Dzisiaj miało być na dwa zupełnie różnego kalibru tematy, ale nie będzie, ograniczę się do jednego, bo nie mam ochoty tym drugim ściągnąć na swoją niewinną głowę jadowitych wybuchów hejterów.
Poszliśmy wczoraj na obiad do często przez nas odwiedzanej restauracji, która, opócz doskonałych dań a la carte oferuje też bardzo przyzwoite zestawy obiadowe (zupa i drugie danie) za 16 do 18 zł, dobrze ugotowane, smacznie przyprawione i ładnie podane w wystarczająco sporych porcjach. Mąż zawsze zamawia zestaw, a ja, ponieważ nie potrzebuję dwóch dań, zazwyczaj wybieram jedno pyszne danie z karty, na które, niestety, muszę czekać skręcając się z głodu aż mąż skonsumuje zupę z zestawu. No, ale w końcu doczekałam się mojego wspaniałego pieczonego łososia z mozzarelą i delikatnie gotowanymi jarzynami i, najadłszy się do syta, wyszłam na zewenątrz, bo oczywiście palić w restauracji nie wolno. Tam zaobserwowałam grupkę 4 młodych osób, które debatowały, czy wejść czy nie wejść. Troje po kolei podchodziło do tablicy z opisem zestawów i wracało do grupy bez decyzji. Potem jedna dziewczyna zaczęła uważnie studiować menu a la carte, wystawione na stojaku, przy którym akurat stałam, więc, chcąc jej pomóc w podjęciu decyzji, życzliwym głosem podpowiedziałam: „Jedzenie jest tu bardzo dobre, te zestawy też.” I w tym momencie zaskoczył mnie kompletny brak reakcji na moje odezwanie, tak, jakby go wcale nie było. Pomijając już jakąkolwiek odpowiedź, dziewczyna ani nie popatrzyła na mnie, choćby przelotnie, ani nie skinęła głową, ani się nie uśmiechnęła, w ogóle nie dała żadnego znaku zarejestrowania mojej wypowiedzi, mimo, że głos mam wybitnie słyszalny. Głucha nie była i po polsku rozumiała, co wiem z wcześniejszej obserwacji tej grupki, więc skąd takie całkowite ignorowanie drugiego człowieka? Na obszczymordę czy innego wyrzutka społeczeństwa raczej nie wyglądam, więc jeżeli to nie ja byłam powodem takiego zachowania, to co ono oznacza?
Okazuje się, że ignorować można równie skutecznie po nawiązaniu kontaktu. Parę dni wcześniej stałam w kolejce w delikatesach mięsnych, gdzie obsługiwały dwie ekspedientki. Jedna akurat podawała coś klientce przy ladzie z wędlinami i serami, a druga obsługiwała kogoś przy mięsie, kiedy do sklepu weszła przyzwoicie ubrana pani w średnim wieku. Zaczęła wypytywać pierwszą ekspedientkę o jakiś ser i kiedy tylko jej klientka odeszła od lady, pani poprosiła o ten ser, więc ekspedientka poinformowała ją o obowiązującej w sklepie jednej kolejce, w której już czekałam ja i inna klientka. Pani popatrzyła w naszą stronę i stwierdziła, że nie wiedziała, ale skoro już tu stanęła, to tu zostanie i weźmie ten ser. Kiedy grzecznie zwróciłam jej uwagę, że przecież my też czekamy i teraz jest moja kolej, to się z widoczną irytacją zgodziła, żebym została obsłużona, ale potem cały czas narzekała, że ona nie złośliwie, że co za ludzie, że jaka szkoda, itd, itp, wyraźnie dając do zrozumienia, że łaskę mi robi, bo to ona powinna była dostać pierwsza. Ciekawe, na jakiej zasadzie powzięła takie przekonanie, może była bardzo religijna i kierowała się Ewangelią, w której stoi, że ostatni będą pierwszymi?
sobota, 11 kwietnia 2015
wtorek, 17 marca 2015
Służba zdrowia
Właśnie przeżywam moją pierwszą, od powrotu do Polski, przygodę ze szpitalem – jest ciekawie i chwilami „straszno”, ale ogólnie idzie na dobre i podziwiam personel szpitalny za skuteczne działanie pomimo dotkliwego braku środków.
Od początku tygodnia mąż czuł się trochę zmęczony i słaby, ale jeszcze w środę, jak zwykle, poszliśmy w południe na ćwiczenia w basenie solankowym. W czwartek rano dostał wysokiej gorączki , 38,5 C, co jak na bardziej niż dojrzałą osobę jest bardzo wysoką temperaturą, oraz zrobił się czerwony na twarzy i na całym tułowiu i miał zajęte płuca jak przy ciężkiej grypie. Zaczęłam podejrzewać reakcję alergiczną na Sulfasaliznę, którą niedawno zalecił mu reumatolog, w czym utwierdziło mnie dokładne przeczytanie załączonej ulotki. Pognaliśmy więc do internisty w spółdzieni, bo w Polsce jest nam dostępna jedynie odpałtna pomoc medyczna, chyba, że w nagłych wypadkach, kiedy możemy uzyskać doraźną pomoc na pogotowiu na podstawie karty Unii Europejskiej. To był, oczywiście, też nagły przypadek, ale nie uśmiechała nam się wizyta na pogotowiu. Lekarz kazał odstawić podejrzany lek i brać wapno, co też uczyniliśmy. Następnego dnia, w piątek,wydzielina w płucach się zwiększyła, gorączka dalej 38,5 a na dodatek po południu mężowi spuchła górna warga i zdrętwiało dziąsło. Najpierw pomyślałam, że to od ekstrakcji złamanego zęba zrobionej tydzień wcześniej, ale w sobotę rano już cała twarz była spuchnięta, coraz gorzej oddychał i coraz mniej mi się to podobało. Mąż, po kilku lekarskich wizytach w ciągu ostatniego tygodnia już o żadnym następnym lekarzu nawet nie chciał słyszeć, zresztą byliśmy już umówieni z lekarką domową na poniedziałek, ale zadzwoniłam do przyjaciela domu, bardzo wszechstronnie doświadczonego lekarza, który doradził niezwłoczną wizytę w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, czyli SOR-ze, więc zaczęłam szukać takich przybytków w Internecie, bo, nie będąc tubylcem, nie miałam pojęcia o ich lokalizacji. Trafiłam na listę, która ostatni raz aktualizowana była w 2006 roku, więc zaczęłam po kolei wydzwaniać do tych szpitali, by się dowiedzieć, czy nadal funkcjonują. Pierwszy nie odpowiadał, drugi też nie, ale trzeci się zgłosił, więc zapakowałam męża do taksówki i pojechaliśmy tam.
Myślałam, że już dalej pójdzie gładko, ale byłam w błędzie. Pani Ratownik Medyczny w recepcji SOR-u ani nie myślała męża przyjąć, bo problem zaczął się w czwartek, a już była sobota, więc nagłości brakło. Na szczęście udało mi się ją przekonać, że znaczne pogorszenie nastąpiło poprzedniego popołudnia, więc się zakwalifikował i dostał opaskę z nazwiskiem. Pierwsza kolejka, dość krótka, była do „Segregacji pacjentów” (trochę to się niefortunnie kojarzy, kilka stosowniejszych określeń nasuwa się na myśl), gdzie, po dokładnym wywiadzie, obrączkowano nadgarstek pacjenta kolorową opaską, która dyktowała kolejność przyjęcia u lekarza. Mąż dostał żółtą, która oznaczała, że lekarz powinien go obejrzeć w ciągu 60 minut. Mniej pilne były opaski zielone i niebieskie, a bardziej pomarańczowe i czerwone. Rzeczywiście, dostał się do lekarza w mniej więcej tym czasie. Młoda i miła lekarka wypytała o wszystkie objawy oraz inne dolegliwości, potem zaraz dostał jakąś krótką kroplówkę, fachowo wykonany zastrzyk domięśniowy, jakiś lek do wypicia i założono mu wenflon, w który wstrzyknięto jakiś inny specyfik. Przypuszczałam, że były to działania w kierunku zatrzymania reakcji alergicznej, i faktycznie, po kilku godzinach, opuchlizna twarzy ustąpiła.
Pobrano krew i mocz, zrobiono EKG, a następnie posłano go na rentgena płuc i USG jamy brzusznej. Rtg był szybko, ale na USG czekaliśmy bardzo długo i mąż przysypiał na ławce, bo miał wysoką gorączkę i był osłabiony, co nie było dziwne, skoro w chwili przyjęcia miał 39 C gorączki. Potem wróciliśmy do kolejki na SOR-ze na ostani etap tej procedury, czyli konsultację u lekarza. Miałam nieśmiałą, i kompletnie nieuzasadnioną, nadzieję, że jeszcze godzinka lub dwie i pojedziemy do domu, ale kiedy w końcu o 19-tej wezwali go ponownie do gabinetu (a byliśmy tam od 12-tej, czyli bite 7 godzin), czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka: mąż ma wieloogniskowe, prawostronne zapalenie płuc i stan jest zbyt poważny na leczenie w domu, więc musi zostać w szpitalu.
