Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 stycznia 2018

Neapol - zobaczyć i umrzeć, cz.2

Poniższy tekst przygotowałam w maju 2017 roku, jest 2. częścią wpisu z 09.05.2017.

Popołudniowa drzemka to fajna sprawa, tam w Neapolu mieliśmy chociaż wytłumaczenie, że się nachodziliśmy, najedliśmy i napili, ale pierwszego dnia po powrocie też mieliśmy na nią ochotę, aczkolwiek nie ulegliśmy pokusie, bo przecież trzeba było przystosować się znowu do przyzwoitości. Wprawdzie na studiach też sobie na takie pozwalaliśmy, no ale wtedy nie było niebezpieczeństwa, że ktoś uzna takie zachowanie za efekt starzenia się.

Wracając do naszej eskapady, to po wspomnianej drzemce wybraliśmy się ponownie w Neapol, żeby zbadać szanse na wycieczkę morską do Sorrento, zahaczając po drodze o warsztat wyrobów skórzanych wcześniej poznanego Pepe znajdujący się o 100 m od naszego apartamentu.  Zastaliśmy Pepe na pogawędce z miłym towarzyszem o długich, siwych i kręconych włosach przy małym stoliku na zewnątrz, na którym w artystycznym bezładzie leżały rzeczy, z których akurat coś robił.  Weszliśmy do warsztatu, który okazał się być maleńkim pomieszczeniem, cudownie pachnącym skórą, z antresolą zasłoniętą wysokimi półkami z najprzeróżniejszymi materiałami do jego wyrobów: były tam zamsze we wszystkich kolorach tęczy, wyprawione grube skóry na paski do spodni i cieńsze na portfele czy torebki, delikatnie wyprawione cielęce skórki jak na rękawiczki i pełno innych materiałów których, jako osoba słabo obeznana z tematem, nie zdołałam zidentyfikować. Był też stół warsztatowy z nieznanymi mi przyrządami oraz półki z pięknymi, dopieszczonymi wyrobami.  W oko wpadła mi papierośnica z jasnobrązowej, błyszczącej skóry na standardową paczkę papierosów i futeralikiem na zapalniczkę z boku, więc ją kupiliśmy, a Pepe w prezencie dodał zakładkę do książki – paseczek zamszu z kolorowymi, zamszowymi ozdóbkami na obu końcach – nie było to dokładnie w moim guście, ale przyjęłam wdzięcznie jako wyraz przyjaźni.  W naszym apartamencie były dwa następne przejawy jego działalności: przywieszki do kluczy, z jasnej skóry z wypaloną nazwą apartamentu oraz bardzo elegancka kwadratowa tacka na te klucze, z ciemnej, grubej skóry, spiętej na rogach nitami.  Pepe bardzo pragnął wypalić moje imię na tej papierośnicy, chyba trzy razy to proponował, ale ja byłam nieustępliwa, bo nie byłam w stanie pogodzić się z jakimkolwiek  uszkadzaniem takiej pięknej skóry.  Był bardzo zawiedziony, no ale trudno, nie można mieć wszystkiego.

Po tym przyjemnym i owocnym spotkaniu ruszyliśmy dalej w dół, w stronę morza, dochodząc do głównej ulicy biegnącej wzdłuż brzegu.  Po stronie morza ciągnęły się nieskończenie odgrodzone od ulicy budynki przemysłowe, magazyny, itp., a po stronie miasta zaniedbane i biedne bloki mieszkalne, przerywane od czasu do czasu podłą kafejką czy małą stacją benzynową, więc wielkie było nasze zdziwienie, kiedy natknęliśmy się wśród nich na elegancko i drogo wyglądający hotel „Romeo”.  Przed drzwiami stał umundurowany portier, a hotel otoczony był rabatami z egzotycznymi kaktusami, jakich nigdy przedtem nie widziałam.
 


W końcu dotarliśmy do celu naszego spaceru, portu pasażerskiego Molo Beverello, skąd, według informacji uzyskanych z mapek turystycznych i Internetu, miały kursować statki do Sorrento.  Najpierw natrafiliśmy na biuro turystyczne, gdzie uprzejmie nas poinformowano, że statki odchodzą co 2 godziny, a bilety musimy właśnie tam kupić co najmniej 20 minut wcześniej.  Na zapytanie, skąd te statki odchodzą, wskazali nam odległy o ok. 300 m bar, za którym znajdowały się przystanie, więc poszliśmy tam, żeby wybadać sytuację i ocenić, jak dużo czasu będzie nam potrzeba następnego dnia na dotarcie.  Na miejscu okazało się, że owszem, przystanie są, ale są też i kasy biletowe, gdzie można zakupić bilety bez stawiania się wcześniej w biurze turystycznym.

Statki odchodziły o 9.00, 11.00, 13.00, 15.00, itd., i można było kupić bilet w jedną stronę za 13 € lub tam i z powrotem  za 26 €, ale wymyśliliśmy sobie, że ciekawiej będzie popłynąć statkiem tam, a wrócić do Neapolu pociągiem i tak też uczyniliśmy. Najpierw zaplanowaliśmy popłynąć o 11-tej, ale po powrocie do apartamentu i późnej kolacji doszliśmy zgodnie do wniosku, że nie ma co się szarpać, ostatecznie jesteśmy na urlopie wypoczynkowym i statek o 13-tej zupełnie nam wystarczy.  W planach robionych przed wyjazdem do Neapolu miałam na ten dzień wpisaną również wizytę w Herculaneum (po włosku Ercolano), ale trudno, jesteśmy wiekowi, pośpiech już nie dla nas, przyjedziemy następnym razem, to obejrzymy.

W sobotę pogoda akurat nam dopisała, było ciepło i słonecznie, w sam raz na morską wycieczkę.  Dotarliśmy do portu z dużym zapasem czasu, zakupiliśmy bilety i, żeby sobie umilić czekanie, udaliśmy się do baru na kawę.  Mąż zajął miejsce przy wolnym stoliku, a ja pospieszyłam do baru.  Kontuar był długi, na jednym końcu składało się zamówienia i uiszczało za nie opłatę, otrzymując za to paragon, potem była część z ciastkami, itp., a na końcu część z kawą. Nie wiedziałam, jak to działa, więc grzecznie stanęłam na końcu kolejki do ciastek (jakaś kobieta usiłowała mnie odepchnąć swoją wielką torbą i wejść przede mnie, ale się nie dałam), ale ktoś za ladą spojrzał na mój paragon i skierował mnie do części kawowej.  Tam też stanęłam w kolejce, ale okazało się, że to mit a nie kolejka.  Inni się wpychali, wymachując paragonami, wrzeszczeli i popychali, a ja tam stałam pokornie i cierpliwie jak wół czekający na rzeź.  W którymś momencie wepchnął się przede mnie jakiś opalony typ z siwymi loczkami i zwróciłam mu uwagę na to, że ja tu też czekam, więc przeprosił i ustawił się za mną, ale dalej machał paragonem do barmanów.  Któryś w końcu go zauważył i chciał obsłużyć, a on wtedy szarmancko, że ja jestem przed nim.  Niestety, nic to nie pomogło, barmani najpierw obsłużyli wszystkich facetów co stali po espresso, a jak już nikogo innego nie było przy ladzie, to wreszcie zwrócili uwagę na mnie i zrealizowali moje idiotyczne zamówienie na gorącą czekoladę i cappuccino.  Tego doświadczenia nie polecam, w którymś momencie aż chciało mi się płakać, ale to moja własna wina: zachowałam się po angielsku, nie po włosku!

Z wsiadaniem na statek też były schody, bo w kasie biletowej powiedziano nam, że statek odchodzi ze stanowiska nr 4, a pięć minut przed planowym czasem nagle ogłoszono przez megafon, że odejdzie ze stanowiska nr 10.  Pobiegliśmy tam w popłochu i udało się, zdążyliśmy. Na statku zapytałam młodego i pięknego członka załogi, w którą stronę popłyniemy (żeby wiedzieć, gdzie usiąść) – powiedział, że najlepiej po lewej i na górnym, otwartym pokładzie, więc tam się udaliśmy.  Prawie wszystkie miejsca były już zajęte, ale znaleźliśmy dwa dla siebie.  Widoki w czasie naszego 40-to minutowego rejsu były wspaniale, Wezuwiusz i cały brzeg zatoki neapolitańskiej, słońce lało się na nas z góry, morze wyglądało bosko
 i na dodatek roznosili drinki z baru do zakupienia, z których zresztą skorzystaliśmy, ale był jeden mankament – mąż nie wziął czapki, więc się odrobinę przysmażył, kupił potem w Sorrento, ale troszkę za późno, bo już był czerwony jak ugotowany raczek.

Widok na Sorrento z portu był spektakularny: wysokie, nagie skały, zwieńczone pięknymi i bogatymi budowlami na samym skraju, które wyglądały, jakby za chwilę miały spaść do morza.
Z portu prowadziła na górę zygzakowata, wąska droga dla samochodów, która trochę mi przypominała, w dużo mniejszej skali, drogę na stoku La Turbie we Francji, gdzie z jednej strony była przepaść, a z drugiej skalna ściana.  Zaczęliśmy nią wspinać się w górę, aż natrafiliśmy na przylepione do stromej i wysokiej ściany schody, którymi dotarliśmy na szczyt, do centrum miasteczka. 

Wysoko było, patrząc potem w dół można było dostać zawrotów głowy, chociaż mnie to akurat jakimś dziwnym trafem nie dotyczyło, mimo, że z powodu lęku wysokości nawet wspięcie się na krzesło jest dla mnie problemem.  Za to mąż, który oficjalnie lęku wysokości nie ma, raczej nie wykazywał chęci do zbliżenia się do barierki na bliżej niż metr przy robieniu zdjęć.

