czwartek, 14 maja 2015

Nieproszony gość

Do wczoraj nie miałam pojęcia, że udzielam mu schronienia, chociaż musiał rezydować i tyć na moim wikcie już dobre kilka lat.  Nie zauważyłam go, bo siedział cicho i się nie odzywał, więc odkrycie jego obecności zaskoczyło mnie kompletnie.

Odkrycia dokonała lekarka przy okazji USG jamy brzusznej, zleconego przez lekarkę domową, która chciała się dowiedzieć, jak wyglądają moje nerki i nadnercza.  USG wykazało, że te czują się świetnie a moja trzustka jest po prostu piękna, za to w pęcherzyku żółciowym zalega kamień o średnicy 15 mm, który charakterem przypomina trochę tykającą bombę, bo w każdej chwili może wybuchnąć, np. zatkać przewód żółciowy , powodując ostry stan zapalny, który wymagałby natychmiastowej interwencji na pogotowiu. Lekarka od USG pytała, czy miewałam ostre bóle poniżej mostka lub pod prawym żebrem, ale powiedziałam, że nie, bo nic takiego nie przychodziło mi na myśl. Jednak, po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że może był jeden taki kwalifikujący się epizod, chyba w zeszłym roku, kiedy to natychmiast po zjedzeniu obiadu doznałam ostrego bólu w nadbrzuszu, który utrzymywał się przez około dwie godziny, a potem ustąpił.  Nie przypominam sobie innych takich przypadków, więc chyba było to tylko ten jeden raz.

Naturalnie od razu zrobiłam wywiad na temat w Internecie, który wykazał, że najlepszym rozwiązaniem jest usunięcie całego pęcherzyka, a nie tylko kamienia.  Mogę to zrobić odpłatnie w prywatnej klinice w Warszawie, gdzie czas oczekiwania jest  ok. miesiąca, lub za darmo w Anglii, gdzie mam ubezpieczenie zdrowotne, pozyskane przez wiele lat pracy i płacenia składek, ale nie wiem, jak długo musiałabym czekać na operację – tam też są kolejki, a ponieważ ja na razie nie mam stanu ostrego, to byłabym na szarym końcu.  Istnieje jeszcze jedna opcja: odpłatna operacja w Anglii w prywatnej opiece zdrowotnej BUPA, z której już dwa razy korzystałam w celu wykonania ogólnych badań diagnostycznych, ale to na pewno byłaby najkosztowniejsza opcja.

Z oczywistych względów nie uśmiecha mi się operacja „na ostro”, więc chciałabym profilaktycznie mojego nieproszonego gościa jak najprędzej wyeksmitować, zanim zrobi mi poważny kłopot. Pragnę  poznać Wasze opinie na ten temat i opisy ewentualnych doświadczeń z taką dolegliwością,  bo jestem trochę zagubiona w tym wszystkim.

środa, 6 maja 2015

Wizyta w Paryżu – cz.2

O Paryżu możnaby oczywiście pisać bez końca, ale spróbuję tu zmieścić resztę naszych najważniejszych wrażeń z tych trzech dni pobytu, z których jeden, niedzielę,  spędziliśmy prawie całkowicie pijąc i jedząc w barach i restauracjach, bo lało jak z cebra. Za to połaziliśmy sobie po mieście do woli i w sobotę, kiedy było ciepło i słonecznie, i w poniedziałek, też słoneczny ale zimny z powodu bardzo silnego wiatru.

W sobotę trafiliśmy na dwa małe targowiska żywnościowe, które we Francji są zawsze wyjątkowo piękne i ciekawe: piękne z powodu natchnionej aranżacji barwnych produktów na stoiskach, a ciekawe z powodu różnorodności towaru oraz dobrze poinformowanych, czasem ekscentrycznych, pomocnych sprzedawców, najwyraźniej kochających to co oferują publice.  Pierwsze odkryłam paląc przedśniadaniowego papierosa na balkonie, na placyku tuż przy naszym hotelu, więc tamże udaliśmy się zaraz po śniadaniu. Było tylko 6 czy 8 stoisk, z warzywami i owocami, serami, rybami,   wędlinami i może jeszcze jakieś inne,   ale nie pamiętam, bo natychmiast zaabsorbowały mnie sery i wędliny.  Najpierw obejrzałam sery, które na jednym stoisku wyglądały o wiele bardziej autentycznie niż na drugim.  Ażeby dać sobie czas do namysłu, poszłam potem do wędlin, gdzie od rozmaitości suchych kiełbas w rodzaju salami (saucisson sec) kręciło się w głowie.     Długo myślałam i oglądałam, spróbowałam jednej z osła i była bardzo dobra, ale w końcu kupiłam dwie bardziej tradycyjne, wieprzowe i przepyszne.  Później jeszcze wróciłam na to stoisko i poprosiłam, żeby mi pokrojono po kilka plasterków z każdej, włożyłam je do torebki i podjadaliśmy je przez cały dzień.  Potem udałam się po sery i kupiłam dojrzały kozi w czarnej posypce i jakiś inny, bardzo pachnący i tłusty.  Zjadłabym to wszystko na raz, ale na szczęście rozsądek wziął górę, odnieśliśmy je do hotelu i wyruszyliśmy w Paryż.

