czwartek, 24 stycznia 2013

Dalszy ciąg wrażeń z powrotu do Polski

To już mój trzeci wpis dzisiaj, bo nadrabiam zaległości po tygodniu nieobecności.  Tym razem kulinarnie. Mieszkając przez 39 lat w Anglii, głównie w kosmopolitycznym Londynie,  poznałam smaki wielu egzotycznych dla mnie kuchni, m.in., hinduskiej, nepalskiej, chińskiej, taiwańskiej, greckiej, japońskiej, libańskiej i filipińskiej (tej ostatniej nie polecam!). Miałam też wiele okazji, aby zaznajomić się z kuchnią angielską, która w najlepszym wydaniu pochodzi z północy kraju, oraz z modnymi kuchniami wegetariańskimi.  Ponieważ bardzo lubię gotować, zaczęłam eksperymentować i w rezultacie potrafię przyrządzić całkiem jadalne curry (w wersji hinduskiej lub afrykańskej), grecką moussakę, chiński stir-fry oraz typową angielską pieczeń wołową lub jagnięcą z pieczonymi ziemniakami, pasternakiem i obowiązkowym, rzadkim sosem pieczeniowym.

W Anglii łatwo kupić warzywa i mięsa potrzebne do wszystkich tych potraw (nawet korzeń pietruszki i seler do polskiego rosołu, których Anglicy zwykle nie używają.  Seler od kilku lat jest dostępny w supermarketach, ale po pietruszkę trzeba pójść do polskich sklepów, których w Londynie jest sporo).

Po powrocie do Polski najbardziej odczułam brak jagnięciny w sklepach mięsnych. To jest moje smakowo ulubione mięso (na dodatek podobno z mniejszą zawartością cholesterolu niż inne), którego bardzo często używałam w Anglii, w postaci grillowanych kotlecików z kością, bardzo smacznej  pieczeni z łopatki lub duszonych giczy. Nie rozumiem, dlaczego tego w Polsce nie ma: owce hoduje się nagminnie na Podhalu, ale też i w inych częściach kraju, więc mięso powinno być.

Składniki do innych potraw z w/w kuchni są ogólnie dostępne w supermarketach.

Może trzeba założyć towarzystwo propagowania jagnięciny?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Adres emailowy nie będzie wyświetlany.

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...