Ponieważ był już najwyższy czas na obiad, zasiedliśmy w najbliższej, dosłownie znajdującej się na szczycie schodów, dużej restauracji  z większością stolików na zewnątrz, pod osłoną.  Wewnątrz też były, ale z powodu letniej aury, większość gości siedziała na zewnątrz. Zamówiliśmy wino, żeby nam się nie dłużyło oczekiwanie na jedzenie, a potem przeglądaliśmy kartę dań.  Były różne, ale najbardziej mieliśmy ochotę na rybę, mąż wybrał filet z leszcza morskiego, podpieczonego z posypką z sera, a ja skusiłam się na rybę dnia z grilla, wycenioną w karcie za kilogram.  Kelner nie potrafił powiedzieć, co to będzie za ryba, tylko, że dzisiejsza i odpowiedniej wielkości na jedną osobę, ale zaryzykowałam i nie pożałowałam.  Dostałam wspaniałego okonia morskiego z grillowanymi jarzynami, pycha!  Przy nim filet zamówiony przez męża wydał się marnym fast-food’em.

Po obiedzie najpierw poszliśmy na stację kolejową, żeby wybadać sytuację z pociągami do Neapolu, a potem ruszyliśmy zwiedzać Sorrento.  Po drugiej stronie przepaści, patrząc z naszej restauracji, odkryliśmy przepiękny ogród.  Zdziwiło mnie trochę, że przy wielkiej bramie wejściowej stał lokaj, ale potem wszystko stało się jasne: ogród należał do eleganckiego hotelu w jego głębi, ale ewidentnie był otwarty, przynajmniej w ciągu dnia, dla szerokiej publiki.  Czego tam nie było:  wypielęgnowane trawniki, szpalery drzew pomarańczy, cytryny, kwitnące róże obok egzotycznych roślin i rzeźb, cisza i zastygnięty w żarze słońca spokój, powietrze przepełnione zapachem owoców cytrusowych, sosen i kwiatów - w ogóle to tak możnaby sobie wyobrazić raj.
 
Na końcu ogrodu, nad samym urwiskiem skały nad zatoką, znajdował się nierzucający się w oczy budynek hotelowy oraz dyskretny parking dla gości.  Szczyt plebejskich wrażeń osiągnęliśmy, gdy na centralnej alejce napotkaliśmy elegancką parę jak najbardziej oczywistych gości tego hotelu:  ona w ślicznych pantofelkach i białej, zwiewnej sukience do kolan z rozcięciem na plecach, niosąca elegancką papierową torbę z jakiegoś ekskluzywnego sklepu;  on w ciemnym garniturze i rozpiętej pod szyją białej koszuli; zrelaksowani i najwyraźniej przywykli do takich strojów.  Tego się nie da sfingować: można za grube pieniądze wykupić miejsce w takim hotelu, można podjechać tam wypasioną limuzyną, ale brak obycia z bogactwem ujawni się natychmiast – ci ludzie po prostu niczego innego nie znają, to jest dla nich naturalne i zwykłe, a każdy, kto chce się pod to podszyć wyjdzie fałszywie, bo się w takim przepychu nie znajdzie.  Nie postuluję tu absolutnie, że jedni lepsi a drudzy gorsi, ale że odmienną przeszłość i doświadczenie mają.

Zmęczeni długim łażeniem po mieście wstąpiliśmy do jakiegoś baru na kawę.  Mąż tam został, a ja poszłam zwiedzać sąsiednie sklepiki: w pobliżu były dwa z ceramiką i jeden z ubraniami.  Kupiłam sobie luźną bluzkę, bo figura już nie ta co dawniej i brzuch trzeba ukryć, a potem zwiedziłam ceramikę.  Piękne rzeczy tam były, kafelki, tace, półmiski duże, średnie i małe z zagłębieniami na sosiki, itp., ale w końcu niczego tam nie kupiłam, choć potem tego żałowałam.

Nadszedł czas, żeby stawić się na stacji kolejowej w sprawie powrotu do Neapolu.  Poszliśmy i pociąg już czekał, taki podmiejski, trochę zdezelowany, ale okazał się dość szybki.  Ludzi było sporo, bo linia obsługiwała wiele małych miejscowości pod Neapolem.  Podróż trwała zaledwie 40 minut, ale przez ten czas zaobserwowałam taki obrazek.  Na jednej stacji wsiadł ciemnoskóry facet z czymś, co wyglądało na wielkie, kartonowe pudło na wózku do przewożenia worków, chyba jakiś handlarz małym, łatwo przenośnym towarem.  Na którejś kolejnej stacji wsiadł taki następny, ale jego pudło było solidniejsze, drewniane.  Stali obaj na przejściu między przedziałami i nie słyszałam ich rozmowy, choć zapewne nawet gdybym słyszała, to nic by mi to nie dało, bo wątpię, żeby rozmawiali w jakimś znanym mi języku.  Ten pierwszy niechętnie się odzywał i wyglądało na to, że ten nowy chwalił się lepszym sprzętem: dotykał raz jednej, raz drugiej skrzyni i wydawał się coś mówić przekonywującym głosem, chociaż intonacja w obcym języku może być myląca.

Z pociągu wysiedliśmy około godziny 21-szej na głównej stacji Neapolu – olbrzymiej, rozświetlonej i buzującej życiem.  Udało nam się (bo nie wszystko było jasno oznakowane) wyjść z niej na Piazza Garibaldi, skąd miałam opracowaną drogę do domu.  Plac był wielki i bardzo ożywiony o tej porze, na środku stał wóz policyjny, ale policjanci stojący obok niego byli zrelaksowani i najwyraźniej nic strasznego się nie działo, więc poczuliśmy się bezpiecznie.  Mijając nadal otwarte i rzęsiście oświetlone butiki z modnymi i drogimi ubraniami podążaliśmy w kierunku naszej dzielnicy, ryzykując życiem przy przechodzeniu jezdni, bo nawet jeżeli były światła, to o tej porze nie działały i trzeba było po prostu przebić się przez strumień samochodów, tak, jak to bezproblemowo robili tubylcy.  Doszłam do wniosku, że jeżeli oni przechodzą i żyją, to nam się też powinno udać, ostatecznie tak bardzo nie różnimy się od nich.  I faktycznie, dało się, może dlatego, że tutejsi kierowcy są przyzwyczajeni do ludzi pętających się po jezdni, ale straszno było.

Kiedy po około pół godziny (bo trzeba wiedzieć, że tam wszystko jest blisko) dotarliśmy do naszego apartamentu, z ogromną ulgą zasiadłam z papierosem na balkonie i miałam przyjemność zaobserwować na dole sobotnią impromptu imprezę nastolatków w toku.  Z odległości mojego balkonu trudno było określić dokładny wiek uczestników, ale na pewno mieli powyżej 16-lat.  Nie robili niczego złego, były przekomarzania, prześmiechy , ucieczki i powroty i nawet tańce, choć żadnej muzyki nie dosłyszałam.  W pewnym momencie dwoje z nich zaczęło się obejmować i całować, na co nikt nie zwrócił oczywistej uwagi, ale kiedy potem zeszli po schodkach pod obfity krzew na placyku poniżej i po pół godziny wrócili do reszty kompanów na górze, przywitały ich gromkie brawa. Pomyślałam sobie ze smutkiem, że niestety ani u nas ani w moim drugim domu, Anglii, młodzież już chyba nie jest taka radosna i niewinna.

Ciąg dalszy nastąpi, jeżeli uda mi się go zrekonstruować ze zdjęć, bo notatki chyba gdzieś przepadły - w drugiej połowie roku miałam głowę zaprzątniętą ważniejszymi sprawami.

wtorek, 9 maja 2017

Neapol - zobaczyć i umrzeć, cz.1

Dawno nie pisałam, bo zawładnęła mną bez reszty polityka, a o tym nie chciałam, żeby nie ściągnąć na siebie fali hejtu.  Teraz nadarzył mi się bezpieczniejszy temat, więc znowu piszę.

Neapol – miasto historii, piękna i tętniącego życia w chaosie, biedne, zaniedbane i kompletnie nieprzewidywalne.  To nie Rzym czy Mediolan, nawet nie Palermo (choć to już „cieplej”), więc wybierając się tam, nie wolno mieć oczekiwań wyrobionych na podstawie wizyt w innych miastach.  Trzeba nastawić się na wszystko i brać Neapol takim, jakim się go znajduje, bo jedynie takie podejście gwarantuje pełną satysfakcję.  Wybrałam się tam z mężem na zaledwie cztery noce, ale ile wrażeń!  Opisać się nie da, trzeba to osobiście przeżyć, ale tu spróbuję choć trochę odzwierciedlić moje odczucia.

Przylecieliśmy bez problemów bezpośrednim lotem z Gdańska w czwartek wieczorem i wzięliśmy taksówkę z lotniska do odległego o ok. 4 km historycznego centrum Neapolu, gdzie znajdował się nasz wcześniej zamówiony, prywatny apartament.  Nota bene, nie polecam tej podróży kobietom  w zaawansowanej ciąży, droga jest tak wyboista, że można poronić, albo zgubić zęby, jeżeli ma się sztuczną szczękę.  Kierowca nie bardzo wiedział, gdzie jest podany przez nas adres, podpowiadałam mu najbliższe główne ulice, szperał w telefonie, w końcu wysadził nas w ślepym zaułku pod szerokimi schodami, pokazał, że mamy iść na górę, wziął 25 euro i odjechał.  Niezupełnie byliśmy przekonani, że to nasza ulica, nie było nazwy, a numeru 8 też nie było i po schodach w górę numery rosły.  Pytaliśmy o naszą ulicę najpierw jedną, potem drugą osobę, które akurat wychynęły z czeluści otaczających budynków, ale żadna nie kojarzyła tej nazwy.  Zaczęło być trochę straszno:  ciemna noc, obce miasto, nie wiadomo gdzie jesteśmy i czy to w ogóle jest właściwa dzielnica.

Łapiemy za telefon i dzwonimy do właściciela apartamentu:  pomocy, zgubiliśmy się! Podajemy nasze namiary i po dwóch minutach pojawia się nasz gospodarz, Niki, okazuje się, że taksówkarz wiedział, co robi, do tego miejsca są dwie drogi, obie przez schody, a on nam wskazał jedną z nich, tylko za wcześnie zwątpiliśmy.  Niki prowadzi nas do apartamentu, gdzie serdecznie wita nas również Pepe, jego przyjaciel mieszkający w tym samym domu.  Nie dając nam ochłonąć po podróżnych wrażeniach, Niki oprowadza nas po apartamencie a potem zaczyna opowiadać o Neapolu i jego historii, pokazując na planie miasta najciekawsze miejsca i widoki – widać, że dużo wie i zależy mu, żebyśmy byli zadowoleni i dużo zobaczyli. Nawet chce z nami wyjść i coś pokazać, ale odmawiamy, bo jesteśmy zmęczeni, więc zostawia nas w spokoju.