Kiedy otrząsnęliśmy się z wstępnego szoku, wyszło na jaw, że łóżek na oddziałach brak, 11 osób na SOR-ze już na nie czeka, więc będzie musiał tam pozostać, aż się coś znajdzie. Przywiozłam mu najpotrzebniejsze rzeczy i zostawiłam na pastwę SOR-u. Po nocy spędzonej przy zapalonych światłach, pośród hałasu maszyn medycznych, odoru niemytych stóp, bieganiny personelu i wycia, wrzasków lub tylko jęków innych pacjentów, mąż troszkę się podłamał, ale leki mu podawali, więc nie było źle. Następna noc, z niedzieli na poniedziałek, była jeszcze hałaśliwsza, więc prawie nie zmrużył oka. Nie można było przewidzieć, jak długo będzie czekał na wolne łóżko na oddziale, bo oczywiście, i słusznie, cięższe przypadki dowiezione na SOR w czasie jego tam pobytu, miały pierwszeństwo.
W końcu w poniedziałek wieczorem osiągnął następny krok do raju: przeniesiono go na korytarz na właściwym oddziale, ale łóżko było na kńcu korytarza, osłonięte parawanem i miał nawet nawet szafkę, więc poczuł się dużo lepiej, chociażby z powodu ciszy i spokoju. We wtorek rano wspiął się na absolutne wyżyny dostępnego komfortu: położono go na 3-osobowej sali, na sprawnym i wygodnym, ale nieco zdezelowanym łóżku. Natychmiast zajęli się nim lekarze, najpierw bardzo miła pani ordynator oddziału, a potem równie przyjemna lekarka , do której został przypisany, i, oprócz podawania wymaganych leków, natychmiast porobiono mu badania kontrolne. I mąż i ja odnieśliśmy wrażenie, że opieka lekarska jest dobra i właściwa, pomimo kiepskiego stanu salowego sprzętu.
Muszę tu nadmienić, że jeżeli rzecz działaby się w Anglii, gdzie mieszkaliśmy przez 38 lat, to byłoby bardzo podobnie, to po prostu problem polegający na za dużym popycie na za małą podaż. Od naszych przyjaciół dowiadujemy się, że w Niemczech czy Austrii taka historia nie mogłaby się przydarzyć, no ale tam musowo jest ”ordnung”.
Absolutnie nie winię za tę sytuację ratowników medycznych, pielęgniarek i lekarzy na SOR-ze, oni naprawdę robią co mogą, ale najzwyczajniej nie mają środków. Wręcz przeciwnie, podziwiam ich i mam dla nich dużo szacunku. Moim zdaniem, źle zachowują się pacjenci SOR-u, którzy robią awantury i domagają się swoich praw (rozumie się, że to tylko ci najmniej chorzy, bo pacjenci w poważniejszym stanie nie daliby rady), pogłębiając w ten sposób stres i tak już zestresowanego personelu oraz innych chorych.
Od początku tygodnia mąż czuł się trochę zmęczony i słaby, ale jeszcze w środę, jak zwykle, poszliśmy w południe na ćwiczenia w basenie solankowym. W czwartek rano dostał wysokiej gorączki , 38,5 C, co jak na bardziej niż dojrzałą osobę jest bardzo wysoką temperaturą, oraz zrobił się czerwony na twarzy i na całym tułowiu i miał zajęte płuca jak przy ciężkiej grypie. Zaczęłam podejrzewać reakcję alergiczną na Sulfasaliznę, którą niedawno zalecił mu reumatolog, w czym utwierdziło mnie dokładne przeczytanie załączonej ulotki. Pognaliśmy więc do internisty w spółdzieni, bo w Polsce jest nam dostępna jedynie odpałtna pomoc medyczna, chyba, że w nagłych wypadkach, kiedy możemy uzyskać doraźną pomoc na pogotowiu na podstawie karty Unii Europejskiej. To był, oczywiście, też nagły przypadek, ale nie uśmiechała nam się wizyta na pogotowiu. Lekarz kazał odstawić podejrzany lek i brać wapno, co też uczyniliśmy. Następnego dnia, w piątek,wydzielina w płucach się zwiększyła, gorączka dalej 38,5 a na dodatek po południu mężowi spuchła górna warga i zdrętwiało dziąsło. Najpierw pomyślałam, że to od ekstrakcji złamanego zęba zrobionej tydzień wcześniej, ale w sobotę rano już cała twarz była spuchnięta, coraz gorzej oddychał i coraz mniej mi się to podobało. Mąż, po kilku lekarskich wizytach w ciągu ostatniego tygodnia już o żadnym następnym lekarzu nawet nie chciał słyszeć, zresztą byliśmy już umówieni z lekarką domową na poniedziałek, ale zadzwoniłam do przyjaciela domu, bardzo wszechstronnie doświadczonego lekarza, który doradził niezwłoczną wizytę w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, czyli SOR-ze, więc zaczęłam szukać takich przybytków w Internecie, bo, nie będąc tubylcem, nie miałam pojęcia o ich lokalizacji. Trafiłam na listę, która ostatni raz aktualizowana była w 2006 roku, więc zaczęłam po kolei wydzwaniać do tych szpitali, by się dowiedzieć, czy nadal funkcjonują. Pierwszy nie odpowiadał, drugi też nie, ale trzeci się zgłosił, więc zapakowałam męża do taksówki i pojechaliśmy tam.
Myślałam, że już dalej pójdzie gładko, ale byłam w błędzie. Pani Ratownik Medyczny w recepcji SOR-u ani nie myślała męża przyjąć, bo problem zaczął się w czwartek, a już była sobota, więc nagłości brakło. Na szczęście udało mi się ją przekonać, że znaczne pogorszenie nastąpiło poprzedniego popołudnia, więc się zakwalifikował i dostał opaskę z nazwiskiem. Pierwsza kolejka, dość krótka, była do „Segregacji pacjentów” (trochę to się niefortunnie kojarzy, kilka stosowniejszych określeń nasuwa się na myśl), gdzie, po dokładnym wywiadzie, obrączkowano nadgarstek pacjenta kolorową opaską, która dyktowała kolejność przyjęcia u lekarza. Mąż dostał żółtą, która oznaczała, że lekarz powinien go obejrzeć w ciągu 60 minut. Mniej pilne były opaski zielone i niebieskie, a bardziej pomarańczowe i czerwone. Rzeczywiście, dostał się do lekarza w mniej więcej tym czasie. Młoda i miła lekarka wypytała o wszystkie objawy oraz inne dolegliwości, potem zaraz dostał jakąś krótką kroplówkę, fachowo wykonany zastrzyk domięśniowy, jakiś lek do wypicia i założono mu wenflon, w który wstrzyknięto jakiś inny specyfik. Przypuszczałam, że były to działania w kierunku zatrzymania reakcji alergicznej, i faktycznie, po kilku godzinach, opuchlizna twarzy ustąpiła.
Pobrano krew i mocz, zrobiono EKG, a następnie posłano go na rentgena płuc i USG jamy brzusznej. Rtg był szybko, ale na USG czekaliśmy bardzo długo i mąż przysypiał na ławce, bo miał wysoką gorączkę i był osłabiony, co nie było dziwne, skoro w chwili przyjęcia miał 39 C gorączki. Potem wróciliśmy do kolejki na SOR-ze na ostani etap tej procedury, czyli konsultację u lekarza. Miałam nieśmiałą, i kompletnie nieuzasadnioną, nadzieję, że jeszcze godzinka lub dwie i pojedziemy do domu, ale kiedy w końcu o 19-tej wezwali go ponownie do gabinetu (a byliśmy tam od 12-tej, czyli bite 7 godzin), czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka: mąż ma wieloogniskowe, prawostronne zapalenie płuc i stan jest zbyt poważny na leczenie w domu, więc musi zostać w szpitalu.
Kiedy otrząsnęliśmy się z wstępnego szoku, wyszło na jaw, że łóżek na oddziałach brak, 11 osób na SOR-ze już na nie czeka, więc będzie musiał tam pozostać, aż się coś znajdzie. Przywiozłam mu najpotrzebniejsze rzeczy i zostawiłam na pastwę SOR-u. Po nocy spędzonej przy zapalonych światłach, pośród hałasu maszyn medycznych, odoru niemytych stóp, bieganiny personelu i wycia, wrzasków lub tylko jęków innych pacjentów, mąż troszkę się podłamał, ale leki mu podawali, więc nie było źle. Następna noc, z niedzieli na poniedziałek, była jeszcze hałaśliwsza, więc prawie nie zmrużył oka. Nie można było przewidzieć, jak długo będzie czekał na wolne łóżko na oddziale, bo oczywiście, i słusznie, cięższe przypadki dowiezione na SOR w czasie jego tam pobytu, miały pierwszeństwo.