Następny rynek był trochę większy i ruchliwszy i najbardziej zaciekawiło mnie jedno stoisko z serami, któremu prezydował chyba ciut podpity właściciel w prawie napoleońskim kapeluszu.   Niektóre sery były imponujących rozmiarów, w życiu nie widziałam tak olbrzymich jak bardzo stary Cantal (dość łagodny, ale szlachetny i doskonały) i trochę młodszy Comte, którego nienapoczętych kół używano jako stołu do krojenia. 

Na inne, bardzo sławne, targowisko natknęliśmy się w poniedziałek, kiedy niestety było nieczynne: Marche des Enfants Rouges (Targ Czerwonych Dzieci) w 3-ciej dzielnicy, Rue de Bretagne.  Jest to najstarszy zadaszony targ w Paryżu, a jego nazwa pochodzi od sierocińca, który znajdował się w pobliżu i w którym dzieci nosiły czerwone mundurki czy może fartuszki. Bardzo żałowałam, że to był poniedziałek – zły dzień dla turystów we Francji, bo wiele interesujących miejsc jest zamknięte, np. wszystkie muzea.   Na dodatek okazało się też, że zamknięta jest piekarnia koło hotelu, której prężne działanie zaobserwowałam z balkonu w niedzielę i w której planowałam w poniedziałek zakupić świeże bagietki do naszych serów i kiełbas, żeby uczynić z nich kanapki na drogę powrotną.

Paryż ma swoistą architekturę, np. te typowe kamienice z balkonami i mansardami  czy te osławione, przepiękne, chyba bardziej fin-de-siecle niż art deco, stacje metra.   Tu nie ma małych budowli, wszystko jest z rozmachem, np. budynek domu towarowego Samaritaine (który stoi pusty, ale jest możliwość, że znowu ożyje)

    czy chyba 40-metrowej wysokości  pomnik na placu Bastille.    

W niedzielę chciałam iść na mszę do Notre Dame, co już raz kiedyś zrobiłam, ale dla pewności w sobotę poszłam sprawdzić, kiedy są msze i jak się tam dostać.  Oczywiście była spora kolejka do wejścia, ale stał przy nim znak, który kierował zwiedzających do wejścia po prawej, a kongregację mszalną do wejścia po lewej, więc większość kolejki szła w prawo.  Kiedy dotarłam tam w niedzielę rano, okazało się, że kolejka miała ok. kilometr długości (nie przesadzam), a znak ktoś odwrócił tyłem, tak, że wszyscy pchali się do wejścia mszalnego po lewej.  W katedrze jest ruch jednokierunkowy i przy wyjściu stał strażnik, ale dlaczego nikogo nie było przy wejściu, zwłaszcza w niedzielę?  Wobec takiego bałaganu zrezygnowałam z walki i ruszyłam w stronę hotelu.  Po drodze napotkałam kościół St. Gervais, w którym właśnie odbywała się msza, więc tam weszłam.  Trochę późno, bo już zbliżało się podniesienie, ale trudno, nie miałam wyboru.  Kościół był, jak wszystko w Paryżu, olbrzymi, i należał do jakiegoś zakonnego bractwa.  Bardzo uroczystą i długą mszę odprawiali bracia zakonni, a towarzyszyły im zakonnice zebrane przed ołtarzem.  Zamiast ławek były drewniane stołki i ludzie nie klękali, bo klęczników nie było, ale we właściwych momentach wstawali.  Msza była piękna, w akompaniamencie chóru zakonnic, ale najbardziej zachwyciło mnie zachowanie wiernych.  Wszyscy bez wyjątku zachowywali się bardzo nabożnie, poruszali się z namaszczeniem i cicho,  w ich postawach widać było ogromny szacunek i nie było wrzeszczących i biegających dzieci.  Dla mnie to było niezwykłe, bo w Anglii, we Włoszech i w Polsce na mszach jest hałas i rozgardiasz i takich rozmodlonych ludzi się nie widuje.

Podczas naszej poniedziałkowej wędrówki trafiliśmy na Pont de L’Archeveche, na którym od wielu lat odwiedzający Paryż wieszają kłódki z różnymi napisami upamiętniającymi ich wizytę.   Ogólny widok jest imponujący, ale zaczyna brakować miejsca do podczepiania kłódek, więc tworzą się z nich zwisające winogrona.   Szkoda, że byliśmy tam tak przelotnie, bo jestem pewna, że niektóre stare kłódki miałyby ciekawą historię do opowiedzenia.

Najzupełniej zgadzam się ze słowami znanej piosenki  „I love Paris in the springtime” – w mieście kwitła już wisteria   i niezwykłe, duże,  niebieskie kwiecie na drzewach, których nazwy niestety nie znam, a po drodze z lotniska Beauvais, ok. 90 km od Paryża, widziałam też pola kwitnącego rzepaku.