Apartament nazywa się Casa San Marcellino, jest czysty i dobrze wyposażony, i chociaż śniadania nie są wliczone w cenę, Niki zostawił nam w lodowce mleko i sok pomarańczowy oraz cztery brioszki z czymś pysznym w środku.  Zaraz przy wejściu jest łazienka z prysznicem, umywalką, klozetem i bidetem; dalej jest duży pokój z częścią kuchenną, stołem i krzesłami i kanapą , a potem duża sypialnia z podwójnym łóżkiem i obszernymi szafami, z której wychodzi się na wąski balkon, bardzo dla mnie ważny z powodu palenia.  Wszystko wygląda świeżo i funkcjonalnie, a nawet przestronnie.  Najbardziej fascynują mnie kafelki w kuchni, bo kafelki kolekcjonuję   – tu na ścianie jest 20 różnych wzorów, policzyłam!  Mieszkać tu wygodnie mogą cztery osoby, bo kanapa w dużym pokoju jest rozkładana.

Niki ma jeszcze drugi apartament w innej dzielnicy, ale nasz jest nowy, jesteśmy dopiero 5-tą partią gości, więc może odrobinę ryzykowałam, zamawiając go przez booking.com, ale absolutnie nie żałuję tego wyboru.  Znajduje się w historycznym centrum Neapolu (centro storico), na ulicy Rampe San Marcellino, skąd wszędzie jest blisko.  Dom stoi na górce a balkon wychodzi na dziedziniec pomiędzy wysokimi, nierzadko odrapanymi kamienicami.   Z niego obserwowałam codzienne, zwykłe i prawdziwe życie lokalnych mieszkańców oraz ich wypraną bieliznę własną i pościelową, wywieszoną na balkonach lub na przesuwanych sznurkach pod oknami .  Właściwie to nie chciałam podglądać, ale spędzając tyle czasu na balkonie (w sprawie palenia)   musiałam to i owo zauważyć, np. ten wyglądający na całkiem opuszczony budynek naprzeciwko, z pustymi lub zabitymi deskami dziurami po oknach i niewielkim, poszarpanym otworem na samym dole.  Jedno okno na piętrze miało firankę i jednak ktoś tam mieszkał; dziura na dole okazała się mieć drzwi, przez które, zamykając je za sobą, wszedł jakiś człowiek, a później zapaliło się światło w tym oknie.

Po wyjściu Niki doszliśmy do wniosku, że coś trzeba wypić i zjeść, więc poszliśmy na odległą o najwyżej 100 m główną ulicę, Corso Umberto I (bo sklepy, które Niki nam pokazał po drodze do apartamentu już się zamknęły).  Trafiliśmy zaraz na Cafe Universita, obiekt, który wydawał się sprzedawać jedynie ciastka i lody, ale w desperacji zajrzeliśmy tam.  Piwo było (co prawda Heineken, a nie włoskie),  zamówiliśmy i mój mąż zaczął wypytywać o jakiekolwiek jedzenie poza ciastkami.  Młody kelner nie bardzo się orientował, mówił coś o kanapkach, ale w tym momencie weszła zawinięta w chustę starsza pani i najwidoczniej coś zarządziła, bo po chwili przybyła  młodsza kobieta i okazało się, że możemy dostać ciepłe pizze. Zamówiliśmy po jednej i przenieśliśmy się na zewnątrz, bo tam też były stoliki.  Pizze były pyszne, zjedliśmy po pół, a resztę zabraliśmy ze sobą w pudełkach chętnie dostarczonych przez obsługę i zjedliśmy je na zimno w piątek na śniadanie, bowiem pizza na zimno jest świetna, o ile nie włoży się jej do lodówki.

Następnego dnia, w piątek, najpierw udałam się do najbliższego sklepu,  który znajdował się na placyku poniżej, po prowiant na śniadania i kolacje, bo główne posiłki zamierzaliśmy jeść w restauracjach.  Nie było to proste, bo w momencie wejścia do sklepu opuściły mnie te moje 50 czy 100 włoskich słów, ale wszyscy byli bardzo cierpliwi i pomocni, więc udało mi się kupić pyszne małe pomidorki, doskonały chleb, riccottę, duże zielone oliwki przyprawione chilli, fileciki maleńkich białych rybek w oleju, serek w woskowym woreczku zamiast skórki (prawdopodobnie owczy), pyszne salami Napoli i serek Bel Paese, tylko dlatego, że pamiętałam go z Anglii.  Jak się okazało przy konsumpcji, to było cos zupełnie innego, tyle że tak samo opakowane:  ten był biały i bardzo delikatny, a tamten angielski smakiem i kolorem  bardziej przypominał serek topiony.  Do tego wzięłam chamski 3l plastikowy pojemnik lokalnego czerwonego wina za 5 € plus chrupiące maślane ciasteczka z ciasta francuskiego.  Zaraz po otwarciu wino wydało mi się kwaśne i się trochę przeraziłam, ale po kilku minutach na powietrzu okazało się wybitnie pitne, więc piliśmy je codziennie do końca pobytu.  Już za naszym pierwszym pobycie we Włoszech, wiele lat temu, przekonaliśmy się do taniego lokalnego wina i tym razem też nas nie zawiodło.

Po niespiesznym śniadanku w naszym apartamencie wybraliśmy się na chyba najważniejszą dla mas atrakcję Neapolu:  Spacca.  Jest to bardzo długa , wąska i prosta ulica przecinająca historyczne centrum miasta na pół, więc otoczona zabytkowymi budowlami, w wielu wypadkach bardzo "zmęczonymi".    Mieszczą się na niej niezliczone stragany oferujące niezliczonym turystom straszne badziewie, ale również antykwariaty i warsztaty artystów.   Najwięcej było plastikowych czerwonych papryczek chilli w formie breloczków, wisiorków, itp., w rozmiarach od 2 do 20 cm, były na każdym straganie w zastraszających ilościach.  Głowiłam się nad tym, dopóki nie zobaczyłam plakietki z taką papryczką i podkową i modlitwą o szczęście, doszłam wtedy do wniosku, że to ichni amulet, ekwiwalent naszej podkowy.

Oprócz tego na straganach dominowały domki: małe, drewniane, pokroju miejskiego, pozlepiane po dwa czy trzy albo też średnie i duże modele staro wyglądających domostw/dworków z zapalonymi światłami w komnatach, rozpalonymi kominkami lub fontannami na dziedzińcu. W większości był to straszny kicz, ale niektóre były niezaprzeczalnymi dziełami sztuki.

Było też dużo małych makiet ruchomych scenek, np. kucharz wsadzający chleb lub pizzę do pieca, tryskające fontanny czy inne podobne. Chodziliśmy tam około godziny, ale ani raz nie zauważyłam, żeby ktoś coś kupował, a przechodziły tamtędy całe stada turystów.

Potem zgłodnieliśmy, więc ruszyliśmy w stronę domu, po drodze natykając się na rogu Corso Umberto i jakiejś mniejszej uliczki na Restaurację Bistro (chyba tak się zwała, ale głowy nie dam), która od frontu wyglądała zupełnie nieciekawie: dwa stoliczki na zewnątrz, nakryte ciemnoczerwonymi, papierowymi obrusami i szklane drzwi do środka, urządzonego jak najzwyklejszy tani bar, z metalowymi stolikami i krzesłami.  Już chciałam ją ominąć, ale mąż zauważył przed nią tablicę, oferującą dwa interesująco brzmiące zestawy obiadowe po 12 €, jeden pod tytułem Menu Terra (ziemia) a drugi Menu Mare (morze),więc zdecydowaliśmy się spróbować i warto było.  Mąż zamówił Terra, ja miałam ochotę na Mare, ale trochę się obawiałam, że może zawierać ukryte małże, na które jestem tak uczulona, że pewnie gdy następny raz je zjem, to mnie zabiją, bo za każdym razem reakcja jest silniejsza, więc wzięłam tylko penne z cukinią i krewetkami, co zresztą smakowało znakomicie: cukinia i krewetki pokrojone były w kostkę i podane w aromatycznym sosie serowym.  Menu Terra okazało się obfite i pyszne: najpierw podali chrupiącą bruschette z ziołami, paprykami i ogórkiem w kosteczkę, potem Zeppeline – kulki z brokuła czy cukini w cieście, potem talerz gnocchi (malutkie ziemniaczano-mączne kulki) w smacznym sosie pomidorowym, następnie mały, cienki befsztyk z frytkami, a na koniec kawę. Do tego bez specjalnego wysiłku wypiliśmy butelkę lekkiego, dość taniego, ale dobrego czerwonego wina.

Po takim obżarstwie udaliśmy się, wzorem mieszkańców krajów śródziemnomorskich,  do domu na bardzo zasłużoną popołudniową drzemkę, po której ponownie wyruszyliśmy w Neapol, o czym napiszę w następnym odcinku.

wtorek, 24 stycznia 2017

Nie wiem kim jestem

Wydawało mi się, że jestem patriotką, do kościoła uczęszczam, kocham mój kraj, cudzoziemcom  pokazuję jego najlepsze strony i  zachwalam zalety, bić bym się za ojczyznę też poszła i w ogóle zależy mi na jej przetrwaniu i przyzwoitej pozycji w świecie, czyli normalnie  „Bóg i Ojczyzna”.  Niestety, w ciągu ostatniego roku jednak zwątpiłam w swoje racje, bo najpierw okazało się, że jestem Polką gorszego sortu, bo żyję i udzielam się w Europie; potem wyszło na jaw, że z różnych powodów  nie trzymam się polskich tradycji, więc nie zasługuję na miano Polki, bo przecież nie potępiam wegetarian (choć  sama chętnie i często jadam mięso), rowerzystów nie mieszam z błotem (mimo, że rower, w moim doświadczeniu, poważnie zagraża mojemu zdrowiu i życiu), popieram tych, co troszczą się o przyszłość naszego środowiska, a na dodatek mam wielu przyjaciół, obu płci, którzy „kochają inaczej”.