W końcu w poniedziałek wieczorem osiągnął następny krok do raju: przeniesiono go na korytarz na właściwym oddziale, ale łóżko było na kńcu korytarza, osłonięte parawanem i miał nawet nawet szafkę, więc poczuł się dużo lepiej, chociażby z powodu ciszy i spokoju. We wtorek rano wspiął się na absolutne wyżyny dostępnego komfortu: położono go na 3-osobowej sali, na sprawnym i wygodnym, ale nieco zdezelowanym łóżku. Natychmiast zajęli się nim lekarze, najpierw bardzo miła pani ordynator oddziału, a potem równie przyjemna lekarka , do której został przypisany, i, oprócz podawania wymaganych leków, natychmiast porobiono mu badania kontrolne. I mąż i ja odnieśliśmy wrażenie, że opieka lekarska jest dobra i właściwa, pomimo kiepskiego stanu salowego sprzętu.
Muszę tu nadmienić, że jeżeli rzecz działaby się w Anglii, gdzie mieszkaliśmy przez 38 lat, to byłoby bardzo podobnie, to po prostu problem polegający na za dużym popycie na za małą podaż. Od naszych przyjaciół dowiadujemy się, że w Niemczech czy Austrii taka historia nie mogłaby się przydarzyć, no ale tam musowo jest ”ordnung”.
Absolutnie nie winię za tę sytuację ratowników medycznych, pielęgniarek i lekarzy na SOR-ze, oni naprawdę robią co mogą, ale najzwyczajniej nie mają środków. Wręcz przeciwnie, podziwiam ich i mam dla nich dużo szacunku. Moim zdaniem, źle zachowują się pacjenci SOR-u, którzy robią awantury i domagają się swoich praw (rozumie się, że to tylko ci najmniej chorzy, bo pacjenci w poważniejszym stanie nie daliby rady), pogłębiając w ten sposób stres i tak już zestresowanego personelu oraz innych chorych.
wtorek, 3 marca 2015
Moja emigracja cz.3 – praca
Pierwszą pracą, którą podjęłam w Anglii była praca ekspedientki w pralni chemicznej. Dokładnie nie pamiętam kiedy to było, ale przypuszczam, że nie po przeprowadzce z Polski do Anglii ale wcześniej, w czasie mojej pierwszej tam wizyty w 1970 roku. Była marnie płatna (ale nie o to chodziło) i trwała zaledwie kilka tygodni (z wyboru) i pracowałam najpierw w jednej placówce, w zamożnej dzielnicy Londynu Swiss Cottage, a potem w innej, już „gorszej” dzielnicy. Z całej tej pracy pozostały mi w pamięci dwa zdarzenia. W Swiss Cottage, gdzie jedynym moim zadaniem było przyjmowanie ubrań do czyszczenia i ich wydawanie, pewnego dnia pojawił się wysoki, przystojny mężczyzna z ubrudzonymi trawą białymi ubraniami od krykieta, który był zaskoczony, że, przy wypisywaniu kwitu nie wiedziałam jak się pisze jego nazwisko i poprosiłam, żeby przeliterował. Po powrocie do domu dowiedziałam się od narzeczonego, że to był sławny zawodnik krykieta, którego każdy szanujący się Anglik znał i kochał. Drugie wspomnienie, już z tej gorszej dzielnicy, gdzie zarządzałam placówką i byłam odpowiedzialna za kasę i za zamykanie przybytku na noc, dotyczy właśnie tego zamykania. Zamknęłam drzwi o przepisowej godzinie i liczyłam kasę, kiedy pod drzwiami stanęła kobieta i, widząc mnie wewnątrz, domagała się wpuszczenia. Nie otworzyłam drzwi, ale ona tam stała aż wyszłam i wtedy mnie kopnęła w nogę. Nie wiadomo, czym by się to skończyło, ale na szczęście mój narzeczony przyszedł po mnie i ona wtedy uciekła.
Następna praca, już po przeprowadzce z Polski do Anglii w 1973 roku, była podniecająca. Mieszkaliśmy wtedy u teściowej w eleganckiej dzielnicy Swiss Cottage i pewnego dnia znalazłam w gazecie ogłoszenie czarterowanego księgowego w tej właśnie dzielnicy, który poszukiwał pracowników. W ogłoszeniu stało, że kandydaci na posadę powinni znać rachunkowość do poziomu Trial Balance (obroty i salda), więc, będąc przedsiębiorczą osobą, poszłam do księgarni i zakupiłam książkę na temat. Wydał mi się dziecinnie prosty, więc zgłosiłam swoją kandydaturę i powiedziałam jak jest: wyższe wykształcenie owszem mam, ale w innym kierunku; kwalifikacji czy doświadczenia w księgowości nie posiadam, ale jeżeli chodzi o to, co jest w tej książce, to potrafię to zrobić. I na tej podstawie zostałam zatrudniona, za 1 funt na godzinę, co w owych czasach było OK. Równocześnie ze mną została zatrudniona młodsza ode mnie dziewczyna, prosta Angielka po jakimś kursie księgowości, która mnie polubiła, mimo tego, że wydawałam się jej odrobinę dziwna.
W trakcie mojego zatrudnienia okazało się, że większość klientów mojego pracodawcy to artyści i zespoły muzyczne czyli ludzie niemający głowy do papierkowej roboty. Przynosili kartony pełne paragonów i innych świstków, a naszym zadaniem było zrobienie z tego oficjalnych ksiąg rachunkowych. Uwielbiałam tę pracę, bo była jak zabawa w detektywa, swoje zadania spełniałam bez zarzutów, ale odznaczyłam się w niej głównie tym, że potrafiłam zjeść na lunch pół kilograma angielskiego „trifle” – mojego ulubionego deseru , który składał się z biszkoptowej podstawy polanej mocnym winem sherry , potem warstwy owoców w galaretce i następnie budyniu waniliowego, na koniec posypanego płatkami prażonych migdałów. Pycha!
Moim zdaniem, sherry trifle jest jedną z najbardziej udanych potraw kuchni angielskiej. Drugie miejsce w moim rankingu zajmuje cieniutko krojona pieczeń wołowa w towarzystwie Yorkshire Pudding (nadmuchane, pieczone ciasto w rodzaju sufletu), pieczonych ziemniaków i jarzyn, np. pysznego pasternaku, który wygląda jak korzeń pietruszki, ale smakuje jak pietruszko-marchewka, oraz niezastąpionego sosu „gravy”, który, po zagęszczeniu, powstaje z soków pieczeni.
To była dygresja o angielskiej kuchni, ale wróćmy do tematu.
Pracowałam tam chyba ze dwa lata, równocześnie uczestnicząc w lingwistycznym studium podypplomowym na uniwersycie Reading, gdzie miałam zdobyć doktorat, ale nic z tego nie wyszło, bo znienawidziłam mojego profesora, sławnego z opublikowania jakiejś książki o gramatyce. Był nudny jak przysłowiowe flaki z olejem i nie znaleźliśmy wspólnego punktu widzenia, więc po roku zrezygnowłam z tej zabawy. Zresztą doszłam do wniosku, że kariera akademicka jest nie dla mnie, bo jest za bardzo odsunięta od realiów życia. Rok wcześniej dostałam miejsce doktoranta na uniwersytecie Cambridge na podstawie mojej pracy magisterskiej z Poznania, ale studiów nie podjęłam, bo był wymóg mieszkania w akademiku na miejscu, a nasze jedyne środki do życia dostarczała posada męża w Londynie. Po latach uznaliśmy, że można to było jakoś przeskoczyć, ale wtedy byliśmy bardzo młodzi i odrobinkę zastraszeni aurą tego światowo sławnego uniwersytetu. Przez rezygnację z tych studiów straciłam klucz do wielu drzwi, ale niekoniecznie tych, które chciałam otworzyć.
Dalsze dzieje mojej kariery opiszę w następnych wpisach.
Następna praca, już po przeprowadzce z Polski do Anglii w 1973 roku, była podniecająca. Mieszkaliśmy wtedy u teściowej w eleganckiej dzielnicy Swiss Cottage i pewnego dnia znalazłam w gazecie ogłoszenie czarterowanego księgowego w tej właśnie dzielnicy, który poszukiwał pracowników. W ogłoszeniu stało, że kandydaci na posadę powinni znać rachunkowość do poziomu Trial Balance (obroty i salda), więc, będąc przedsiębiorczą osobą, poszłam do księgarni i zakupiłam książkę na temat. Wydał mi się dziecinnie prosty, więc zgłosiłam swoją kandydaturę i powiedziałam jak jest: wyższe wykształcenie owszem mam, ale w innym kierunku; kwalifikacji czy doświadczenia w księgowości nie posiadam, ale jeżeli chodzi o to, co jest w tej książce, to potrafię to zrobić. I na tej podstawie zostałam zatrudniona, za 1 funt na godzinę, co w owych czasach było OK. Równocześnie ze mną została zatrudniona młodsza ode mnie dziewczyna, prosta Angielka po jakimś kursie księgowości, która mnie polubiła, mimo tego, że wydawałam się jej odrobinę dziwna.