Jeszcze na koniec dwie ciekawostki, które zwróciły moją uwagę: artystyczne, trochę art deco,  wszechobecne miejskie kosze na śmieci   oraz apetyczne stoisko z owocami morza przy jakiejś restauracji. 

poniedziałek, 4 maja 2015

Wizyta w Paryżu (z dygresjami) – cz.1

Tydzień temu, w poniedziałek w nocy, wróciliśmy z weekendowego wypadu do Paryża, mojego ulubionego europejskiego miasta, w którym bywałam już z mężem wiele razy.  Mąż odwiedzał Paryż od najmłodszych lat dziecięcych, ponieważ tam właśnie mieszkali jego francuscy dziadkowie ze strony matki, ale pierwszy raz byliśmy tam razem w podróży „przedślubnej” w 1971 roku, kiedy to na dwa tygodnie przed wstąpieniem w związek małżeński uciekliśmy tam na tydzień, samolubnie i beztrosko pozostawiając wszelkie przygotowania do wesela, łącznie z listą gości i dopilnowaniem szycia mojej sukni, w rękach mojej Mamy oraz jej najbliższej przyjaciółki, w czym spisały się na medal. Przesunęły też termin ślubu na tydzień wcześniej, bo tak akurat pasowało najbliższej rodzinie z drugiego końca Polski, ale my nie ingerowaliśmy, byliśmy po prostu wdzięczni, że ktoś ma to wszystko pod kontrolą i my nie musimy sobie tym zaprzątać głów bujających w obłokach młodości i miłości.  Może właśnie dlatego nigdy potem nie mogłam zrozumieć dziewczyn, które przez rok przed ślubem pochłonięte były planowaniem wesela w najdrobniejszych nawet  szczegółach,  ale istnieje też możliwość, że wynikało to z mojego kompletnego braku romantyzmu.

Ostatni raz byliśmy w Paryżu ładne parę lat temu, ale, zapewne z powodu starczej demencji, ani mąż ani ja nie możemy sobie przypomnieć, kiedy to było. Mniejsza o to, ważne, że znowu nas tam zagnało i znowu odczuliśmy specyficzny czar tej metropolii.  Mimo wielu zmian i unowocześnień, Paryż to Paryż i nadal zachwyca atmosferą, architekturą i francuskością.

Nasz hotel był ok. 200 m od imponująco masywnego budynku merostwa Paryża,  w bardzo dostojnej  4-tej dzielnicy stanowiącej główną część rejonu Le Marais, obejmującego również partie 3-ciej dzielnicy.  Długo zastanawiałam się nad jego wyborem  (przez sprawdzony portal booking.com),  bo szukałam pokoju z balkonem, na którym mogłbym spokojnie palić.  W końcu trafiłam na Hotel de Nice na Rue de Rivoli, który, co prawda, w opisie zarzekał się, że wszystkie pokoje są dla niepalących, ale miał balkony.  Na miejscu okazało się, że w publicznych pomieszczeniach się nie paliło, ale w pokojach nie było to zabronione.  Dotarliśmy tam późno w piątek, więc przed zamknięciem lokali starczyło czasu jedynie na zaspokojenie pragnienia w jednym z siedmiu okalających hotel barów/bistro.  Pokój był maciupci  ale czysty, okna z podwójnymi szybami, które skutecznie izolowały od hałasu z zewnątrz,  łóżka wygodne, łazienka z dobrym ciśnieniem wody i bez tak częstych we Francji nieprzyjemnych zapachów czy odgłosów.   Na ścianach oraz większych panelach drzwi była niesamowicie kolorowa tapeta, przedstawiająca wielkie papugi na kwitnących gałązkach    – może w domu bym sobie takiej nie sprawiła, ale tu w jakiś sposób nie zgrzytała i pasowała do reszty.  Cały wystrój hotelu był intensywnie kolorowy, np. lustra na schodach zdobione trochę rażącym turkusem, ale w jadalni i holu przed recepcją kolory te pochodziły z przepięknych afgańskich czy perskich dywaników oraz ze stylowo i kolorystycznie z nimi zgodnymi, powłóczystych obrusów.  Wszystkie ściany w jadalni zawieszone były starymi  obrazami w ramach, a jedną prawie całkowicie zajmował wyglądający na oryginał portet eleganckiej kobiety w czarnej sukni, z małym pieskiem i kotem u stóp.  Do tego wszystkiego fantazyjnym ubiorem pasowała Madame, która pojawiła się w recepcji w poniedziałek, w beżowym szyfonowym szalu owiniętym na głowie, z którego na czubku  wystawał kok włosów, i w zwiewnej czarnej bluzce do bladoróżowych pantalonów.

Hotel zwał się Hotel de Nice i polecam go bez zastrzeżeń, nie tylko z powodu lokalizacji czy bogatego francuskiego wystroju z przełomu XIX / XX wieku, ale także z powodu przepysznego, typowo francuskiego śniadania za 8 €, co w porównaniu z 5 – 6 € za kawę w pobliskich barach jest bardzo przyzwoitą ceną.  Podawano kawę i ciepłe mleko, sok pomarańczowy, paczuszki prawdziwego masła i różnych dżemów,  a do tego duży kawałek świeżutkiej i chrupiącej bagietki oraz rozpływającego się w ustach croissanta. W jadalni słyszeliśmy krytyczne głosy angielskich gości,  a to że za mało, a to że bagietka zbyt chrupiąca i zębów szkoda, ale wytłumaczyliśmy je sobie ich nieznajomością francuskich zwyczajów.  Pamiętam, jak za którymś naszym pobytem w Paryżu zamówiliśmy śniadanie do pokoju, ale powiedziano nam, że skończyły się bagietki.  Mąż zrobił awanturę przez telefon, niezbyt gramatyczną francuszczyzną ale z właściwą intonacją, że to skandal, że jak tak można, i za 10 minut dostaliśmy śniadanie z bagietkami, które ktoś z personelu przyniósł z pobliskiej piekarni.  Dowód to niezbity, że francuskie śniadanie to instytucja, no i czy wypada na to narzekać?  Nie wiem jak reagują na nie Niemcy, którzy bez kilku rodzajów wędlin i sera żółtego oraz gotowanych jajek w towarzystwie rozmaitego pieczywa śniadania nie uznają, a Anglicy pewnie oczekiwaliby jajecznicy lub jajek na bekonie i tostów albo ewentualnie (ci bardziej o zdrowie dbający) płatków śniadaniowych z mlekiem i jogurtów, ale uważam, że francuskie śniadanie jest nieodłączną częścią narodowej tradycji i, zwłaszcza kiedy pieczywo jest takie doskonałe, należy to docenić.