Następnym moim politycznym grzechem jest wspieranie WOŚP, która została wyklęta przez pewną uczoną posłankę, ale która od wielu lat skutecznie doposaża srodze niedofinansowane szpitale w sprzęt nierzadko ratujący życie. Ciekawe, czy owa posłanka odmówiłaby skorzystania ze sprzętu ufundowanego przez WOŚP, gdyby chodziło o życie kogoś jej bliskiego?

Mało tego, katoliczką też dobrą nie jestem, wobec czego pewnie po śmierci pójdę prosto do piekła.   Popieram uświadamianie dzieci  o współżyciu seksualnym już w szkole;  nie zgadzam się z zabranianiem im przebierania się za diabły i inne straszydła oraz wycinania lampionów z dyń z okazji Halloween  - owszem, to pogański zwyczaj, ale choinka też przecież pogańska, a Kościół nie ma do niej pretensji.  Nota bene, bardzo do mnie przemówił felieton Michała Ogórka w czasopiśmie „Angora” , w którym autor stwierdza, że diabeł kompletnie zszedł na psy, skoro jedyne czym może grozić naszej wierze to  warzywo.  Nie mam też żadnych uprzedzeń do osób, które uważają tatuaż, potępiony przez Kościół, za godną dekorację własnego ciała: sama bym tego nie zrobiła za żadne pieniądze, ale jak ktoś lubi, to niech ma, co mi do tego, ich ciało, nie moje.

Uczęszczam na mszę w każdą niedzielę i święto, ale czasami jedynie niesamowitym wysiłkiem woli powstrzymuję się od głośnego wyrażenia sprzeciwu na głoszone tam zalecenia dla wiernych.  Przy lojalności wobec Kościoła trzyma mnie tylko fakt, że pośród naszych duszpasterzy są również osoby światłe, które nie godzą się na żadną ściemę i na zniżanie Kościoła do narzędzia polityków. Mało ich jednak!

Na dodatek jeszcze, wykluczają mnie z patriotyzmu moje, zapewne zupełnie nieoświecone,  opinie na temat wypowiedzi oraz działań miłościwie nam panującego oraz jego wasali.  Powinnam przecież, jako dobra Polka, chciwie spijać każde słowo płynące z ich ust oraz przyjmować je, bez kwestionowania racji, jako moją Ewangelię.  A ja co robię?  Oglądam, czytam, słucham, rozważam i wyrabiam sobie własne zdanie.  I pytam Was, czy to jest patriotyczna postawa?

Do tego, że jestem gorszego sortu już się zdążyłam przyzwyczaić, ale według takich reguł, to nawet nie jestem ani patriotką ani katoliczką!  Czyli czym jestem w dobie tej „dobrej zmiany”?

sobota, 14 stycznia 2017

Oda Patriotyczna 2017

Polsko, Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie;

Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto Cię stracił. Dziś w ciężkich czasach upadek Twój
Widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie.*


 
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy

I w Ostrej świecisz Bramie! Racz lud swój ochronić,

Który nad przepaść mroczną zepchnięty już stoi

I ma w Tobie nadzieję, że naród wybronisz

Od władców niecnych co zgnębić go pragną i znów

Pogrążyć w toni mrocznej, z której to przez braci

Prostych wybawion już był. Miej litość nad nami!


 
Przed ołtarzami Twymi kolana zginają

I Polski Cię królową wszędy ogłaszają,

Twojego Syna za króla obrali, Bogiem

Jest przecież, ale inne bóstwo uwielbiają

I comiesięczny hołd w pokorze mu składają.


 
Czy to diabeł wcielony dzisiaj nami rządzi?
Który Boga opiewa, lecz się go nie lęka

I mści się bezlitośnie i umarłych nęka,

I nienawidzi obcych, bo są dziwni jacyś,

A w rodzimym zaścianku niepotrzebni tacy.


 
I strasznych wrogów głosi we wszystkich sąsiadach

I kobiet nie szanuje, bo są przecież niczym

I myśl wolną tłamsi, bo ona go zniweczy

I listy godnych robi, a niegodnych dręczy

I zwalnia takich z posad, by w szkodę nie poszli.


 
Zaprowadza porządek wedle Belzebuba.
Wszelakie dobro niszczy i sieje nienawiść,
By jeden Polak skakał drugiemu do twarzy
By nikt już nie potrafił wybaczać bliźniemu,

Lecz każdy uległ władcy nam panującemu.

„Dziel i rządź”  absolutną jest jego zasadą,

Bo ludu zgodna jedność jest jego zagładą.


Czyż nie wie, że rozpętał w spokojnym narodzie

Emocje faszystowskie, jakich się nie godzi

Prawdziwym chrześcijanom oraz patriotom

Wyznawać, bo do zguby prosto wiodą potem?


 
Czyżby nie cenił ludu, z którego pochodzi

I szlachetnego kraju w którym się urodził?

Patriotą się woła, ale czyny jego

Przy każdym jego kroku dom nasz obrażają.

Jedna trzecia narodu go nam postawiła

A rządzi tak, jakby większość nasza z nim była.


Na wspólników wybierał same orły wielkie:

Niedouczonych posłów i prostaki wszelkie,

Co jemu bezmózgowo z góry przytakują;

Groźnego szaleńca co wraz z ministrów zgrają

Razem Ciebie, Ojczyzno, w świecie ośmieszają.

Obsesją jest wiedziony, dyktator bezwzględny,

Plan jego jest przejrzysty, ale tędy droga

Do zguby zdąża pewniej niźli atak wroga.


 
Już była w kraju szczęśliwa nadzieja, że po

Komunie lepsze będą dzieje: zniszczył on ją

I z nas się obśmiewa, naiwnych ziomków, co to

Totalitaryzm, tuszą, naszą jest przeszłością,

I nie ma o co walczyć, cieszmy się młodością

I pierwszą miłością, a resztę niech czart weźmie.

Tak myślą ludzie młodzi, co życia chcą zaznać.

Nie dla nich polityka, co to ich obchodzi,

Lecz gdy później ich dzieci o wolność poproszą,

To zadziwią się bardzo, że gdzieś im umknęła.

Naprawioną historią karmione przez szkoły,

Nie spostrzegą prawdy i nie będą świadome,

Kto je tak urządził, czy że w ogóle były

Urządzone. Jednak prawda zwycięży, może

Nie od razu, ale kiedyś musi – rozumu

Obrazy pominąć się nie da, i Boga nie.


 
Polsko, Ojczyzno moja, Ty która przetrwałaś

Po trzykroć już grabieże zaborczych rozbiorów,

Czy i ten rozbiór przetrwasz, co naród podzielił?

Bądź silna i rozsądna, niech się nikt nie sprzecza,

By bies ten nie zawrócił nas do średniowiecza.


 
*Mam nadzieję, że Wieszcz mi wybaczy wszystkie zapożyczenia oraz rażące braki w kunszcie, ale czułam, że sprawa wymaga poważnego wehikułu.

wtorek, 20 grudnia 2016

Kobieta nie człowiek

Wiele się działo w ciągu ostatnich kilku dni i są zapowiedzi dalszych działań.  Może dlatego nikt nie zauważył projektu nowelizacji ustawy o ewidencji  ludności, w którym m.in. proponuje się to, co opisuję poniżej.

Wg projektu, każda kobieta powinna zgłosić do miejscowego Urzędu:

- ile razy była w ciąży;

- ile razy poroniła lub urodziła martwe dziecko;

- ile razy urodziła zdrowe dziecko;

- gdzie mieszka;

- jakie wykształcenie mają rodzice dziecka, czyli ona i mąż/partner.

Odpowiedzialny minister twierdzi, że to wszystko dla statystyk.  A ja twierdzę, że to absolutnie niedopuszczalna ingerencja w prywatność człowieka (chociaż, ze tego co nasz miłościwie panujący rząd robi wynikałoby, że kobieta to nie człowiek, a maszyna rozrodcza, więc może jednak prawa człowieka nie są zagrożone i niepotrzebnie się denerwuję?).

Jeszcze z potrzebą ewidencji miejsca zamieszkania mogłabym się zgodzić, ostatecznie to nie nowość, nadal obowiązuje meldunek (choć ten obowiązek miał być zniesiony) i właściwie nie mam z tym problemu, bo, jeżeli nie prowadzę działalności przestępczej, to dlaczego władze nie powinny wiedzieć, gdzie mieszkam.

Jednak proponowany obowiązek zgłaszania ciąż, poronień, itp. uważam za bezczelny zamach na prywatność i prawa człowieka.  A co z tajemnicą lekarską?  Ciąża, poronienia, itp. są  sprawą między mną a moim lekarzem, a rządowi nic do tego.

Pretekst, że to dla uzyskania statystyk, jest śmieszny: przecież szpitale i lekarze domowi lub ginekolodzy prowadzący ciążę mogą takie dane dostarczyć, anonimowo, bez łamania prawa. Wobec tego podejrzewam inną motywację.

Piszę to zupełnie bezinteresownie, bowiem wiek rozrodczy już dawno za mną, ale nie potrafię nie reagować na łamanie praw człowieka. Projekt ustawy można sprawdzić na stronie MSWiA.

środa, 17 sierpnia 2016

Bankowy szok

To, że w wielu sklepach spożywczych często nie mają drobnych żeby wydać resztę już mnie dawno przestało dziwić, więc zazwyczaj jestem przygotowana i noszę ze sobą sporą ilość metalu.  Wczoraj akurat tak się złożyło, że nie miałam monet ani nawet 20-to czy 10-ciozłotowych banknotów i najmniejszą denominacją w mojej portmonetce  był banknot stuzłotowy.  Z tego wałśnie powodu zaczęły się tzw. schody.