W trakcie mojego zatrudnienia okazało się, że większość klientów mojego pracodawcy to artyści i zespoły muzyczne czyli ludzie niemający głowy do papierkowej roboty. Przynosili kartony pełne paragonów i innych świstków, a naszym zadaniem było zrobienie z tego oficjalnych ksiąg rachunkowych. Uwielbiałam tę pracę, bo była jak zabawa w detektywa, swoje zadania spełniałam bez zarzutów, ale odznaczyłam się w niej głównie tym, że potrafiłam zjeść na lunch pół kilograma angielskiego „trifle” – mojego ulubionego deseru , który składał się z biszkoptowej podstawy polanej mocnym winem sherry , potem warstwy owoców w galaretce i następnie budyniu waniliowego, na koniec posypanego płatkami prażonych migdałów. Pycha!
Moim zdaniem, sherry trifle jest jedną z najbardziej udanych potraw kuchni angielskiej. Drugie miejsce w moim rankingu zajmuje cieniutko krojona pieczeń wołowa w towarzystwie Yorkshire Pudding (nadmuchane, pieczone ciasto w rodzaju sufletu), pieczonych ziemniaków i jarzyn, np. pysznego pasternaku, który wygląda jak korzeń pietruszki, ale smakuje jak pietruszko-marchewka, oraz niezastąpionego sosu „gravy”, który, po zagęszczeniu, powstaje z soków pieczeni.
To była dygresja o angielskiej kuchni, ale wróćmy do tematu.
Pracowałam tam chyba ze dwa lata, równocześnie uczestnicząc w lingwistycznym studium podypplomowym na uniwersycie Reading, gdzie miałam zdobyć doktorat, ale nic z tego nie wyszło, bo znienawidziłam mojego profesora, sławnego z opublikowania jakiejś książki o gramatyce. Był nudny jak przysłowiowe flaki z olejem i nie znaleźliśmy wspólnego punktu widzenia, więc po roku zrezygnowłam z tej zabawy. Zresztą doszłam do wniosku, że kariera akademicka jest nie dla mnie, bo jest za bardzo odsunięta od realiów życia. Rok wcześniej dostałam miejsce doktoranta na uniwersytecie Cambridge na podstawie mojej pracy magisterskiej z Poznania, ale studiów nie podjęłam, bo był wymóg mieszkania w akademiku na miejscu, a nasze jedyne środki do życia dostarczała posada męża w Londynie. Po latach uznaliśmy, że można to było jakoś przeskoczyć, ale wtedy byliśmy bardzo młodzi i odrobinkę zastraszeni aurą tego światowo sławnego uniwersytetu. Przez rezygnację z tych studiów straciłam klucz do wielu drzwi, ale niekoniecznie tych, które chciałam otworzyć.
Dalsze dzieje mojej kariery opiszę w następnych wpisach.
Krótka notka o pisarzach skandynawskich
Pod choinkę dostałam w prezencie od męża kupon książkowy empiku, więc czym prędzej tam pobiegłam i nabyłam worek książek. Ponieważ pisarze skandynawscy są mi właściwie nieznani (oprócz, oczywiście, Stiega Larssona!) , znalazły się między nimi dwie napisane przez szwedzkich autorów.
Na pierwszej się trochę zawiodłam, bo pisarstwo nietęgie, a i tłumaczenie mnie drażniło. Była to powieść sensacyjna Roberta Kviby’ego pod tytułem “Skorumpowani”. Zaczęłam ją czytać w samolocie do Londynu podczas mojej niedawnej tam wizyty i już na początku miałam pewne wątpliwości, ale pomyślałam, że po prostu muszę się dalej wczytać i będzie dobrze. Niestety, nie było. Po pierwsze, gubiłam się często w odnośnikach do postaci: w dialogach było łatwo, bo wiadomo, raz ten, raz tamten, ale w opisach rozmów i akcji kilka razy zupełnie nie mogłam dojść, który „on” co zrobił lub powiedział. Czasem w rozszyfrowaniu tego pomagała płeć postaci, ale nawet na tym nie można było polegać, bo raz mężczyzna „odpowiedziała”.
Po drugie, co najgorsze, postaci wydały mi się takie jakieś dwuwymiarowe, w zasadzie tylko fasady, a nie ludzie, których mogłabym ujrzeć oczyma wyobraźni. Możliwe, że właśnie dlatego postać męża bohaterki, Maxa Landera, była dla mnie kompletnie nieprzekonywująca, chociaż podejrzewam, że to raczej jej koncepcja nie całkiem się kupy trzymała.
Szwedzkiego nie znam, ale (po trzecie) odniosłam wrażenie, że tłumaczenie nie było doskonałe. W wielu momentach trafiałam na słowo, które mi zupełnie nie pasowało do kontekstu, a czasem również któreś zdanie wydało mi się dziwnie skonstruowane. Parę razy też miałam silne odczucie, że wyrażenie, które w języku szwedzkim jest prawdopodobnie idiomem zostało przetłumaczone dosłownie.
Ciekawi mnie, czy ktoś z Was czytał tę książkę i jaką o niej ma opinię, wiec proszę, napiszcie.
Na pierwszej się trochę zawiodłam, bo pisarstwo nietęgie, a i tłumaczenie mnie drażniło. Była to powieść sensacyjna Roberta Kviby’ego pod tytułem “Skorumpowani”. Zaczęłam ją czytać w samolocie do Londynu podczas mojej niedawnej tam wizyty i już na początku miałam pewne wątpliwości, ale pomyślałam, że po prostu muszę się dalej wczytać i będzie dobrze. Niestety, nie było. Po pierwsze, gubiłam się często w odnośnikach do postaci: w dialogach było łatwo, bo wiadomo, raz ten, raz tamten, ale w opisach rozmów i akcji kilka razy zupełnie nie mogłam dojść, który „on” co zrobił lub powiedział. Czasem w rozszyfrowaniu tego pomagała płeć postaci, ale nawet na tym nie można było polegać, bo raz mężczyzna „odpowiedziała”.
Po drugie, co najgorsze, postaci wydały mi się takie jakieś dwuwymiarowe, w zasadzie tylko fasady, a nie ludzie, których mogłabym ujrzeć oczyma wyobraźni. Możliwe, że właśnie dlatego postać męża bohaterki, Maxa Landera, była dla mnie kompletnie nieprzekonywująca, chociaż podejrzewam, że to raczej jej koncepcja nie całkiem się kupy trzymała.
Szwedzkiego nie znam, ale (po trzecie) odniosłam wrażenie, że tłumaczenie nie było doskonałe. W wielu momentach trafiałam na słowo, które mi zupełnie nie pasowało do kontekstu, a czasem również któreś zdanie wydało mi się dziwnie skonstruowane. Parę razy też miałam silne odczucie, że wyrażenie, które w języku szwedzkim jest prawdopodobnie idiomem zostało przetłumaczone dosłownie.
Ciekawi mnie, czy ktoś z Was czytał tę książkę i jaką o niej ma opinię, wiec proszę, napiszcie.
wtorek, 10 lutego 2015
Bielizna bez szwów - dress code
Jeżeli istnieje polski odpowiednik angielskiego „dress code”, to mam nadzieję, że ktoś mnie uświadomi, bo na takowy się nie natknęłam. Chodzi mi o tę część umowy o pracę (lub też użyty w niej odnośnik do innego dokumentu), która określa jak pracownik powinien ubierać się do pracy. Przeczytałam ostatnio gdzieś w Internecie wiadomość, że prezenterom pewnej polskiej stacji TV wpisano do obowiązującego ich dress code’u zalecenie, by nosili na wizji bieliznę bez szwów, żeby nie było jej widać pod obcisłymi ubraniami, bo nieestetyczny wygląd odciąga uwagę widza od treści przekazu. Pod artykułem były niepochlebne komentarze kilku osób, z których jedna podawała jako kontr-argument przykłady bardzo popularnych programów prowadzonych przez osoby otyłe, tym samym zresztą w podtekście definiując wygląd takich osób jako nieestetyczny, możliwe, że nieświadomie.