Kontynuując temat jedzenia, tym razem jakoś nie trafiliśmy na zjawiskowo dobre potrawy, może dlatego, że jadaliśmy w dzielnicy Marais a nie np. we wcześniej nam znanych i kochanych okolicach Montmartre, a może dlatego, że Paryż się za bardzo skomercjalizował, ale i tak zjadłam pyszne ślimaki, niezwyczajnie przyprawione rozmarynem, dobry pasztet z kaczki z ziołami oraz znakomicie przyprawioną sałatkę z z chrupiącą sałatą Romaine, awokado, kurczakiem z grilla i serem pleśniowym.

I mąż i ja zaobserwowaliśmy wiele zmian od naszego poprzedniego pobytu, np.:

- nowocześniejsze  wagony i perony metro

- brak ofert „vin de table” (najtańsze wino stołowe) i mniejszą ilość tanich zestawów menu w baro-restauracjach

- wprowadzenie w barach, na modłę angielską, Happy Hours, czyli godzin, kiedy wszelkiego rodzaju napoje alkoholowe kosztują mniej niż zwykle

- wszechobecność „service compris”,  czyli napiwku zawartego w cenie serwowanego napoju czy dania

- zwiększoną ilość żebraków (spotykało się ich dosłownie co dwieście metrów) i wykorzystywanie przez nich psów, kotów i małych dzieci do wzbudzenia litości przechodniów.  Byli też inni, młodzi ludzie, niewyglądający na bezdomnych i zaniedbanych, którzy  stawiali przed sobą tabliczkę z napisem „Jestem głodny/a”, jakich przedtem w Paryżu nigdy nie widywałam.

I jeszcze jedno, co nie jest zmianą, a wręcz atawizmem: kawiarniane toalety nad którymi trzeba kucać, bo są po prostu pokrytą ceramiką dziurą w ziemi.

Co do bezdomnych,  to udało mi się poczynić trochę obserwacji, ponieważ, nie chcąc zaśmierdzać pokoju, często wychodziłam na balkon, żeby wypalić papierosa i to właśnie dało mi okazję do uzyskania odrobiny wglądu w ich życie.   Moja działalność przywodziła mi na myśl Georga Orwella, który prawie wiek wcześniej obserwował takich wyrzutków społeczeństwa („Down and Out in Paris” czyli „Na dnie w Paryżu”), jednak jego wyrzutkowie z 1929 1930 roku byli raczej nieporównywalni z moimi, bo z zupełnie innych powodów takimi się stali.  Ci na skwerze pod hotelem byli z nowszej generacji i tworzyli dobrze zorganizowaną grupę. W sobotę o 9-tej rano zauważyłam czterech mężczyzn, siedzących na ławce na końcu skweru.  Każdy miał zarost, czapkę, ciepłą kurtkę i troszkę zdezelowną walizkę na kółkach z całym ziemskim dobytkiem.  Palili papierosy, pili piwo i cydr i zabawiali się rozmową, której oczywiście nie słyszałam.  Wieczorem już ich tam nie było.  W niedzielę rano znowu się tam pojawili z tymi swoimi walizkami, siadając na tej ławce jeden po drugim.  Jeden odszedł na chwilę i powrócił z puszkami piwa i zakorkowanymi butelkami cydru, z których jedną inny z nich przelał do plastikowej zakręcanej butelki.  Drugi w międzyczasie pozbierał niedopałki ze skweru i tytoń z nich zawijał w gazetę, a potem to palili jako papierosy.  Któryś przyniósł radio, przy muzyce z którego tańczyli naokoło ławki, najwyraźniej  ciesząc się życiem.  W poniedziałek rano było zupełnie inaczej.  Spotkali się jak zwykle, ale był jakiś popęd, nikt się nie obijał.  Jeden jeszcze przed 9-tą wziął swą torbę i szybkim krokiem się oddalił, co chyba oznaczało, że poszedł do pracy.  Drugi też odszedł, ale wrócił po chwili z rozpłaszczonym kartonem, z którego, pożyczywszy nóż od kolegi, wyciął zgrabną samostojącą tabliczkę, na której potem coś mozolnie pisał. Później widziałam jednego z nich siedzącego pod murem merostwa.  Miał przed sobą tę tabliczkę, nie przeczytałam jej,  ale można śmiało przyjąć, że widniał na niej powód żebrania.  Nie wiem, gdzie ci ludzie sypiali, ale może w przytułku dla bezdomnych, który znajdował się w pobliżu. Najbardziej w ich zachowaniu zadziwiło mnie to, że śmieci, własne lub leżące w ich pobliżu, skrupulatnie wrzucali do pobliskiego miejskiego kosza  - toć to większa kultura niż np. wśród londyńskich przechodniów, którzy rzucają śmieci wszędzie, dokładnie tak, jak nieświadome ptaszęta odchody.