Najpierw, w drodze powrotnej z wypadu na wieś postanowiliśmy zatrzymać się w KFC Drive-Thru  leżącym na naszej trasie, bo nie miałam niczego na obiad, a czasu na normalną restaurację było za mało.  Za nasze zamówienie miłej panience z okienka wręczyłam banknot 50-ciozłotowy męża, na co ta załamała ręce, bo nijak nie miała wydać, same 50-tki i 100-ki w kasie leżały.  Na szczęście zapytałam, czy można zapłacić kartą.  Sama panienka tego nie zaproponowała, prawdopodobnie była tam nowa, bo np. na moje zamówienie na dwa kawałki kurczaka jako danie osobne, a nie dodatek do  zestawu zamawianego przez męża,  podała mi dwie nóżki , zresztą po właściwej cenie, ale stanowiące odrębny produkt w KFC.  Tak więc  udało się dokonać  tej transakcji i i skonsumowaliśmy nasze dania „na chybcika” w samochodzie, pod bacznym okiem naszego stareńkiego psa.

Następnie, po powrocie do domu udałam się do piekarni po ulubiony chleb, który dostępny jest akurat tylko we wtorki. Chleb kosztował 2,90 zł, ale musiałam zapłacić kartą, bo znowu nie mieli jak wydać reszty ze stówy: młodziutka ekspedientka uroczo stwierdziła, że wydawanie reszty zajęłoby godzinę…   Wtedy doszłam do wniosku, że, w celu uniknięcia podobnych sytuacji,  trzeba pofatygować się do banku i po prostu rozmienić setki na coś bardziej strawnego.

O naiwności moja!  Żadne „po prostu”!  Przechodziłam właśnie obok banku PKO (z którego od lat korzystam w elektronicznej formie Inteligo), więc  pomyślałam sobie: jest okazja, wstąpię.  Wstępuję, biorę numerek A124, zasiadam na krzesełku  i widzę przed sobą  4 obsadzone stanowiska.   Tylko przy pierwszym jest jakiś klient, drugie ma wyświetlony numer A122, ale obsługujący trwa w bezruchu,  trzecie ma same kreseczki na wyświetlaczu i też nikogo nie obsługuje, a czwarte podobnież, lecz z numerem A121 nad głową.  Siedzę i czekam, aż coś się zacznie dziać.  Petenci  A121 i A122 są najwyraźniej nieobecni, ale nie wydaje się to martwić urzędników na tych stanowiskach: są zrelaksowani, uśmiechają się do siebie i od czasu do czasu wymieniają się uwagami, a we mnie się gotuje, bo spieszę się na wizytę u lekarza.  Po jakichś 5-ciu minutach takiego stanu rzeczy urzędnik spod numeru  A122 naciska guziczek i numer zmienia się na A124, czyli mój! Wielce uradowana zrywam się z krzesełka, podchodzę żwawo do stanowiska, kładę dwie setki na stół i przedstawiam swoją kwestię, że to 100 zł chciałabym rozmienić na 10-tki, a to drugie na 20-tki, i  wtedy dowiaduję się, że nie da rady!!!  Uszom nie wierzę, nawet podejrzewam jakiś żart, ale urzędnik uprzejmie i całkiem na serio oznajmia mi, że muszę iść do mojego banku.  Ja na to, że to jest właśnie mój bank, bo Inteligo to elektroniczna wersja PKO,  ale urzędnik cierpliwie i z miłym uśmiechem mi wyjaśnia, że jedyną możliwością  zrealizowania mojego żądania byłoby wpłacenie tych dwóch setek na moje konto, a następnie wypłacenie mi ich w pożądanych przeze mnie denominacjach.  Tak mnie zatkało na to dictum, że odeszłam z kwitkiem, nawet nie myśląc o dociekaniu powodów takiej odmowy.

Po drodze do lekarza przechodziłam obok Deutsche Bank, a ponieważ miałam chwilę czasu, to weszłam i osiągnęłam mój cel w dwie minuty, bez żadnych problemów.

Dlaczego nie dało się tego dokonać w banku PKO?  Nie potrafię sobie wyobrazić powodu , dla którego  rozmienianie pieniędzy byłoby jakimkolwiek zagrożeniem dla banku, ale może jestem po prostu nieświadoma ważnych spraw kasowych?

poniedziałek, 21 marca 2016

Biurokratyczny obłęd

Mimo, że jestem znowu w Polsce już 5 lat, nadal potrafi mnie zaskoczyć biurokracja.  Parę dni temu miałam niezbyt miłą wizytę w Urzędzie Skarbowym, którą wiernie opisuję poniżej.

Zacznę od początku: mam zaszczyt lub też pech być  wolontaryjną  przedstawicielką  naszej mikroskopijnej (3 mieszkania) Wspólnoty Mieszkaniowej, jaka automatycznie powstaje w momencie wydzielenia choćby jednego prywatnego lokalu, a  prawo zobowiązuje właścicieli lokali, czy o tym wiedzą, czy nie, do zarejestrowania Wspólnoty i składania corocznych zeznań podatkowych CIT (jak PIT, ale dla firm).

Nasza Wspólnota niczego nie produkuje, niczym nie handluje, w ogóle żadnej działalności gospodarczej nie prowadzi, ale i tak musi co rok składać zeznanie podatkowe CIT, nawet jeżeli te cztery strony zeznania są wypełnione samymi zerami.  Tak było w pierwszym roku składania CIT-u i właściwie poszło to w US dość gładko. Niestety każdy następny rok był coraz trudniejszy, bo sytuacja się zmieniała.  W drugim roku trzeba było uwzględnić w CIT-cie  fakt, że otworzyliśmy konto bankowe i zaczęliśmy się na nie składać, z własnych opodatkowanych pieniędzy,  na koszta utrzymania nieruchomości oraz drobne remonty.  Akurat w tym momencie US zmienił system i zamiast przedstawiania zeznania pani za ladą, która mogła pouczyć i doradzić,  należało je tylko oddać  w okienku kancelarii i oczekiwać na ewentualne konsekwencje.

Formularz CIT8 jest całkiem paskudny, nie dość, że ma 7 stron (łącznie z niezbędnym załącznikiem CIT8/O), to w instrukcjach odsyła do różnych paragrafów, o których żaden normalny śmiertelnik nie może mieć  zielonego pojęcia, a jak już ma, to na pewno nie może zrozumieć.  Nie pojmuję, dlaczego US  zakłada, bo na to wygląda, że każdy obywatel  to prawnik albo inny audytor.

W następnym roku sytuacja się trochę skomplikowała, bo oprócz naszych składek wystąpiły również wydatki z nich, a to na obowiązkowy przegląd kominiarski, a to na czyszczenie rynien , a to na sprawdzenie instalacji gazowych, itp. Po złożeniu dokumentów dostałam bardzo groźne wezwanie, bo jakieś kwoty wpisałam  w nieodpowiednie rubryki.  Dobrze, że dali mi szansę na korektę, a nie od razu posłali do zakładu poprawczego (bo atmosfera w US taka, że można by się tego spodziewać).

Tym razem idąc do Urzędu, byłam przekonana, że w tym roku już mi pójdzie gładko, bo wzór z zeszłego roku powinien pasować, lecz jednak tak się nie stało. Po pierwsze, zgłaszając się w US z moimi wypocinami oraz kopiami dokumentów takich jak uchwały Wspólnoty w sprawie funduszu remontowego i pełnomocnictwa dla mnie w US, oraz aktów notarialnych właścicielek jednego z mieszkań, dających ich matce prawo podpisywania tychże uchwał, nie wiedziałam albo może zapomniałam, że kopie są niewystarczające i że muszą być przedłożone do wglądu US również oryginały.  W okienku kancelarii US, po chwili oczekiwania (kolejki nie było, ale obie panie rezydentki były akurat bez reszty zajęte przerzucaniem papierków na biurku, więc, rzecz jasna, nie były w stanie się natychmiast mną zająć), trafiłam na małomówną, ale nie wiedzieć dlaczego poirytowaną panią w wieku ok. 50-tki. Pani, kiedy w końcu podeszła do okienka, pobieżnie przeglądnąwszy przyniesione przeze mnie dokumenty stwierdziła, że CIT może przyjąć, ale reszty dokumentów nie, bo to są kopie.  Nakazała mi zgłosić się ponownie z oryginałami.  Potulnie odeszłam od okienka, ale zanim dotarłam do wyjścia z Urzędu, uderzyła mnie myśl, że chociaż mogłabym okazać oryginały naszych uchwał, to aktów notarialnych nie, bo są one w prawowitym posiadaniu właścicielek mieszkania. Wróciłam więc do okienka, odwołałam  znowu tę panią od jej biurka i wyjaśniłam mój kłopot.  A pani na to, że ona przecież nie czepia się aktów notarialnych, których kopie są dopuszczalne, ale naszych uchwał.  A skąd miałam wiedzieć, że się ich nie czepia? Przecież powiedziała mi tylko, że moje załączone dokumenty powinny być w oryginale, bez wyszczególniania które dokładnie.  Zupełnie jak za komuny, chociaż ta pani chyba była trochę za młoda, żeby mogła w tym okresie urzędować.  Ale kto wie, może to są jakieś geny?

Po drugie, formularz się zmienił.  Przygotowując zeznanie CIT, najpierw ufnie zabrałam się do przepisywania odpowiedzi z zeszłorocznego zeznania (oczywiście z bieżącymi kwotami, bo na tyle rozumu jeszcze mam), ale natychmiast odkryłam, że  dodano nowe, zupełnie dla mnie niezrozumiałe,  pytania.  Na wszelki wypadek wpisałam w nich same zera, ale nie jestem pewna, czy w tej sprawie nie będą mnie wzywać, grożąc srogo.

Powoli zaczynam wątpić w moją zdolność rozumowania …

wtorek, 8 marca 2016

Dlaczego nie piszę?

Od kilku miesięcy nie piszę na moim blogu i właśnie zaczęłam się zastanawiać dlaczego i analizować możliwe tego przyczyny.

Najprostszym wytłumaczeniem byłby brak czasu, jednak to nie jest przyczyną.  Czas mam, już od czerwca nie pracuję, ponieważ statek mojej macierzystej firmy w Londynie utknął na mieliźnie, z której już chyba nic nie będzie w stanie go odholować na pełne morze.  Nie żałuję, bo przecież już w 2011 roku oficjalnie przeszłam na emeryturę i dorywczo pracowałam dalej tylko dlatego, że jeszcze byłam potrzebna. Teraz, kiedy już niczego nie mogę dla firmy zrobić, rozsądnie spoczęłam na zasłużonych laurach.