Może nie jest to kwestia wielkiej wagi, ale akurat mam na ten temat swoje zdanie, więc piszę. Nie mam wątpliwości co do tego, że wygląd prezentera czy prezenterki jest w stanie skutecznie odwrócić uwagę oglądających od tego, co mówi. Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, prognozę pogody prezentowaną przez elegancką panią w zgrabnej sukience bez rękawów, z której pod pachą zwisa harmonizująca kolorem, ale zupełnie w tej sytuacji niestosowna, tasiemka do wieszania na wieszaku. Albo np. wiadomości czytane przez mądrze wyglądającego i na dodatek przystojnego prezentera, którego designerowski krawat przesunął się na bok, ujawniając w ten sposób brak któregoś guzika w koszuli. I co, nie zauważylibyście tego na ekranie prawie całkowicie zajętym przez wizerunek prezentera? Przykułoby to Wasz wzrok i uwagę, a jeżeli jakiś inny widz w tym momencie dzieliłby z Wami kanapę, to czy nie zakrzyknęlibyście „Popatrz, on nie ma guzika na brzuchu!”? Następnie zapewne rozkwitłaby rozmowa na ten temat, a słowa prezentera leciałyby sobie w tzw. niebieske zaświaty.
Powyższe szczególnie odnosi się do TV, polityków, nauczycieli, wykładowców, szkoleniowców oraz innych osób , które ich zawód stawia przed oczyma publiki, ale wszystkie dbające o swój publiczny wizerunek firmy muszą mieć dress code. Tu nie chodzi o to, żeby pracownicy, którzy mają styczność z klientami firmy, byli jak modele na wybiegu, ale o to, żeby ich wygląd spełniał oczekiwania klientów. Np. w biurze klient spodziewa się ujrzeć rzeczowych urzędników, a nie roznegliżowane plażowiczki, w warsztacie naprawczym mechaników w roboczych drelichach a nie w garniturach, a w gabinecie zabiegowym medyków w fartuchach a nie dresach.
Dlatego uważam, że dress code jest ważny, a jeżeli komuś nie odpowiada, to przecież przymusu nie ma, można po prostu nie podpisać umowy o pracę.
Może nie jest to kwestia wielkiej wagi, ale akurat mam na ten temat swoje zdanie, więc piszę. Nie mam wątpliwości co do tego, że wygląd prezentera czy prezenterki jest w stanie skutecznie odwrócić uwagę oglądających od tego, co mówi. Wyobraźcie sobie, drodzy czytelnicy, prognozę pogody prezentowaną przez elegancką panią w zgrabnej sukience bez rękawów, z której pod pachą zwisa harmonizująca kolorem, ale zupełnie w tej sytuacji niestosowna, tasiemka do wieszania na wieszaku. Albo np. wiadomości czytane przez mądrze wyglądającego i na dodatek przystojnego prezentera, którego designerowski krawat przesunął się na bok, ujawniając w ten sposób brak któregoś guzika w koszuli. I co, nie zauważylibyście tego na ekranie prawie całkowicie zajętym przez wizerunek prezentera? Przykułoby to Wasz wzrok i uwagę, a jeżeli jakiś inny widz w tym momencie dzieliłby z Wami kanapę, to czy nie zakrzyknęlibyście „Popatrz, on nie ma guzika na brzuchu!”? Następnie zapewne rozkwitłaby rozmowa na ten temat, a słowa prezentera leciałyby sobie w tzw. niebieske zaświaty.
Powyższe szczególnie odnosi się do TV, polityków, nauczycieli, wykładowców, szkoleniowców oraz innych osób , które ich zawód stawia przed oczyma publiki, ale wszystkie dbające o swój publiczny wizerunek firmy muszą mieć dress code. Tu nie chodzi o to, żeby pracownicy, którzy mają styczność z klientami firmy, byli jak modele na wybiegu, ale o to, żeby ich wygląd spełniał oczekiwania klientów. Np. w biurze klient spodziewa się ujrzeć rzeczowych urzędników, a nie roznegliżowane plażowiczki, w warsztacie naprawczym mechaników w roboczych drelichach a nie w garniturach, a w gabinecie zabiegowym medyków w fartuchach a nie dresach.
Dlatego uważam, że dress code jest ważny, a jeżeli komuś nie odpowiada, to przecież przymusu nie ma, można po prostu nie podpisać umowy o pracę.
środa, 4 lutego 2015
Moja emigracja czyli właściwie skrócona historia 60% mego życia – cz.2.
Wyjechałam w roku 1973. Nigdy nie miałam zamiaru emigrować ani nawet odwiedzać obce kraje. W tamtych czasach podróżowanie po świecie nie było dla Polaków łatwe: można było, po pewnych staraniach, pojechać na urlop do „przyjaciół”, ale to mnie nie interesowało. Na Zachód trzeba było mieć osobiste zaproszenie od osoby z poza „żelaznej kurtyny”, która podejmowła się zapewnić wikt i opierunek na czas pobytu i wtedy, jeżeli się miało szczęście i ogromną cierpliwość, można było uzyskać paszport, wizę oraz możliwość zdobycia 10 dolarów na wyjazd. Przypuszczam, że niewiele już osób te warunki pamięta, ale te 10 dolarów starczało zaledwie na jeden sok pomarańczowy na lotnisku w Kopenhadze.
Nie miałam żadnych koneksji - ani przyjaciół na” zgniłym zachodzie”, ani krewnych w Komendzie Milicji Obywatelskiej czy w lokalnej komórce partyjnej (nikt z nas nie był partyjny), ani dobrych znajomych w jakimś konsultacie, ale nie martwiło mnie to, ponieważ żadnego wyjazdu nie planowałam i byłam całkiem pogodzona z możliwością, że nigdy żadnego obcego kraju nie odwiedzę.
W Polsce było mi dobrze, żyłam w kochającej rodzinie, może raczej nie bardzo zamożnej, bo kiedy inni mieli telewizory, piękne zabawki, nowe tornistry i czasem też bajeranckie ubrania z Hameryki, to ja ich nie miałam, ale jedzenia ani miłości rodzicielskiej nigdy mi nie brakowało.
Po liceum poszłam na (wtedy) 5-cio letnie studia anglistyczne w Poznaniu, na które dostałam się wyłącznie na podstawie dobrych wyników z matury i z egzaminów wstępnych, bo żadnych dodatkowych punktów za pochodzenie chłopsko-robotnicze czy za przynależność do komunistycznych organizacji nie miałam (zresztą ci, co za takie punkty dostali się na studia, szybko się wykruszyli, bo nie dawali rady). To był straszny system, który, w imieniu wyrównywania szans skrzywdził wiele młodych osób – i tych nadających się na studia, bo ograniczył im dostęp, i tych nienadających się, bo wepchnął je na siłę w sytuację, w której nie miały szans na sukces, co powodowało cierpienie, ekstremalny stres i wynikające z tego choroby. Wiem, bo widziałam na własne oczy.
Studia poszły mi łatwo i ze świetnym wynikiem, do czego przyczyniła się moja dobra znajomość języka, uzyskana przez prywatne lekcje od wieku lat 7 do liceum i potem przez liceum z wykładowym językiem angielskim. Po drugim roku zarządzono letni obóz edukacyjny, w którym uczestniczyli studenci ze wszystkich anglistyk w Polsce oraz niektórzy wykładowcy, i tam właśnie spotkałam mojego przyszłego męża, który przybył „na doczepkę” z przyjaciółmi z Warszawy. Ktoś nas sobie przedstawił i tak się zaczęło, zakochaliśmy się w sobie.
Boże Narodzenie tego roku mój najdroższy spędził ze mną i moją rodziną w Trójmieście, co przysporzyło mu kilka zbędnych kilogramów oraz polską narzeczoną, którą zamierzał zabrać do Anglii, bo tam, w swoim kraju, mógł jej zapewnić dobry byt. Mój Tato żartobliwie cytował „mogli e buoi dei paesi tuoi” (czyli: żona i bydło powinny być z twoich stron) jako przestrogę przed poślubieniem go, ale bardzo polubił mojego przyszłego; Mama martwiła się, że będzie mnie rzadko widywać, a ja po prostu bałam się innego, nieznanego świata i może trochę żałowałam otwierającej się przede mną kariery akademickiej w Polsce.
W następnym roku wzięliśmy ślub, a raczej dwa, bo to było w Polsce socjalistycznej, więc kościelny się nie liczył: żeby dostać świadectwo ślubu, trzeba było zawrzeć związek w Urzędzie Stanu Cywilnego. Zaplanowaliśmy, choć nie bez oporów ze strony mojej rodziny i mojej własnej, przeprowadzkę do Londynu dwa lata później, po moim ukończeniu studiów w 1973 roku.