Tekst się zrobił długi, więc resztę opiszę w następnym odcinku.

sobota, 11 kwietnia 2015

Ludzie i ludzie

Dzisiaj miało być na dwa zupełnie różnego kalibru tematy, ale nie będzie, ograniczę się do jednego, bo nie mam ochoty tym drugim ściągnąć na swoją niewinną głowę jadowitych wybuchów hejterów.

Poszliśmy wczoraj na obiad do często przez nas odwiedzanej restauracji, która, opócz doskonałych dań a la carte oferuje też bardzo przyzwoite zestawy obiadowe (zupa i drugie danie) za 16 do 18 zł, dobrze ugotowane, smacznie przyprawione i ładnie podane w wystarczająco sporych porcjach.  Mąż zawsze zamawia zestaw, a ja, ponieważ nie potrzebuję dwóch dań, zazwyczaj wybieram jedno pyszne danie z karty, na które, niestety, muszę czekać skręcając się z głodu aż mąż skonsumuje  zupę z zestawu. No, ale w końcu doczekałam się mojego wspaniałego pieczonego łososia z mozzarelą i delikatnie gotowanymi jarzynami i, najadłszy się do syta,  wyszłam na zewenątrz, bo oczywiście palić w restauracji nie wolno.  Tam zaobserwowałam grupkę 4 młodych osób, które debatowały, czy wejść czy nie wejść.  Troje po kolei podchodziło do tablicy z opisem zestawów i wracało do grupy bez decyzji.  Potem  jedna dziewczyna zaczęła uważnie studiować menu a la carte, wystawione na stojaku, przy którym akurat stałam, więc, chcąc jej pomóc w podjęciu decyzji, życzliwym głosem podpowiedziałam:  „Jedzenie jest tu bardzo dobre, te zestawy też.”  I w tym momencie zaskoczył mnie kompletny brak reakcji na moje odezwanie, tak, jakby go wcale nie było. Pomijając już jakąkolwiek odpowiedź, dziewczyna ani nie popatrzyła na mnie, choćby przelotnie, ani nie skinęła głową, ani się nie uśmiechnęła, w ogóle nie dała żadnego znaku zarejestrowania mojej wypowiedzi, mimo, że głos mam wybitnie słyszalny.  Głucha nie była i po polsku rozumiała, co wiem z wcześniejszej obserwacji tej grupki, więc skąd takie całkowite ignorowanie drugiego człowieka?  Na obszczymordę czy innego wyrzutka społeczeństwa raczej nie wyglądam, więc jeżeli to nie ja byłam powodem takiego zachowania, to co ono oznacza?

Okazuje się, że ignorować można równie skutecznie po nawiązaniu kontaktu.  Parę dni wcześniej stałam w kolejce w  delikatesach mięsnych, gdzie obsługiwały dwie ekspedientki.  Jedna akurat podawała coś klientce przy ladzie z wędlinami i serami, a druga obsługiwała kogoś przy mięsie, kiedy do sklepu weszła przyzwoicie ubrana pani w średnim wieku.  Zaczęła wypytywać pierwszą ekspedientkę o jakiś ser i kiedy tylko jej klientka odeszła od lady, pani poprosiła o ten ser, więc ekspedientka poinformowała ją o obowiązującej w sklepie jednej kolejce, w której już czekałam ja i inna klientka.  Pani popatrzyła w naszą stronę i stwierdziła, że nie wiedziała, ale skoro już tu stanęła, to tu zostanie i weźmie ten ser.  Kiedy grzecznie zwróciłam jej uwagę, że przecież my też czekamy i teraz jest moja kolej, to się z widoczną irytacją zgodziła, żebym została obsłużona, ale potem cały czas narzekała, że ona nie złośliwie, że co za ludzie, że jaka szkoda, itd, itp, wyraźnie dając do zrozumienia, że łaskę mi robi, bo to ona powinna była dostać pierwsza.  Ciekawe, na jakiej zasadzie powzięła takie przekonanie, może była bardzo religijna i kierowała się Ewangelią, w której stoi, że ostatni będą pierwszymi?

wtorek, 17 marca 2015

Służba zdrowia

Właśnie przeżywam moją pierwszą, od powrotu do Polski,  przygodę ze szpitalem – jest ciekawie i chwilami „straszno”, ale ogólnie idzie na dobre i podziwiam personel szpitalny za skuteczne działanie pomimo dotkliwego braku środków.