Innym powodem mogłaby być starcza demencja, odbierająca pamięć, logikę i zdolność konstruowania sensownych narracji, ale to, dziękować Bogu, jeszcze mnie nie dotknęło.  Nadal potrafię pisać zrozumiale, korespondencja mailowa wychodzi mi całkiem składnie, a i w różnych grupach na Facebook’u  też coś nie całkiem  głupiego wrzucę od czasu do czasu.

A może po prostu nie mam o czym pisać?  Może nic już nie rozbudza mojej wyobraźni, nie wzbudza silnych odczuć, nie powoduje reakcji lub refleksji, którymi chciałabym się podzielić z moimi (nielicznymi, ale wiernymi) czytelnikami?  Może bujam w obłokach jak po jakimś LSD, bez żadnego powiązania  z rzeczywistością?  Może straciłam zainteresowanie sprawami ludzkimi, podejrzewając   rychłe dostąpienie do życia wiecznego?

Nie, niestety to też nie tłumaczy mojego milczenia.  Jestem jak najbardziej trzeźwa i przytomna, obserwuję wydarzenia w kraju,  czuję,  myślę i przeżywam.  Natłok potencjalnych wypowiedzi cały mój umysł zajmuje, ale gardło mam ściśnięte, aby nie wydać krzyku bólu, mniej więcej tak, jak wtedy w Zakopanem, kiedy przy wysiadaniu z autobusu upadłam na lodzie na łokieć i usłyszałam jak pęka mi główka kości ramienia przy barku.  Jednak nie mam ochoty do publikowania swoich myśli na blogu, bo musiałby to być blog polityczny, który na bank ściągnąłby na moją niewinną głowę lawinę hejtowych komentarzy, a po co mi to na stare lata?

Tak więc wybaczcie, że rzadko piszę - bezpieczniejszych natchnień i tematów  mam obecnie zdecydowanie mniej, chociaż jeden taki wpis akurat opublikowałam na mojej anglojęzycznej stronie

środa, 6 stycznia 2016

Tajemniczy atak somnambulizmu w moim mieście

W moim ekskluzywnym i kosztownym  mieście, wbrew wszelkim oczekiwaniom,  niedawno otwarto bardzo tanią jadłodajnię z sieci siedmiu, które działają w województwie.  Jest idealna dla studentów, emerytów, chwilowo samotnych tatusiów z dziećmi oraz dla każdego, kto chce po prostu zjeść domowy obiad po bardzo przystępnej cenie, szybko podany  w czystej i przestronnej restauracji,  albo zabrać na wynos do domu . Znam już taką w innym, prowincjonalnym miasteczku (prawdopodobnie pierwszą w tej sieci) i bardzo sobie chwalę jako doskonałe rozwiązanie w sytuacji gdy nie mam czasu lub pomysłu na obiad.  Zawsze są do wyboru co najmniej dwie zupy i dwa drugie dania z dodatkiem różnych surówek, a  oprócz tego codziennie dodatkowo schabowy, filet z kurczaka, naleśniki i pierogi.  Wszystkie dania są pyszne i porcje jak dla głodnego Polaka, sprzedawane głównie w zestawach zupa + drugie za ok. 12 - 14 zł, zależnie od lokalizacji. Oprócz tych dodatkowych, wszystkie są natychmiast dostępne z gorącego bufetu.  Co prawda, trzeba się pogodzić z faktem, że drugie stygnie kiedy jesz zupę, ale trudno, inaczej by to nie funkcjonowało sprawnie, i  niektórzy klienci wobec tego jedzą w odwrotnej kolejności.

W prowincjonalnej  jadłodajni obsługa jest błyskawiczna, dziewczyny w bufecie i kuchni uwijają się jak w ukropie i nikt nie czeka, chyba, że zamówi danie spoza bufetu.  Za to w mojej nowej restauracji dziewczyny poruszają się jak we śnie, mają rozmarzone oczęta i spowolnione ruchy i chwilę to trwa, zanim się zorientują, że ktoś  chce być obsłużony. A jak już zauważą, to też im wolniutko idzie, bo rozglądają się na koleżanki  i na sufit, jakby szukając gdzieś ostatecznego potwierdzenia, że mają wkroczyć do akcji.

A tu następny przykład podpierający moją tezę o somnambulizmie w moim mieście. Parę tygodni  temu  otwarto od dawna wyczekiwany nowy dworzec  (umieszczony w gigantycznym, ale na razie pustym, centrum handlowym) oraz kilka towarzyszących mu sklepów i kawiarni. Weszłam do piekarni gdzie oferują kawę, kanapki, pieczywo i ciasta.  Lokal wyglądał bardzo przyzwoicie, jasno i czysto, na półkach pięknie prezentujące się bagietki i chleby, a w gablocie apetyczne, świeżo przygotowane kanapki, choć wszystko po nieco wygórowanych cenach.  Za ladą cztery młode osoby, trzy dziewczyny i jeden chłopak, w eleganckich granatowych fartuszkach. Wszystko pięknie, ale obsługa wydała mi się jakaś rozkojarzona, powolna i właśnie somnambuliczna.  Kiedy w końcu udało mi się przykuć uwagę dziewczyny stojącej przy kasie, ta się nagle obudziła i wpadła w panikę, że poprzednia klientka opuściła sklep bez zapłacenia  za zakup.  Druga ekspedientka  poleciała na dworzec  za podejrzaną, ale wróciła z niczym.  W międzyczasie ja zwróciłam uwagę kasjerki na monety leżące na kontuarze i okazało się, że to właśnie była zapłata za zakup tej ściganej klientki, tylko kasjerka tego nie zauważyła.

Chciałoby się zapytać, czy w moim mieście, niedostrzeżona przez  SanEpid czy jego dzisiejszy odpowiednik,  zapanowała epidemia  somnambulizmu, chociaż o ile mi wiadomo, nie jest to choroba zakaźna.   Mój mąż jest skłonny  złożyć  takie zachowanie na karb balowania do wczesnych godzin rannych (co zresztą sam też często uskutecznia, więc wie jak jest).   Jedna z naszych młodych przyjaciółek uważa, że to po prostu sprawa popytu i podaży: w moim mieście jest praca, w tym prowincjonalnym nie ma, więc się ją bardziej ceni.   A ja podejrzewam, że mogą to być  niedociągnięcia kierownictwa, które często bywają przyczyną złego funkcjonowania usług:  brak szkolenia, niejasne formułowanie obowiązków pracownika lub oczekiwanego standardu pracy.  Całkiem możliwe, że prawda leży gdzieś pośrodku.

Na koniec jeszcze spostrzeżenie, że w tej sieci jadłodajni jest taniej na miejscu niż na wynos, bo za styropianowe pojemniki się płaci.  To chyba coś mówi o cenie robocizny w Polsce:  np. w Anglii, jeżeli jest różnica w cenach, to na wynos jest taniej.

czwartek, 19 listopada 2015

Nowy wariant oszustwa "na wnuka"

Dzwoni mój stacjonarny telefon, który charakteryzuje się tym, że przychodzą nań jedynie rzadkie telefony of moich dwóch sąsiadek oraz dużo niechcianych zaproszeń na bezpłatne badania diagnostyczne, wypasione spotkania „wybrednych” konsumentów i inne podobne okazje nie do przepuszczenia.

Odbieram i słyszę:  Ciocia?

Ja:  Kto mówi?

Kobieta:  No, nie poznaje Ciocia? To ja. (i tak dobrze, że nie uznała mnie za mężczyznę z powodu mojego niskiego głosu, na co się łapie wielu z tych dzwoniących)

Ja:  Przepraszam, ale nie poznaję.

Kobieta:  Dla ułatwienia dodam, że nie z (nazwa mojego miasta).  No niech sobie Ciocia przypomni gdzie ma rodzinę?  No gdzie?

Ja, podejrzewając  próbę wyciągnięcia informacji w celu kontynuowania oszustwa:  Nie wiem, proszę się przedstawić.

Kobieta na to rozłącza się.

Podejrzewam, że to był dość nieudolny wariant oszustwa „na wnuka”.  Gdybym wyjawiła, że mam rodzinę w X, Y i Z, to kobieta podpisałaby się pod jednym z tych miejsc  i dalej działałaby w celu wyciągnięcia ode mnie kasy.  Scenariusz pewnie byłby typowy: jestem w wielkiej potrzebie, ale sama nie mogę po forsę przyjechać z jakiegoś ważnego i przekonywującego  powodu, więc poślę kolegę.  Ja, wzruszona do głębi jej trudną sytuacją, miałabym popędzić do banku i wyjąć wszystkie moje oszczędności w gotówce, żeby przekazać je koledze dla uratowania mojej krewnej.

Niestety, takie oszustwa odbywają się od lat i wiele starszych osób pada ich ofiarą.  Na szczęście ja jeszcze jestem w miarę przytomna, ale kto wie, jak zareagowałabym, gdybym była 20 lat starsza.

Dziwi  mnie, że przy  dostępnej technologii  takich oszustów nie da się wyśledzić  po numerze telefonu.

 

niedziela, 6 września 2015

Wybrednego smakosza przegląd sopockich restauracji

Uwielbiam jeść i zresztą gotować też, ale tak się składa, że co najmniej raz na tydzień jadam w restauracji.  W Sopocie jest ich zastraszająca ilość i wiele z nich przez ostatnie parę lat odwiedziłam, z różnym powodzeniem.  Poniżej opisuję moje wrażenia z nich, ale, żeby je w pełni zrozumieć, trzeba znać mój gust kulinarny.  Lubię potrawy wyraziste, dobrze przyprawione, nie unikam ostrych; uwielbiam kuchnię polską,  francuską, włoską, hinduską i chińską;  nierozgotowane warzywa swojskie i śródziemnomorskie, kiszonki, surówki i zielone sałatki z odpowiednim sosikiem oraz wszelkie zioła i czosnek. Lubię mięsa i sery, najświeższe ryby oraz krewetki, homary i raki (niestety na małżowate mam uczulenie) a także pierogi, naleśniki i kluski (oprócz śląskich, bo zbyt gumowate).  W poniższych opisach nie podaję dokłanych adresów, ale chętni mogą  je łatwo znaleźć w Internecie – wiele jest na głównym sopockim deptaku prowadzącym do mola, ul. Bohaterów Monte Cassino.