W czasie moich studiów mąż był ze mną w Polsce, bo udało mu się przenieść swoje badania naukowe z Uniwersytetu w Birmingham do Warszawy, ale w końcu je skończyłam i czas było wyjechać. I co to był za cyrk! Po pierwsze, ponieważ nie miałam zamiaru pracować w Polsce przez te obowiązkowe 3 lata po studiach, to musiałam za nie zapłacić, co z braku dostępnych środków musiał tymczasowo podżyrować mój wujek. Po drugie, wszystko, co chciałam zabrać ze sobą do Anglii (czyli każda poduszka, kołdra, ścierka, garnek i widelec) musiało być spisane na liście w trzech egzemplarzach i dokładnie porachowane na granicy z Niemcami, przez którą przewoził mnie z całym moim dobytkiem teść. Nie było to miłe przeżycie, ale przeżyłam i wylądowałam w Anglii, po raz drugi, bo byłam tam z moim przyszłym raz przedtem, kiedy to najpierw odmówiono mi paszportu „z ważnych powodów państwowych”, tłumaczonych przez funkcjonariusza Biura Paszportowego tym, że po co ja chcę tam jechać na wakacje, skoro mam męża Anglika i w końcu wyjadę na stałe. Czysty obłęd!
W tamtych latach inni Polacy też wyjeżdżali do Anglii, ale „w ciemno”, bez żadnego oparcia na obczyźnie, na „lewe” zaproszenia, i zostawali tam nielegalnie. Ja bym nigdy w ten sposób nie wyjechała, w Polsce było mi może niezbyt wolno ale dobrze i absolutnie nie zaryzykowałabym utraty kontaktu z rodziną. Byli też tacy, co wyjeżdżali z pomocą służb specjalnych w zamian za donoszenie o poczynaniach polskich emigrantów – nawet jednego takiego spotkałam w Londynie, brrr!
Podsumowując ten długi wywód, w 1973 roku wylądowałam w Anglii i rozpoczęłam nowe życie w Londynie, które potrwało przez 38 lat.
(cdn)
Nie miałam żadnych koneksji - ani przyjaciół na” zgniłym zachodzie”, ani krewnych w Komendzie Milicji Obywatelskiej czy w lokalnej komórce partyjnej (nikt z nas nie był partyjny), ani dobrych znajomych w jakimś konsultacie, ale nie martwiło mnie to, ponieważ żadnego wyjazdu nie planowałam i byłam całkiem pogodzona z możliwością, że nigdy żadnego obcego kraju nie odwiedzę.
W Polsce było mi dobrze, żyłam w kochającej rodzinie, może raczej nie bardzo zamożnej, bo kiedy inni mieli telewizory, piękne zabawki, nowe tornistry i czasem też bajeranckie ubrania z Hameryki, to ja ich nie miałam, ale jedzenia ani miłości rodzicielskiej nigdy mi nie brakowało.
Po liceum poszłam na (wtedy) 5-cio letnie studia anglistyczne w Poznaniu, na które dostałam się wyłącznie na podstawie dobrych wyników z matury i z egzaminów wstępnych, bo żadnych dodatkowych punktów za pochodzenie chłopsko-robotnicze czy za przynależność do komunistycznych organizacji nie miałam (zresztą ci, co za takie punkty dostali się na studia, szybko się wykruszyli, bo nie dawali rady). To był straszny system, który, w imieniu wyrównywania szans skrzywdził wiele młodych osób – i tych nadających się na studia, bo ograniczył im dostęp, i tych nienadających się, bo wepchnął je na siłę w sytuację, w której nie miały szans na sukces, co powodowało cierpienie, ekstremalny stres i wynikające z tego choroby. Wiem, bo widziałam na własne oczy.
Studia poszły mi łatwo i ze świetnym wynikiem, do czego przyczyniła się moja dobra znajomość języka, uzyskana przez prywatne lekcje od wieku lat 7 do liceum i potem przez liceum z wykładowym językiem angielskim. Po drugim roku zarządzono letni obóz edukacyjny, w którym uczestniczyli studenci ze wszystkich anglistyk w Polsce oraz niektórzy wykładowcy, i tam właśnie spotkałam mojego przyszłego męża, który przybył „na doczepkę” z przyjaciółmi z Warszawy. Ktoś nas sobie przedstawił i tak się zaczęło, zakochaliśmy się w sobie.
Boże Narodzenie tego roku mój najdroższy spędził ze mną i moją rodziną w Trójmieście, co przysporzyło mu kilka zbędnych kilogramów oraz polską narzeczoną, którą zamierzał zabrać do Anglii, bo tam, w swoim kraju, mógł jej zapewnić dobry byt. Mój Tato żartobliwie cytował „mogli e buoi dei paesi tuoi” (czyli: żona i bydło powinny być z twoich stron) jako przestrogę przed poślubieniem go, ale bardzo polubił mojego przyszłego; Mama martwiła się, że będzie mnie rzadko widywać, a ja po prostu bałam się innego, nieznanego świata i może trochę żałowałam otwierającej się przede mną kariery akademickiej w Polsce.
W następnym roku wzięliśmy ślub, a raczej dwa, bo to było w Polsce socjalistycznej, więc kościelny się nie liczył: żeby dostać świadectwo ślubu, trzeba było zawrzeć związek w Urzędzie Stanu Cywilnego. Zaplanowaliśmy, choć nie bez oporów ze strony mojej rodziny i mojej własnej, przeprowadzkę do Londynu dwa lata później, po moim ukończeniu studiów w 1973 roku.
W czasie moich studiów mąż był ze mną w Polsce, bo udało mu się przenieść swoje badania naukowe z Uniwersytetu w Birmingham do Warszawy, ale w końcu je skończyłam i czas było wyjechać. I co to był za cyrk! Po pierwsze, ponieważ nie miałam zamiaru pracować w Polsce przez te obowiązkowe 3 lata po studiach, to musiałam za nie zapłacić, co z braku dostępnych środków musiał tymczasowo podżyrować mój wujek. Po drugie, wszystko, co chciałam zabrać ze sobą do Anglii (czyli każda poduszka, kołdra, ścierka, garnek i widelec) musiało być spisane na liście w trzech egzemplarzach i dokładnie porachowane na granicy z Niemcami, przez którą przewoził mnie z całym moim dobytkiem teść. Nie było to miłe przeżycie, ale przeżyłam i wylądowałam w Anglii, po raz drugi, bo byłam tam z moim przyszłym raz przedtem, kiedy to najpierw odmówiono mi paszportu „z ważnych powodów państwowych”, tłumaczonych przez funkcjonariusza Biura Paszportowego tym, że po co ja chcę tam jechać na wakacje, skoro mam męża Anglika i w końcu wyjadę na stałe. Czysty obłęd!
W tamtych latach inni Polacy też wyjeżdżali do Anglii, ale „w ciemno”, bez żadnego oparcia na obczyźnie, na „lewe” zaproszenia, i zostawali tam nielegalnie. Ja bym nigdy w ten sposób nie wyjechała, w Polsce było mi może niezbyt wolno ale dobrze i absolutnie nie zaryzykowałabym utraty kontaktu z rodziną. Byli też tacy, co wyjeżdżali z pomocą służb specjalnych w zamian za donoszenie o poczynaniach polskich emigrantów – nawet jednego takiego spotkałam w Londynie, brrr!
Podsumowując ten długi wywód, w 1973 roku wylądowałam w Anglii i rozpoczęłam nowe życie w Londynie, które potrwało przez 38 lat.
(cdn)
wtorek, 3 lutego 2015
Moja emigracja czyli właściwie skrócona historia 60% mego życia – cz.1.
Od powrotu z Anglii do Polski w 2011 roku nosiłam się z zamiarem opisania mojego 38-letniego doświadczenia emigrantki, ale za każdym razem kiedy chciałam się do tego zabrać rezygnowałam, bo temat prawie nie do ogarnięcia. Najwidoczniej nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby temat podzielić na różne aspekty lub części chronologiczne i pisać o nich osobno, a nie od razu o całości. Dopiero teraz to do mnie dotarło, więc może zmobilizuję się do systematycznej relacji. Póki co, chcę się odnieść do artykułu o Polkach na emigracji w magazynie Wysokie Obcasy, gdzie jakaś pani, spędziwszy 4,5 roku w Meksyku, wypunktowuje swoje lekcje życiowe płynące z tego doświadczenia, dając mi w ten sposób jakiś zaczep w tym nieogarniętym temacie.
