja i siostra mordowałyśmy się bezskutecznie w ciagu poprzedniego dnia.

- gotować, bo to mnie odstresowuje i pozwala mi się wyżyć twórczo - oczywiście tylko kiedy mam do tego tzw.melodię, co się zdarza kilka razy na tydzień, nie zawsze wtedy, kiedy powinnam ugotować codzienny obiad (na szczęście, na brak melodii są restauracje i dania na wynos, a poza tym, skoro nie mam dzieci, a mój mąż jest dorosły i może w razie czego sobie sam poradzić, nie muszę się za to bić po głowie). Przy pewnych potrawach ścisłe trzymanie się przepisu jest jak najbardziej wskazane, np. przy pieczeniu chleba czy ciasta drożdżowego, ale w większości wypadków wczytuję się w różne przepisy, a potem idę do kuchni i robię po swojemu, korzystając z wiadomości zdobytych przy tym czytaniu. Zazwyczaj te eksperymenty wychodzą całkiem dobrze, ale nie zawsze; np. pamiętam taką nadziewaną pieczeń, która zupełnie nie wyszła, bo nadzienie napuchło, rozwaliło zaszyte mięso i na stół podałam zaproszonym gościom brytfannę z wielką górą poszatkowanego mięsa, które może i było smaczne, ale nie przypominało żadnej rozpoznawalnej potrawy.  Teraz już wiem, że niektóre nadzienia puchną, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam.

- czytać długie powieści, bo jak coś mi się spodoba, to chciałabym, żeby trwało wiecznie.  Ostatnio taką była trylogia Larssena „Millenium”,  wcześniej trylogia Sapkowskigo o wiedźminie, a jeszcze wcześniej Sienkiewicz, Dumas i P.G.Woodhouse. Nie jestem znawczynią literatury pięknej, ale wiem co lubię, np. nieudolne tłumaczenia z obcych języków okropnie mnie denerwują i nie jestem w stanie ich czytać. To jest wyczuwalne nawet, jeżeli się nie zna języka oryginału, a jak się zna, to podchodzi się do tego jeszcze bardziej krytycznie, bo w oczy rzucają się wyraźnie niewłaściwe tłumaczenia.  Zawód tłumacza literatury pięknej jest, moim zdaniem, o wiele trudniejszy i bardziej wymagający niż samo pisanie: nie tylko trzeba doskonale znać oba języki i umieć pisać, ale też trzeba umieć wczuć się w styl oryginalnego autora i oddać to wiernie w tłumaczeniu.  Według mnie zdecydowanie osiągnęła to znakomicie  Irena Tuwim, tłumacząc „Kubusia Puchatka” – znam oryginał i tłumaczenie, i uważam, że oba są doskonałe. Inny pozytywny przykład to Ludwik Jerzy Kern, tłumaczący swojego ulubionego poetę (niestety chyba nie pamiętam w tej chwili dokładnie jego nazwiska – może Ogden Nash?).

- programować bazy danych, bo tam zawsze wiadomo, że jeżeli coś nie działa, to dlatego, że nie napisałam odpowiednich instrukcji, a nie że ktoś mnie nie lubi czy akurat ma zły dzień.  Zawsze wolałam samotną pracę na komputerze niż pracę z ludźmi, chociaż wykonywałam obie, i to nawet z pewnym powodzeniem.  Prawdopodobnie takie preferencje wywodzą się z mojej wrodzonej nieśmiałości, którą zawsze umiałam swobodnie przełamać w sytuacjach zawodowych, ale nie w prywatnych, bo w nich nie miałam podparcia, jakim jest wiedza czy wyszkolenie.

 

Nie lubię:

- obcinania paznokci – te u rąk trzymam w ryzach przy pomocy pilnika, bo to mogę robić prawie niezauważalnie dla siebie, np. oglądając telewizję lub czytając, ale u nóg i nożyczkami to już się tak nie da. Wobec tego posuwam się do tego kroku dopiero jak buty się robią za małe, chyba mam to po Tacie.

- wizyt u fryzjera, bo nidgdy nie wiadomo, co z tego wyjdzie. To, po części, na pewno  jest pozostałością z mojego, skądinnąd bardzo szczęśliwego, dzieciństwa.  Mam, też zresztą  po Tacie, bardzo cieniutkie i słabiutkie włosy, i jako dziecko marzyłam o pięknych, długich tresach, ale moje słabo rosły , a jak już robiły się dłuższe, to wyglądały rozpaczliwie (nawet jeden przyjaciel w szkole podstawowej nazywał mnie i siostrę, która była w podobnym predykamencie, chochołami).  Wobec tego Mama od czasu do czasu wysyłała nas do fryzjera, żeby obciąć na krótko, co zazwyczaj wychodziło niepięknie, bo kto by się tam przejmował fryzurą 10-cio letniej klientki. Ale i w wieku dorosłym takie wizyty często dawały całkiem niezadowalające rezultaty, np. chciałam włosy skrócić o 2 cm, a obcinali 5, albo kiedy do ślubu chciałam gładki kok, fryzjerka zrobiła mi wysoki tapir, który akurat był modny, pomimo moich napominań w trakcie, które spowodowały tylko, że był w końcu może o jedną trzecią niższy niż jej się widziało. Kiedy wróciłam od fryzjera do domu, Tato stwierdził, bardzo trzeźwo i słusznie, że fryzurę mam straszną (ale może nie powinien był mi tego mówić akurat w tym momencie) , ale się nie załamałam, wpięło się kilka gerber i było dobrze.  Zresztą nie o to chodziło, chcieliśmy zostać malżeństwem, a już takie detale jak fryzura czy nawet lista gości weselnych (ustalona zresztą przez moją rodzinę, bez naszego udziału) nas specjanie nie obchodziła.  Byliśmy po prostu wdzięczni, że rodzina wszystko za nas załatwiła, podczas gdy my beztrosko bujaliśmy się w Paryżu.

- suszenia włosów, używania odkurzacza i prasowania. Te trzy różne zajęcia dzielą ze sobą parę cech.  Suszarka i odkurzacz hałasują i są gorące, prasowanie i suszenie włosów są gorące i mi nie wychodzą, a odkurzanie i prasowanie są nudne, gorące i męczące.

Nawiasem mówiąc, miałam pewien problem gramatyczny z powyższą częścią tego wpisu.  Zaczęłam pisać listę  „Nie lubię:” od „obcinać paznokcie” i zaraz ogarnęły mnie wątpliwości. Czy to nie powinno być „Nie lubię obcinać paznokci”?  Pierwsza wersja jest według mnie poprawna, bo nie lubię kogo czego, ale obcinać kogo co, za to z drugą spotykam się częściej. Pogłowiłam się jeszcze chwilę i w końcu napisałam „obcinania paznokci” (czyli nie lubię kogo czego i obcinania kogo czego, wszystko gra) i w ten sposób obeszłam problem.  Takie rozwiązanie przez bardzo wiele lat służyło mi w angielskim, więc dlaczego nie miałoby teraz działać tak samo dobrze i w polskim? Ale przy najbliższej okazji spróbuję znaleźć odpowiedź, bo nie lubię takich rzeczy nie wiedzieć (tu bez wątpienia poprawnie!).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Adres emailowy nie będzie wyświetlany.

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...