Bar Przystań – najpopularniejsza w Sopocie restauracja rybna i bodajże jedyna, która się w rybach specjalizuje. Znajduje się tuż przy plaży na gdańskim skraju Sopotu i zawsze jest zatłoczona.  Moim zdaniem jest mocno przereklamowana: ryby, owszem, świeże, ale te z pieca są wysuszone i słabo przyprawione, a dodatki miernej jakości. Można tam pójść, ale niekoniecznie.

Baroco – na rogu ulic Boh.Monte Cassino i Westerplatte, ze stolikami na zewnątrz.  Jedzenie jest wspaniałe i pięknie podane: befsztyki, pieczone i smażone ryby, sałatki oraz bardzo tanie i pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) w południe, ale obsługa i organizacja marniutka i łatwo się załamuje -  przypuszczalnie z powodu niedoświadczonego kierownika i niedoświadczonych, przepracowanych kelnerek.  Moje ulubione danie to pieczony łosoś z mozzarellą i suszonymi pomidorami na gotowanych warzywach (kalafior, brokuły, marchew, cukinia), ale jadłam tam też świetne flądry z pieca. Polecam cierpliwym gościom o stoickim usposobieniu.

Smakosz – mniej więcej w połowie ul. Boh.Monte Cassino. Reklamuje polskie dania i owszem, ma  je w menu, ale kiedy tam zawitaliśmy z naszymi litewskimi gośćmi, okazało się, że np. żadnych pierogów akurat nie ma. Mąż tam tydzień wcześniej jadł pyszny szpinak z masłem i czosnkiem, ale tego dnia nam się nie powiodło.  Ja zamówiłam smażonego łososia, którego podali wysmażonego do sucha,  w panierce – no toż to świętokradztwo! Towarzyszące surówki były znośne, ale nieciekawe.  Kolega jadł smutno i wątle wyglądające pieczone żeberka, a mąż polędwiczki wieprzowe z kurkami, które były bardzo smaczne.  Ogólnie więc nie polecam.

Cuda Wianki – przyjazna i tania naleśnikarnia na górze Monte Cassino. Pyszne naleśniki ze zwykłej mąki lub pełnoziarnistej albo ziemniaczane, z dużym wyborem farszu.  M.in. robią naleśnik z farszem jak do pierogów ruskich – niebo w gębie!  Jedyny mankament to mała ilość stolików, więc zwykle trzeba chwilę poczekać. Uwaga: nie podają piwa ani wina!  Zdecydowanie polecam.

Błękitny Pudel – na Monte Cassino, mniej więcej naprzeciw Krzywego Domku, ze stolikami  na zewnątrz.  Ceny przystępne, jedzenie bardzo dobre,  mają niezbyt szerokie menu zawierające  swojskie polskie potrawy (np. doskonałe pierogi ruskie, kaszanka, wątróbka) oraz różne bardziej wykwintne, ale co najmniej pół godziny się na nie czeka.  Polecam dla cierpliwych, zawsze można czas zabić herbatką czy piwem.

Mówisz i MASZ (do niedawna Image) – cenowo niezbyt droga jak na Sopot, bardzo dobra restauracja / pub na Grunwaldzkiej. Jako Image, jeszcze na początku tego roku, była moją ulubioną restauracją, bo miała ciekawy,  przytulny  i niecodzienny wystrój (m. in.  z rysunkami z Kamasutry na suficie) i oferowała  pyszne zestawy obiadowe (zupa i drugie) za 20 zł, z których mąż zawsze korzystał, a w menu miała wykwintne dania, np. skwierczące krewetki w maśle z czosnkiem (moje ulubione) czy kotleciki z jagnięciny.  Obecny wystrój jest prosty i mniej przytulny, ale może bardziej atrakcyjny dla młodych?  Podejrzewam, że w nowej nazwie „i MASZ”   odzwierciedla polską wymowę francuskiego słowa „image”.  Menu nie zawiera już tanich zestawów obiadowych, chociaż może po sezonie do nich powrócą, ale nadal serwują te wspaniałe krewetki oraz codziennie wybór świeżutkich i dobrze przyrządzonych ryb.   Podczas ostatniej tam wizyty, dwa tygodnie temu, odrobinę się zawiodłam, bo przy zamawianiu wskazałam palcem na menu ciekawie brzmiący chłodnik z jogurtem, rzodkiewką i kalarepą, a przyniesiono mi  taki z botwinki, który widniał na tablicy przed restauracją, i na dodatek nie tak smaczny jak ten, który często sama robię.  Absolutnie nie był zły, ale uważam, że kelnerka  (jakaś nowa, bo nigdy przedtem jej tam nie widziałam) powinna była mnie poinformować  o tym przy zamawianiu. Pomimo tego,  polecam  gorąco.

Sanatorium – dwa kroki od Mówisz i MASZ, potrawy tańsze i bardzo pyszne. Najlepsze są makarony, które można wybrać do każdej potrawy.  Ja zwykle biorę moje ulubione farfalle w potrawie  Sanatorium - szparagi, czosnek, oliwa i boczek.  Polecam.

Pizza Tresoro – na górze Monte Cassino oraz przy Władysława łokietka w kierunku na Gdańsk. Ciasto doskonałe!  Moja ulubiona pizza to ta z pikantnym włoskim salami, ale wybór jest olbrzymi.  Polecam.

Dwie restauracje hinduskie, niedaleko od siebie na Grunwaldzkiej, jedna po tej stronie co Sanatorium, a druga po przeciwnej.  W pierwszej podają potrawy może i z hinduskich przepisów, ale chyba robione z polskich zastępczych składników, więc efekt w niczym nie przypomina mojej ukochanej kuchni hinduskiej.  W drugiej każde danie jest serwowane w takim samym pomidorowym sosie, co w ogóle nie ma odniesienia do prawdziwej kuchni hinduskiej, którą dobrze znam.  To jest skandal i obraza! Absolutnie odradzam!

Browar Sopocki – były  Złoty Ul  na górze Monciaka – od niepamiętnych czasów była to knajpa dla samotnych i spragnionych oraz dla chętnych na czarnorynkowe dolary, gdzie równie dobrze można było wypić kawę i zjeść ciastko jak się upić.  Od niedawna  jest tam elegancka restauracja, a w głębi prawdziwy i działający browar, produkujący najprzedziwniejsze piwa, które serwowane są w restauracji . Mają wspaniałe befsztyki, ale podają je z wielkimi i kompletnie nieporęcznymi  kuchennymi nożami zamiast noży do steków – może wydaje im się, że tak jest bardziej światowo, ale naprawdę trudno tym jeść.  Warto spróbować.

środa, 26 sierpnia 2015

Ostatni zajazd na Litwie

Planując i przygotowując imprezę na 90-te urodziny Mamy nie mogłam się opędzić od podtytułu „Pana Tadeusza”.  Wbił mi się w mózg z kilku powodów, z których najważniejsze to zdrowotna równia pochyła, po której Mama coraz szybciej zjeżdża oraz postępujący niedobór energii u organizatorów, czyli  mnie i mojej siostry.

Na imprezę chciałyśmy zaprosić wszystkich przyjaciół domu oraz najbliższą rodzinę z Krakowa i Bielska-Białej i wyszło tego ok. 50-ciu osób, więc, pomimo tego, że Mamy urodziny wypadają w listopadzie, impreza musiała się odbyć w lecie, w ogrodzie, bo jej dwuizbowy wiejski domek takiej liczby gości nie byłby w stanie pomieścić, toż to prawie jak całkiem przyzwoite wesele!

Wyznaczyłyśmy termin na sobotę 25-go lipca i planowanie zaczęłyśmy miesiąc wcześniej, a zakupy niedługo potem. Menu było obszerne i urozmaicone: na początek barszcz z krokietami, których sporą ilość wyprodukowałyśmy dużo wcześniej i zamroziłyśmy na właśnie taką okazję; kilka wykwintnych potraw na zimno z pieczywem, żeby umilić czekanie na grill, a z grilla marynowane polędwiczki wieprzowe i kiełbaski z bardzo dobrej wędliniarni.  Na koniec jeszcze dodałam kilka filetów z łososia, żeby się nie zmarnowały, bo miałam przygotowane do usmażenia poprzedniego dnia dla gości z południa, ale nie wszystkie się zjadły, więc  na imprezie przyprawiłam je jednym z sosów przygotowanych do krewetek (sojowo-imbirowym),  ugrillowałam i miały wielkie powodzenie wśród kilku spóżnionych gości.

Potrawy na zimno składały się z mozzarelli z pomidorami, przyprawionej oregano i oliwą; olbrzymich krewetek z dwoma sosami, sojowo-imbirowym i majonezowym z harissą; wędzonego łososia w sosie śmietanowo-chrzanowym z kaparkami; sałatki z młodych ziemniaków i jajek w majonezie ze szczypiorem; kurczaka koronacyjnego (potrawa wymyślona na 50-tą rocznicę koronacji angielskiej królowej Elżbiety II); świeżutkich białych bułeczek; chrupiących ogórków zakiszonych tydzień wcześniej oraz pysznego smalcu i żytniego chleba.  Na wszelki wypadek był też półmisek porcjowanych pieczonych kurczaków do konsupmpcji na zimno lub z grilla, żeby, broń Boże, nikt nie wyszedł głodny, ale zostały prawie wszystkie, bo oczywiście, jak zwykle u mnie, wszystkiego było za dużo. Mam jakąś paranoję na ten temat: w czasie przygotowywania wpadam w panikę, że nie starczy tego dla wszystkich, a potem zawsze się okazuje, że jest na pułk wojska.

Na deser były dwa półmiski pokrojonych i pięknie przez kuzynkę i najbliższą przyjaciółkę zaprezentowanych owoców, trzy torty z naszej wypróbowanej cukierni Sowa (zupełnie niepowiązanej z tą od podsłuchów) oraz ciasta zakupione przez gości z południa. Całemu posiłkowi towarzyszyły woda, soki oraz galony wina i piwa, więc było co pić.