W punkcie 3 ta pani pisze: „Na początku będziesz tęskniła za wszystkim, co polskie, nawet za rzeczami, których nigdy tak naprawdę nie lubiłaś. Będziesz przywozić tony ptasiego mleczka, krówek, kabanosów i innych produktów, których w Polsce właściwie nie dotykałaś. Fakt, że nie możesz czegoś dostać, sprawi, że zapragniesz tego jeszcze bardziej. Potem trochę wyluzujesz.” Moje doświadczenie było zupełnie inne: nie przywoziłam przysmaków z Polski, chociaż bardzo chętnie objadałam się nimi podczas częstych wizyt w kraju. Pierwsza praca mojego małżonka jako nauczyciela matematyki w szkole średniej była marnie płatna, a ja studiowałam podyplomowo, więc nasze środki do życia były bardzo ograniczone i po zapłaceniu za mieszkanie niewiele zostawało, z czego dużo pochłaniały podróże do Polski na Boże Narodzenie, Wielkanoc i urlop letni, mimo, że ówczesne loty tzw. czarterowe były tańsze od biletu kolejowego do Szkocji. Wobec tego starałam się gotować co się da, byle tanio i pożywnie, kupując najtańsze produkty w supermarkecie i wymyślając potrawy z nich, w czym czasem inspirowały mnie przepisy znalezione w czasopismach czy sklepowych ulotkach. Np. pamiętam takie danie, które bardzo przypadło nam do gustu, a powstało kiedy wakacyjnie koczowaliśmy pod namiotem w ogrodzie przyjaciół teściowej, gdzieś na zapadłej wsi w hrabstwie Kent. Ponieważ do jakichkolwiek sklepów było bardzo daleko, dwa razy w tygodniu przyjeżdżał tam objazdowy sklep, czyli pan z furgonetką zapełnioną podstawowymi produktami spożywczymi, takimi jak chleb, mleko, sery, mięsa, konserwy i warzywa. Raz kupiłam puszkę pomidorów, wędzony boczek i ziemniaki i wyszedł z tego pyszny obiad, ugotowany na patelni na maciupciej kuchence campingowej.
Zresztą praktykę w gotowaniu tanich posiłków zaczęłam już wcześniej, kiedy to przez ostatnie 3 lata studiów mieszkałam z mężem w Poznaniu, w wynajętym pokoju ogrzewanym piecem węglowym i przylegającym do sypialni gospodyni, w której ta, za niespecjalnie dźwiękoszczelną ścianą, regularnie i głośno zabawiała się z sąsiadem podczas nieobecności męża. Mieliśmy dostęp do lodowatej łazienki, w której okno musiało być cały czas otwarte, żeby uniknąć zatrucia czadem lub gazem oraz do bardzo podstawowej kuchni, a ponieważ miałam w posiadaniu duży garnek, przyrządzałam w nim pożywne i smaczne eintopfy, które, spożywane ze świeżym pieczywem, starczały nam na kilka obiadów.
W punkcie 4 artykułu stoi: „Ugotujesz swoje pierwsze w życiu pierogi. Najprawdopodobniej ruskie, bo te są najłatwiejsze. Potem ugotujesz swoje pierwsze gołąbki, mielone, barszcz, szarlotkę i staniesz się ekspertką od polskiej kuchni. „ U mnie było inaczej, raczej starałam się poznawać tubylczą kuchnię, bo byłam nastawiona na integrację, a nie na odtwarzanie Polski w Anglii. Uważałam, że skoro tam zamieszkałam na dobre, to powinnam zrobić wszystko, żeby stać się członkiem tamtego społeczeństwa i poczuć się w domu, bo inaczej cała moja egzystencja w Anglii byłaby na zasadzie wyobcowania, co na pewno nie byłoby psychicznie komfortowe. Zresztą w moim otoczeniu akurat żadnych Polaków nie było. W tym pierwszym, trudnym okresie kiedy brakowało nam pieniędzy na życie, faktycznie chciałam gotować polskie zupy na bazie rosołu, bo wiedziałam, że są pożywne i tanie (a poza tym angielskie się do nich nie umywały) i z wielkim zdziwieniem odkryłam, że korzenie pietruszki są tam nieznane i niedostępne, a jak tu ugotować rosół bez pietruszki? W końcu zdecydowałam się na zastąpienie jej natką i też było dobrze. Polskie potrawy zaczęłam gotować dopiero po wielu latach pobytu w Anglii, głównie w celu zaimponowania gościom zaproszonym na obiad, ale niestety bez większego powodzenia. Anglicy z reguły uznają kwaśne rzeczy za zepsute, więc moje pyszne marynowane śledzie, zupa ogórkowa czy wspaniały barszcz nie zyskały poklasku, chociaż prawdziwa pomidorowa ze świeżych pomidorów się przyjęła i była kulinarnym sukcesem, może dlatego, że jest znana i lubiana w Anglii, ale według mnie ich wersja to nic innego niż podgrzany sok pomidorowy, który ja preferuję czysty na zimno albo z lodem, pieprzem i solą lub z kilkoma kroplami Angostury Bitter i wódką jako cocktail Bloody Mary.
Punkt 6 brzmi: „Poznasz ludzi, których inaczej nigdy byś nie poznała. Twoimi najlepszymi przyjaciółmi zostaną ludzie, o których w Polsce powiedziałabyś, że na pewno się nie dogadacie. Sytuacje, w których się znajdziesz, zmienią twoje poglądy i wymagania wobec życia. Przewartościujesz wszystko, o czym do tej pory myślałaś, że jest dla ciebie najważniejsze albo zupełnie nieistotne.” Właściwie, za wyjątkiem drugiego zdania, to się zgadzam. Nigdy nie osądzałam ludzi przed ich poznaniem, więc nigdy nie miałam w głowie wizerunków ludzi, z którymi mogłabym się nie dogadać. Faktycznie, w Anglii poznałam, głównie w pracy, osoby, z którymi nie nawiązałabym kontaktu w Polsce z tej prostej przyczyny, że takowych w ojczyźnie nie było. Praca i stosunki towarzyskie z przedstawicielami innych narodowości i ras niż moja własna bez wątpienia rozszerzyły moje poglądy, zrozumienie świata i tolerancję różnorodności, skutecznie eliminując moje, niezbyt zresztą silne uprzedzenia, wynikające jedynie z braku zaznajomienia i uświadomienia.
Punkt 7 mówi: „Jeśli zwiążesz się z kimś z innego kraju, poznasz wszystkie plusy i minusy tłumaczenia swojej osobowości na inny język. Problemem może być wyrażanie emocji, konkretyzowanie myśli, ale szybko nabierzesz wprawy. Zorientujesz się też, że to ma swoje zalety. W kryzysowej sytuacji zawsze możesz powiedzieć, że czegoś nie zrozumiałaś albo, że nie to miałaś na myśli!” Mnie to akurat nie dotknęło, bo wychodząc za Anglika, władałam angielskim na tyle dobrze, że takie tłumaczenie wpadek by nie przeszło.
Punkt 14: „Ciągle będziesz na coś czekać. Przede wszystkim na powrót do Polski. Będziesz czekać i tęsknić, a potem będziesz czekać i tęsknić w drugą stronę. Będziesz czekać, aż ktoś przyjedzie i cię odwiedzi. Ciągłe czekanie i tęsknota. Ale to dobrze, bo fajnie jest na coś czekać.” Ja nie czekałam, tylko wzięłam się za zdobywanie swojego miejsca w angielskim świecie pracy. Owszem, tęskniłam, ale to się dało ogarnąć, bo często dzwoniłam do domu, raz na tydzień wymieniałam obszerne listy z siostrą i odwiedzałam rodzinę w Polsce trzy razy w roku, a w późniejszych latach nawet 5 razy. Przez pierwsze 2/3 mojej emigracji wcale nie zastanawialiśmy się nad powrotem do Polski; układ był korzystny dla obu stron, bo przebywanie w Anglii pozwalało nam zaopatrywać moją rodzinę w cukier do zapraw (w czasach kartkowych), lakiery do własnoręcznie konstruowanych mebli (bo innych nie dało się zdobyć) oraz materiał obiciowy do tychże; lakiery samochodowe, lekarstwa, używane zamrażarki, agregatory i Bóg wie co jeszcze. A w drugą stronę nie tęskniłam, dopóki nie wzięłam psa, który na czas naszych wyjazdów zostawał pod opieką pani, która przez wiele lat pomagała mi w domu i zamieszkiwała w nim podczas naszej nieobecności.
Mogłabym ustosunkować się do każdego punktu artykułu, ale nie widzę takiej potrzeby – to co napisałam powyżej adekwatnie oddaje główne aspekty mojego doświadczena na emigracji. W następnym odcinku tej sagi wyjaśnię dlaczego znalazłam się na obczyźnie.
