środa, 27 lutego 2013

Nie chciałam mieć dzieci, ale chciałam mieć psy

Nigdy nie chciałam mieć dzieci, ale zawsze chciałam mieć psy.

Nie wszyscy pojmują, że można nie chcieć. Np. taksówkarz rodem z Afganistanu, który ostatnio wiózł mnie z Londynu na lotnisko w Luton, zapytał czy mam dzieci, a jak się dowiedział, że nie, to się zmarwił i założył, że nie miałam, bo nie mogłam, i pytał, czy nie dało się adoptować.

Nie chciałam, bo nigdy nie odkryłam sensownego powodu, żeby je mieć.  Uważałam, że trzeba mieć świadomy powód, a takiego nie miałam. Nie to, żebym nie miała uczuć macierzyńskich: mam je, tak jak inne kobiety, ale w pełni zaspokaja je mój mąż, który jest niedopieszczonym dzieckiem, stale wymagającym matczynej opieki, więc nigdy nie odczułam braku potomstwa.  Czy to takie naganne?

Zawsze chciałam mieć psy. Wychowałam się w domu gdzie zawsze był pies (właściwie kilka psów po kolei, bo jedne odchodziły, a następne zajmowały ich miejsce) i chwilami też koty.  Zwierzęta te stanowiły ważną część rodziny, bo kochaliśmy je jak rodzeństwo i dawały nam wiele bardzo szczęśliwych chwil, nie mówiąc już o ich terapeutycznym i edukacyjnym wpływie na nasze (dzieci) wychowanie.  Pamiętam, jak w szkole podstawowej oddałam kiedyś do oceny wypracowanie z ogromnym kleksem na środku pierwszej strony, spowodowanym przez kota, który mi się akurat na zeszycie położył, rozlewając atrament.  Niestety pani nauczycielka nie uznała takiej wymówki i dostałam stopień niedostateczny, ale to nic, dla kota trzeba było to przeboleć.

Przez długie lata pacy zawodowej w Anglii nie brałam psa, bo musiałby biedny całymi dniami siedzieć sam w domu.  Wyjeżdżałam do pracy o 7-mej rano i wracałam ok. 6-tej lub 7-mej wieczorem, więc co to za życie dla potrzebującego towarzystwa psa? Kiedy w końcu przeszłam na pracę w domu, przenosząc się z instytucji państwowej do prywatnej firmy, która w pełni doceniła moją obowiązkowość i uczciwość  i nie miała żadnych wątpliwości co do tego, czy rzetelnie dla niej pracuję, postanowiłam wziąć mojego pierwszego, własnego psa.

Los tak chciał, że został nim lekko skundlony labrador, który był rezultatem przygody miłosnej bardzo szlachetnej matki z rodowodem z jakimś szalonym collie.  Znalazłam szczeniaka przez Internet i pojechałam do jego siedziby, żeby go zobaczyć.  Siedzibą była farma w północnej Anglii, z końmi i hodowlą czarnych labradorów.  Na dzień-dobry spotkałam jego matkę, niesamowicie przyjazną sukę z wszystkimi cechami rasowych labradorów.  Zaraz potem spotkałam mojego: był ostatnim niekupionym z czwórki szczeniąt i, według zeznań hodowcy, największym, bo inne zabrano wcześniej, a on potem sam wyssał resztę matczynego mleka.  Od razu mi się spodobał, to był pies z charakterem.  Weszłam tam w długim do ziemi sztucznym futrze i on, zamiast się go panicznie bać (jak to wcześniej robiły inne psy)  natychmiast uczepił się rogu mego płaszcza i zaczął nim targać.  To mi się spodobało, widać było, że pies ma jaja.

Kupiłam go od razu, a na odchodnym pani hodowczyni miała okazję pokazać mi jego ojca, który właśnie przebiegał szalonym pędem przez podwórko: był to okazały collie, choć trudno było go dokładnie ocenić w takim tempie.

Wzięłam szczeniaka do domu, co oznaczało prawie 5-cio godzinną podróż samochodem.  Cały czas zachowywał się idealnie, nie płakał, nie bał się, tylko spokojnie spał na przednim siedzeniu, a na postoju trochę pobiegał wokół samochodu na smyczy i chętnie wsiadł z powrotem.  Kompletnie bezstresowy pies!

I tak nastał Wooster.  Imię jest dwojakiego pochodzenia: pies pochodził z okolic miasta Worcester (wymawianego „łuster”), a nazwaliśmy go nazwiskiem postaci Bertie Woostera (też wymawianej „łuster”) z książek jednego z naszych ulubionych pisarzy, P.G. Wodehouse. 

Napiszę jeszcze o nim, bo to jest niesamowity pies: nigdy nie doświadczyłam takiej bezgranicznej i bezkrytycznej (choć czasem upierdliwej) miłości od żadngo żywego stworzenia, ani żadne nie dało mi tylu radosnych chwil!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Adres emailowy nie będzie wyświetlany.

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...