Od początku tygodnia mąż czuł się trochę zmęczony i słaby, ale jeszcze w środę, jak zwykle, poszliśmy w południe na ćwiczenia w basenie solankowym. W czwartek rano dostał wysokiej gorączki , 38,5 C, co jak na bardziej niż dojrzałą osobę jest bardzo wysoką temperaturą, oraz zrobił się czerwony na twarzy i na całym tułowiu i miał zajęte płuca jak przy ciężkiej grypie.  Zaczęłam podejrzewać reakcję alergiczną na Sulfasaliznę, którą niedawno zalecił mu reumatolog, w czym utwierdziło mnie dokładne przeczytanie załączonej ulotki.  Pognaliśmy więc do internisty w spółdzieni, bo w Polsce jest nam dostępna jedynie odpałtna pomoc medyczna, chyba, że w nagłych wypadkach, kiedy możemy uzyskać doraźną pomoc na pogotowiu na podstawie karty Unii Europejskiej. To był, oczywiście, też nagły przypadek, ale nie uśmiechała nam się wizyta na pogotowiu. Lekarz kazał odstawić podejrzany lek i brać wapno, co też uczyniliśmy.  Następnego dnia, w piątek,wydzielina w płucach się zwiększyła, gorączka dalej 38,5 a na dodatek po południu mężowi spuchła górna warga i zdrętwiało dziąsło.   Najpierw pomyślałam, że to od ekstrakcji złamanego zęba zrobionej tydzień wcześniej, ale w sobotę rano już cała twarz była spuchnięta, coraz gorzej oddychał i coraz mniej mi się to podobało.  Mąż, po kilku lekarskich wizytach w ciągu ostatniego tygodnia już o żadnym następnym lekarzu nawet nie chciał słyszeć, zresztą byliśmy już umówieni z lekarką domową na poniedziałek, ale zadzwoniłam do przyjaciela domu, bardzo wszechstronnie doświadczonego lekarza, który doradził niezwłoczną wizytę w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, czyli SOR-ze, więc  zaczęłam szukać takich przybytków w Internecie, bo, nie będąc tubylcem, nie miałam pojęcia o ich lokalizacji.  Trafiłam na listę, która ostatni raz aktualizowana była w 2006 roku, więc zaczęłam po kolei wydzwaniać  do tych szpitali, by się dowiedzieć, czy nadal funkcjonują.  Pierwszy nie odpowiadał, drugi też nie, ale trzeci się zgłosił, więc zapakowałam męża do taksówki i pojechaliśmy tam.

Myślałam, że już dalej pójdzie gładko, ale byłam w błędzie.  Pani Ratownik Medyczny w recepcji SOR-u ani nie myślała męża przyjąć, bo problem zaczął się w czwartek, a już była sobota, więc nagłości brakło.  Na szczęście udało mi się ją przekonać, że znaczne pogorszenie nastąpiło poprzedniego popołudnia, więc się zakwalifikował i dostał opaskę z nazwiskiem.  Pierwsza kolejka, dość krótka, była do „Segregacji pacjentów” (trochę to się niefortunnie kojarzy, kilka stosowniejszych określeń nasuwa się na myśl), gdzie, po dokładnym wywiadzie, obrączkowano nadgarstek  pacjenta kolorową opaską, która dyktowała kolejność przyjęcia u lekarza.  Mąż dostał żółtą, która oznaczała, że lekarz powinien go obejrzeć w ciągu 60 minut.  Mniej pilne były opaski zielone i niebieskie, a bardziej pomarańczowe i czerwone. Rzeczywiście, dostał się do lekarza w mniej więcej tym czasie.  Młoda i miła lekarka wypytała o wszystkie objawy oraz inne dolegliwości, potem zaraz dostał jakąś krótką kroplówkę, fachowo wykonany zastrzyk domięśniowy, jakiś lek do wypicia i założono mu wenflon, w który wstrzyknięto jakiś inny specyfik.  Przypuszczałam, że były to działania w kierunku zatrzymania reakcji alergicznej, i faktycznie, po kilku godzinach, opuchlizna twarzy ustąpiła.

Pobrano krew i mocz, zrobiono EKG, a następnie posłano go na rentgena płuc  i USG jamy brzusznej.  Rtg był szybko, ale na USG czekaliśmy bardzo długo i mąż przysypiał na ławce, bo miał wysoką gorączkę i był osłabiony, co nie było dziwne, skoro w chwili przyjęcia miał 39 C  gorączki.  Potem wróciliśmy do kolejki na SOR-ze na ostani etap tej procedury, czyli konsultację u lekarza.   Miałam nieśmiałą, i kompletnie nieuzasadnioną, nadzieję, że jeszcze godzinka lub dwie i pojedziemy do domu, ale kiedy w końcu o 19-tej  wezwali go ponownie do gabinetu (a byliśmy tam od 12-tej, czyli bite 7 godzin), czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka: mąż ma wieloogniskowe, prawostronne zapalenie płuc i stan jest zbyt poważny na leczenie w domu, więc musi zostać w szpitalu.

Kiedy otrząsnęliśmy się z wstępnego  szoku, wyszło na jaw, że łóżek na oddziałach brak, 11 osób na SOR-ze już na nie czeka, więc będzie musiał tam pozostać, aż się coś znajdzie.   Przywiozłam mu najpotrzebniejsze rzeczy i zostawiłam na pastwę SOR-u.  Po nocy spędzonej przy zapalonych światłach,  pośród hałasu maszyn medycznych, odoru niemytych stóp, bieganiny personelu i wycia, wrzasków lub tylko jęków innych pacjentów, mąż troszkę się podłamał, ale leki mu podawali, więc nie było źle. Następna noc, z niedzieli na poniedziałek, była jeszcze hałaśliwsza, więc prawie nie zmrużył oka.  Nie można było przewidzieć, jak długo będzie czekał na wolne łóżko na oddziale, bo oczywiście, i słusznie, cięższe przypadki dowiezione na SOR w czasie jego tam pobytu, miały pierwszeństwo.