W punkcie 3 ta pani pisze: „Na początku będziesz tęskniła za wszystkim, co polskie, nawet za rzeczami, których nigdy tak naprawdę nie lubiłaś. Będziesz przywozić tony ptasiego mleczka, krówek, kabanosów i innych produktów, których w Polsce właściwie nie dotykałaś. Fakt, że nie możesz czegoś dostać, sprawi, że zapragniesz tego jeszcze bardziej. Potem trochę wyluzujesz.” Moje doświadczenie było zupełnie inne: nie przywoziłam przysmaków z Polski, chociaż bardzo chętnie objadałam się nimi podczas częstych wizyt w kraju. Pierwsza praca mojego małżonka jako nauczyciela matematyki w szkole średniej była marnie płatna, a ja studiowałam podyplomowo, więc nasze środki do życia były bardzo ograniczone i po zapłaceniu za mieszkanie niewiele zostawało, z czego dużo pochłaniały podróże do Polski na Boże Narodzenie, Wielkanoc i urlop letni, mimo, że ówczesne loty tzw. czarterowe były tańsze od biletu kolejowego do Szkocji. Wobec tego starałam się gotować co się da, byle tanio i pożywnie, kupując najtańsze produkty w supermarkecie i wymyślając potrawy z nich, w czym czasem inspirowały mnie przepisy znalezione w czasopismach czy sklepowych ulotkach. Np. pamiętam takie danie, które bardzo przypadło nam do gustu, a powstało kiedy wakacyjnie koczowaliśmy pod namiotem w ogrodzie przyjaciół teściowej, gdzieś na zapadłej wsi w hrabstwie Kent. Ponieważ do jakichkolwiek sklepów było bardzo daleko, dwa razy w tygodniu przyjeżdżał tam objazdowy sklep, czyli pan z furgonetką zapełnioną podstawowymi produktami spożywczymi, takimi jak chleb, mleko, sery, mięsa, konserwy i warzywa. Raz kupiłam puszkę pomidorów, wędzony boczek i ziemniaki i wyszedł z tego pyszny obiad, ugotowany na patelni na maciupciej kuchence campingowej.
Zresztą praktykę w gotowaniu tanich posiłków zaczęłam już wcześniej, kiedy to przez ostatnie 3 lata studiów mieszkałam z mężem w Poznaniu, w wynajętym pokoju ogrzewanym piecem węglowym i przylegającym do sypialni gospodyni, w której ta, za niespecjalnie dźwiękoszczelną ścianą, regularnie i głośno zabawiała się z sąsiadem podczas nieobecności męża. Mieliśmy dostęp do lodowatej łazienki, w której okno musiało być cały czas otwarte, żeby uniknąć zatrucia czadem lub gazem oraz do bardzo podstawowej kuchni, a ponieważ miałam w posiadaniu duży garnek, przyrządzałam w nim pożywne i smaczne eintopfy, które, spożywane ze świeżym pieczywem, starczały nam na kilka obiadów.
W punkcie 4 artykułu stoi: „Ugotujesz swoje pierwsze w życiu pierogi. Najprawdopodobniej ruskie, bo te są najłatwiejsze. Potem ugotujesz swoje pierwsze gołąbki, mielone, barszcz, szarlotkę i staniesz się ekspertką od polskiej kuchni. „ U mnie było inaczej, raczej starałam się poznawać tubylczą kuchnię, bo byłam nastawiona na integrację, a nie na odtwarzanie Polski w Anglii. Uważałam, że skoro tam zamieszkałam na dobre, to powinnam zrobić wszystko, żeby stać się członkiem tamtego społeczeństwa i poczuć się w domu, bo inaczej cała moja egzystencja w Anglii byłaby na zasadzie wyobcowania, co na pewno nie byłoby psychicznie komfortowe. Zresztą w moim otoczeniu akurat żadnych Polaków nie było. W tym pierwszym, trudnym okresie kiedy brakowało nam pieniędzy na życie, faktycznie chciałam gotować polskie zupy na bazie rosołu, bo wiedziałam, że są pożywne i tanie (a poza tym angielskie się do nich nie umywały) i z wielkim zdziwieniem odkryłam, że korzenie pietruszki są tam nieznane i niedostępne, a jak tu ugotować rosół bez pietruszki? W końcu zdecydowałam się na zastąpienie jej natką i też było dobrze. Polskie potrawy zaczęłam gotować dopiero po wielu latach pobytu w Anglii, głównie w celu zaimponowania gościom zaproszonym na obiad, ale niestety bez większego powodzenia. Anglicy z reguły uznają kwaśne rzeczy za zepsute, więc moje pyszne marynowane śledzie, zupa ogórkowa czy wspaniały barszcz nie zyskały poklasku, chociaż prawdziwa pomidorowa ze świeżych pomidorów się przyjęła i była kulinarnym sukcesem, może dlatego, że jest znana i lubiana w Anglii, ale według mnie ich wersja to nic innego niż podgrzany sok pomidorowy, który ja preferuję czysty na zimno albo z lodem, pieprzem i solą lub z kilkoma kroplami Angostury Bitter i wódką jako cocktail Bloody Mary.
Punkt 6 brzmi: „Poznasz ludzi, których inaczej nigdy byś nie poznała. Twoimi najlepszymi przyjaciółmi zostaną ludzie, o których w Polsce powiedziałabyś, że na pewno się nie dogadacie. Sytuacje, w których się znajdziesz, zmienią twoje poglądy i wymagania wobec życia. Przewartościujesz wszystko, o czym do tej pory myślałaś, że jest dla ciebie najważniejsze albo zupełnie nieistotne.” Właściwie, za wyjątkiem drugiego zdania, to się zgadzam. Nigdy nie osądzałam ludzi przed ich poznaniem, więc nigdy nie miałam w głowie wizerunków ludzi, z którymi mogłabym się nie dogadać. Faktycznie, w Anglii poznałam, głównie w pracy, osoby, z którymi nie nawiązałabym kontaktu w Polsce z tej prostej przyczyny, że takowych w ojczyźnie nie było. Praca i stosunki towarzyskie z przedstawicielami innych narodowości i ras niż moja własna bez wątpienia rozszerzyły moje poglądy, zrozumienie świata i tolerancję różnorodności, skutecznie eliminując moje, niezbyt zresztą silne uprzedzenia, wynikające jedynie z braku zaznajomienia i uświadomienia.
Punkt 7 mówi: „Jeśli zwiążesz się z kimś z innego kraju, poznasz wszystkie plusy i minusy tłumaczenia swojej osobowości na inny język. Problemem może być wyrażanie emocji, konkretyzowanie myśli, ale szybko nabierzesz wprawy. Zorientujesz się też, że to ma swoje zalety. W kryzysowej sytuacji zawsze możesz powiedzieć, że czegoś nie zrozumiałaś albo, że nie to miałaś na myśli!” Mnie to akurat nie dotknęło, bo wychodząc za Anglika, władałam angielskim na tyle dobrze, że takie tłumaczenie wpadek by nie przeszło.
Punkt 14: „Ciągle będziesz na coś czekać. Przede wszystkim na powrót do Polski. Będziesz czekać i tęsknić, a potem będziesz czekać i tęsknić w drugą stronę. Będziesz czekać, aż ktoś przyjedzie i cię odwiedzi. Ciągłe czekanie i tęsknota. Ale to dobrze, bo fajnie jest na coś czekać.” Ja nie czekałam, tylko wzięłam się za zdobywanie swojego miejsca w angielskim świecie pracy. Owszem, tęskniłam, ale to się dało ogarnąć, bo często dzwoniłam do domu, raz na tydzień wymieniałam obszerne listy z siostrą i odwiedzałam rodzinę w Polsce trzy razy w roku, a w późniejszych latach nawet 5 razy. Przez pierwsze 2/3 mojej emigracji wcale nie zastanawialiśmy się nad powrotem do Polski; układ był korzystny dla obu stron, bo przebywanie w Anglii pozwalało nam zaopatrywać moją rodzinę w cukier do zapraw (w czasach kartkowych), lakiery do własnoręcznie konstruowanych mebli (bo innych nie dało się zdobyć) oraz materiał obiciowy do tychże; lakiery samochodowe, lekarstwa, używane zamrażarki, agregatory i Bóg wie co jeszcze. A w drugą stronę nie tęskniłam, dopóki nie wzięłam psa, który na czas naszych wyjazdów zostawał pod opieką pani, która przez wiele lat pomagała mi w domu i zamieszkiwała w nim podczas naszej nieobecności.
Mogłabym ustosunkować się do każdego punktu artykułu, ale nie widzę takiej potrzeby – to co napisałam powyżej adekwatnie oddaje główne aspekty mojego doświadczena na emigracji. W następnym odcinku tej sagi wyjaśnię dlaczego znalazłam się na obczyźnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Wizyta
Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...
-
Kiedy czytam moje ulubione blogi, nasuwają mi się myśli i wspomnienia wydarzeń, własnych lub zaobserwowanych, które trudno ująć tylko w kom...
-
Jeżeli istnieje polski odpowiednik angielskiego „dress code”, to mam nadzieję, że ktoś mnie uświadomi, bo na takowy się nie natknęłam. Cho...
-
O pięć minut drogi od naszego mieszkania znajduje się niepokaźny sklepik Carrefour. Jest mały i ciasny, bez ruchomych taśm do towarów przy...