W końcu w poniedziałek wieczorem osiągnął następny krok do raju: przeniesiono go na korytarz na właściwym oddziale, ale łóżko było na kńcu korytarza, osłonięte parawanem i miał nawet nawet szafkę, więc poczuł się dużo lepiej, chociażby z powodu ciszy i spokoju.  We wtorek rano wspiął się na absolutne wyżyny dostępnego komfortu: położono go na 3-osobowej sali, na sprawnym i wygodnym,  ale nieco zdezelowanym łóżku.  Natychmiast zajęli się nim lekarze, najpierw bardzo miła pani ordynator oddziału, a potem równie przyjemna lekarka , do której został przypisany, i, oprócz podawania wymaganych leków, natychmiast porobiono mu badania kontrolne.  I mąż i ja odnieśliśmy wrażenie, że opieka lekarska jest dobra i właściwa, pomimo kiepskiego stanu salowego sprzętu.

Muszę tu nadmienić, że jeżeli rzecz działaby się w Anglii, gdzie mieszkaliśmy przez 38 lat, to byłoby bardzo podobnie, to po prostu problem polegający na za dużym popycie na za małą podaż. Od naszych przyjaciół dowiadujemy się, że w Niemczech czy Austrii  taka historia nie mogłaby się przydarzyć, no ale tam musowo jest ”ordnung”.

Absolutnie nie winię za tę sytuację ratowników medycznych, pielęgniarek i lekarzy na SOR-ze, oni naprawdę robią co mogą, ale najzwyczajniej nie mają środków.  Wręcz przeciwnie, podziwiam ich i mam dla nich dużo szacunku.  Moim zdaniem, źle zachowują się pacjenci SOR-u, którzy robią awantury i domagają się swoich praw (rozumie się, że to  tylko ci najmniej chorzy, bo pacjenci w poważniejszym stanie nie daliby rady), pogłębiając w ten sposób  stres i tak już zestresowanego personelu oraz innych chorych.

wtorek, 3 marca 2015

Moja emigracja cz.3 – praca

Pierwszą pracą, którą podjęłam w Anglii była praca ekspedientki w pralni chemicznej.  Dokładnie nie pamiętam kiedy to było, ale przypuszczam, że nie po przeprowadzce z Polski do Anglii ale wcześniej,  w czasie mojej pierwszej tam wizyty w 1970 roku. Była marnie płatna (ale nie o to chodziło) i trwała zaledwie kilka tygodni (z wyboru) i pracowałam najpierw w jednej placówce, w zamożnej dzielnicy Londynu Swiss Cottage, a potem w innej, już  „gorszej” dzielnicy.  Z całej tej pracy pozostały mi w pamięci dwa zdarzenia.   W Swiss Cottage, gdzie jedynym moim zadaniem było przyjmowanie ubrań do czyszczenia i ich wydawanie,  pewnego dnia pojawił się wysoki, przystojny mężczyzna z ubrudzonymi trawą białymi ubraniami od krykieta, który był zaskoczony, że, przy wypisywaniu kwitu nie wiedziałam jak się pisze jego nazwisko i poprosiłam, żeby przeliterował.   Po powrocie do domu dowiedziałam się od narzeczonego, że to był sławny zawodnik krykieta, którego każdy szanujący się Anglik znał i kochał.  Drugie wspomnienie, już z tej gorszej dzielnicy, gdzie zarządzałam placówką i byłam odpowiedzialna za kasę i za zamykanie przybytku na noc, dotyczy właśnie tego zamykania.   Zamknęłam drzwi o przepisowej godzinie  i  liczyłam kasę, kiedy pod drzwiami stanęła kobieta i, widząc mnie wewnątrz, domagała się wpuszczenia.  Nie otworzyłam drzwi, ale ona tam stała aż wyszłam  i wtedy mnie kopnęła w nogę.  Nie wiadomo, czym by się to skończyło, ale na szczęście mój narzeczony przyszedł po mnie i ona wtedy uciekła.

Następna praca, już po przeprowadzce z Polski do Anglii w 1973 roku, była podniecająca.  Mieszkaliśmy wtedy u teściowej w eleganckiej dzielnicy Swiss Cottage i pewnego dnia znalazłam w gazecie ogłoszenie czarterowanego księgowego w tej właśnie dzielnicy, który poszukiwał pracowników.  W ogłoszeniu stało, że kandydaci na posadę powinni znać rachunkowość do poziomu Trial Balance (obroty i salda), więc, będąc przedsiębiorczą osobą, poszłam do księgarni  i zakupiłam książkę na temat.  Wydał mi się dziecinnie prosty, więc zgłosiłam swoją kandydaturę i powiedziałam jak jest:  wyższe wykształcenie owszem mam, ale w innym kierunku; kwalifikacji czy doświadczenia w księgowości  nie posiadam, ale jeżeli chodzi o to, co jest w tej książce, to potrafię to zrobić.  I na tej podstawie zostałam zatrudniona, za 1 funt na godzinę, co w owych czasach było OK.  Równocześnie ze mną została zatrudniona młodsza ode mnie dziewczyna, prosta Angielka po jakimś kursie księgowości, która mnie polubiła, mimo tego, że wydawałam się jej odrobinę dziwna.

W trakcie mojego zatrudnienia okazało się, że większość klientów mojego pracodawcy to artyści i zespoły muzyczne czyli ludzie niemający głowy do papierkowej roboty.  Przynosili kartony pełne paragonów i innych świstków, a naszym zadaniem było zrobienie z tego oficjalnych ksiąg rachunkowych. Uwielbiałam tę pracę, bo była jak zabawa w detektywa, swoje zadania spełniałam bez zarzutów, ale odznaczyłam się w niej głównie tym, że potrafiłam zjeść na lunch pół kilograma angielskiego „trifle” – mojego ulubionego deseru , który składał się z biszkoptowej podstawy polanej mocnym winem sherry , potem warstwy owoców w galaretce i następnie budyniu waniliowego, na koniec posypanego płatkami prażonych migdałów.  Pycha!

Moim zdaniem, sherry trifle jest jedną z najbardziej udanych potraw kuchni angielskiej.  Drugie miejsce w moim rankingu zajmuje cieniutko krojona pieczeń wołowa w towarzystwie Yorkshire Pudding (nadmuchane, pieczone ciasto w rodzaju sufletu), pieczonych ziemniaków i jarzyn, np. pysznego pasternaku, który wygląda jak korzeń pietruszki, ale smakuje jak pietruszko-marchewka, oraz niezastąpionego sosu „gravy”, który, po zagęszczeniu, powstaje z soków pieczeni.

To była dygresja o angielskiej kuchni, ale wróćmy do tematu.

Pracowałam tam chyba ze dwa lata, równocześnie uczestnicząc w lingwistycznym studium podypplomowym na uniwersycie Reading, gdzie miałam zdobyć doktorat, ale nic z tego nie wyszło, bo znienawidziłam mojego profesora, sławnego z opublikowania jakiejś książki o gramatyce.  Był nudny jak przysłowiowe flaki z olejem i nie znaleźliśmy wspólnego punktu widzenia, więc po roku zrezygnowłam z tej zabawy.  Zresztą doszłam do wniosku, że kariera akademicka jest nie dla mnie, bo jest za bardzo odsunięta od realiów życia.  Rok wcześniej dostałam miejsce doktoranta na uniwersytecie Cambridge na podstawie mojej pracy magisterskiej z Poznania, ale studiów nie podjęłam, bo był wymóg mieszkania w akademiku na miejscu, a nasze jedyne środki do życia dostarczała posada męża w Londynie.  Po latach uznaliśmy, że można to było jakoś przeskoczyć, ale wtedy byliśmy bardzo młodzi i odrobinkę zastraszeni aurą tego światowo sławnego uniwersytetu. Przez rezygnację z tych studiów straciłam klucz do wielu drzwi, ale niekoniecznie tych, które chciałam otworzyć.

Dalsze dzieje mojej kariery opiszę w następnych wpisach.

Krótka notka o pisarzach skandynawskich

Pod choinkę dostałam w prezencie od męża kupon książkowy empiku, więc czym prędzej tam pobiegłam i nabyłam worek książek. Ponieważ pisarze skandynawscy są mi właściwie nieznani (oprócz, oczywiście, Stiega Larssona!) , znalazły się między nimi dwie napisane przez  szwedzkich autorów.

Na pierwszej się trochę zawiodłam, bo pisarstwo nietęgie, a i tłumaczenie mnie drażniło. Była to powieść sensacyjna Roberta Kviby’ego pod tytułem “Skorumpowani”.  Zaczęłam ją czytać w samolocie do Londynu podczas mojej niedawnej tam wizyty i już na początku miałam pewne wątpliwości, ale pomyślałam, że po prostu muszę się dalej wczytać i będzie dobrze. Niestety, nie było.  Po pierwsze, gubiłam się często w odnośnikach do postaci:  w dialogach było łatwo, bo wiadomo, raz ten, raz tamten, ale w opisach rozmów i akcji kilka razy zupełnie nie mogłam dojść, który „on” co zrobił lub powiedział.  Czasem w rozszyfrowaniu tego pomagała płeć postaci, ale nawet na tym nie można było polegać, bo raz mężczyzna „odpowiedziała”.

Po drugie, co najgorsze, postaci wydały mi się takie jakieś dwuwymiarowe, w zasadzie tylko fasady, a nie ludzie, których mogłabym ujrzeć oczyma wyobraźni.  Możliwe, że właśnie dlatego postać męża bohaterki, Maxa Landera, była dla mnie  kompletnie nieprzekonywująca, chociaż podejrzewam, że to raczej jej koncepcja nie całkiem się kupy trzymała.

Szwedzkiego nie znam, ale (po trzecie) odniosłam wrażenie, że tłumaczenie nie było doskonałe.  W wielu momentach trafiałam na słowo, które mi zupełnie nie pasowało do kontekstu, a czasem również któreś zdanie wydało mi się  dziwnie skonstruowane.  Parę razy też miałam silne odczucie, że wyrażenie, które w języku szwedzkim jest prawdopodobnie idiomem zostało przetłumaczone dosłownie.

Ciekawi mnie, czy ktoś z Was czytał tę książkę i jaką o niej ma opinię, wiec proszę, napiszcie.

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...