Gości przybyło na imprezę trochę mniej, ok. 35, bo nie wszyscy mogli, ale parking na trawniku wzdłuż wjazdu i tak okazał się niewystarczający, więc najpózniejsi goście zaparkowali już na szosie.  Kiedy najwcześniejsi przybysze chcieli wyjechać, trzeba było zrobić większe przemeblowanie. Skomplikowanymi manewrami samochodów bardzo sprawnie zawiadował brat - kapitan, który ma ku temu wybitne kwalifikacje, jako że jego obecna praca  obejmuje m.in. ształowanie trudnych ładunków na statkach.

Os, much i komarów na szczęście nie było z powodu deszczowej aury, ale przybył jeden nieproszony gość -  wielka i malownicza ćma, która całkiem możliwie mogła być jakimś paskudnym szkodnikiem drzew.

Mimo burzliwej i deszczowej pogody impreza była udana. Mama, która już nie wstaje z łóżka i jest bardzo słaba, kazała się wywieźć na wózku na ganek, gdzie przywitał ją tłum gości, intonując „Sto lat”,  co ją bardzo ucieszyło i podbudowało. Miała w ogóle bardzo zajęty dzień, bo każdy nowy przybysz wchodził do jej pokoju, żeby się przywitać, wręczyć kwiaty i pogadać. Mama, choć urodzona w Jaworznie, jest z natury góralką i harcerką, więc nic jej nie straszne. Wspominała to potem przez kilka dni, mimo, że pamięć już bardzo szwankuje. Bardzo dobrze też jej zrobiła obecność gości z dalekiego południa: córki jej zmarłego brata, siostry Taty z mężem i naszej najbliższej prrzyjaciółki, która od dziecka uważa ją za swoją drugą mamę, więc doceniam ich trud w pokonaniu ciężkiej drogi z jednego końca Polski na drugi.

Konstatuję wobec powyższego, że nasz wysiłek w przygotowaniu imprezy się opłacił z nadwyżką, zwłaszcza, że szczególnie dobrze wpłynęła ona na Mamę, która po niej odzyskała trochę chęci do życia.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Dziw natury? Rododendron w sierpniu!

W moim maciupcim miejskim ogródku właśnie kwitnie rododendron!!!

A żeby nie było wątpliwości, na następnym zdjęciu widać jego typowo sierpniowe otoczenie: hortensję, niecierpek, begonię, paproć i funkię. 

Ten okaz posadziłam późnym majem, kiedy już przekwitał.  Potem oberwałam mu przekwitnięte kwiaty, żeby nie wysilał się niepotrzebnie na nasiona, i, zgodnie z moimi oczekiwaniami, zawiązał dorodne pąki kwiatowe, a tydzień temu, ku mojemu bezmiernemu zdumieniu, zaczął je otwierać!  Myślałam,  że to to będzie tylko jeden pomylony pąk, ale zaraz zakwitł drugi i już dwa następne pękły. Do tej pory byłam święcie przekonana, że rododendrony kwitną tylko raz do roku, w maju, a potem tworzą przyrosty i pąki kwiatowe na następny rok.

środa, 6 maja 2015

Wizyta w Paryżu – cz.2

O Paryżu możnaby oczywiście pisać bez końca, ale spróbuję tu zmieścić resztę naszych najważniejszych wrażeń z tych trzech dni pobytu, z których jeden, niedzielę,  spędziliśmy prawie całkowicie pijąc i jedząc w barach i restauracjach, bo lało jak z cebra. Za to połaziliśmy sobie po mieście do woli i w sobotę, kiedy było ciepło i słonecznie, i w poniedziałek, też słoneczny ale zimny z powodu bardzo silnego wiatru.

W sobotę trafiliśmy na dwa małe targowiska żywnościowe, które we Francji są zawsze wyjątkowo piękne i ciekawe: piękne z powodu natchnionej aranżacji barwnych produktów na stoiskach, a ciekawe z powodu różnorodności towaru oraz dobrze poinformowanych, czasem ekscentrycznych, pomocnych sprzedawców, najwyraźniej kochających to co oferują publice.  Pierwsze odkryłam paląc przedśniadaniowego papierosa na balkonie, na placyku tuż przy naszym hotelu, więc tamże udaliśmy się zaraz po śniadaniu. Było tylko 6 czy 8 stoisk, z warzywami i owocami, serami, rybami,   wędlinami i może jeszcze jakieś inne,   ale nie pamiętam, bo natychmiast zaabsorbowały mnie sery i wędliny.  Najpierw obejrzałam sery, które na jednym stoisku wyglądały o wiele bardziej autentycznie niż na drugim.  Ażeby dać sobie czas do namysłu, poszłam potem do wędlin, gdzie od rozmaitości suchych kiełbas w rodzaju salami (saucisson sec) kręciło się w głowie.     Długo myślałam i oglądałam, spróbowałam jednej z osła i była bardzo dobra, ale w końcu kupiłam dwie bardziej tradycyjne, wieprzowe i przepyszne.  Później jeszcze wróciłam na to stoisko i poprosiłam, żeby mi pokrojono po kilka plasterków z każdej, włożyłam je do torebki i podjadaliśmy je przez cały dzień.  Potem udałam się po sery i kupiłam dojrzały kozi w czarnej posypce i jakiś inny, bardzo pachnący i tłusty.  Zjadłabym to wszystko na raz, ale na szczęście rozsądek wziął górę, odnieśliśmy je do hotelu i wyruszyliśmy w Paryż.

Następny rynek był trochę większy i ruchliwszy i najbardziej zaciekawiło mnie jedno stoisko z serami, któremu prezydował chyba ciut podpity właściciel w prawie napoleońskim kapeluszu.   Niektóre sery były imponujących rozmiarów, w życiu nie widziałam tak olbrzymich jak bardzo stary Cantal (dość łagodny, ale szlachetny i doskonały) i trochę młodszy Comte, którego nienapoczętych kół używano jako stołu do krojenia. 

Na inne, bardzo sławne, targowisko natknęliśmy się w poniedziałek, kiedy niestety było nieczynne: Marche des Enfants Rouges (Targ Czerwonych Dzieci) w 3-ciej dzielnicy, Rue de Bretagne.  Jest to najstarszy zadaszony targ w Paryżu, a jego nazwa pochodzi od sierocińca, który znajdował się w pobliżu i w którym dzieci nosiły czerwone mundurki czy może fartuszki. Bardzo żałowałam, że to był poniedziałek – zły dzień dla turystów we Francji, bo wiele interesujących miejsc jest zamknięte, np. wszystkie muzea.   Na dodatek okazało się też, że zamknięta jest piekarnia koło hotelu, której prężne działanie zaobserwowałam z balkonu w niedzielę i w której planowałam w poniedziałek zakupić świeże bagietki do naszych serów i kiełbas, żeby uczynić z nich kanapki na drogę powrotną.

Paryż ma swoistą architekturę, np. te typowe kamienice z balkonami i mansardami  czy te osławione, przepiękne, chyba bardziej fin-de-siecle niż art deco, stacje metra.   Tu nie ma małych budowli, wszystko jest z rozmachem, np. budynek domu towarowego Samaritaine (który stoi pusty, ale jest możliwość, że znowu ożyje)

    czy chyba 40-metrowej wysokości  pomnik na placu Bastille.    

W niedzielę chciałam iść na mszę do Notre Dame, co już raz kiedyś zrobiłam, ale dla pewności w sobotę poszłam sprawdzić, kiedy są msze i jak się tam dostać.  Oczywiście była spora kolejka do wejścia, ale stał przy nim znak, który kierował zwiedzających do wejścia po prawej, a kongregację mszalną do wejścia po lewej, więc większość kolejki szła w prawo.  Kiedy dotarłam tam w niedzielę rano, okazało się, że kolejka miała ok. kilometr długości (nie przesadzam), a znak ktoś odwrócił tyłem, tak, że wszyscy pchali się do wejścia mszalnego po lewej.  W katedrze jest ruch jednokierunkowy i przy wyjściu stał strażnik, ale dlaczego nikogo nie było przy wejściu, zwłaszcza w niedzielę?  Wobec takiego bałaganu zrezygnowałam z walki i ruszyłam w stronę hotelu.  Po drodze napotkałam kościół St. Gervais, w którym właśnie odbywała się msza, więc tam weszłam.  Trochę późno, bo już zbliżało się podniesienie, ale trudno, nie miałam wyboru.  Kościół był, jak wszystko w Paryżu, olbrzymi, i należał do jakiegoś zakonnego bractwa.  Bardzo uroczystą i długą mszę odprawiali bracia zakonni, a towarzyszyły im zakonnice zebrane przed ołtarzem.  Zamiast ławek były drewniane stołki i ludzie nie klękali, bo klęczników nie było, ale we właściwych momentach wstawali.  Msza była piękna, w akompaniamencie chóru zakonnic, ale najbardziej zachwyciło mnie zachowanie wiernych.  Wszyscy bez wyjątku zachowywali się bardzo nabożnie, poruszali się z namaszczeniem i cicho,  w ich postawach widać było ogromny szacunek i nie było wrzeszczących i biegających dzieci.  Dla mnie to było niezwykłe, bo w Anglii, we Włoszech i w Polsce na mszach jest hałas i rozgardiasz i takich rozmodlonych ludzi się nie widuje.

Podczas naszej poniedziałkowej wędrówki trafiliśmy na Pont de L’Archeveche, na którym od wielu lat odwiedzający Paryż wieszają kłódki z różnymi napisami upamiętniającymi ich wizytę.   Ogólny widok jest imponujący, ale zaczyna brakować miejsca do podczepiania kłódek, więc tworzą się z nich zwisające winogrona.   Szkoda, że byliśmy tam tak przelotnie, bo jestem pewna, że niektóre stare kłódki miałyby ciekawą historię do opowiedzenia.

Najzupełniej zgadzam się ze słowami znanej piosenki  „I love Paris in the springtime” – w mieście kwitła już wisteria   i niezwykłe, duże,  niebieskie kwiecie na drzewach, których nazwy niestety nie znam, a po drodze z lotniska Beauvais, ok. 90 km od Paryża, widziałam też pola kwitnącego rzepaku.

Jeszcze na koniec dwie ciekawostki, które zwróciły moją uwagę: artystyczne, trochę art deco,  wszechobecne miejskie kosze na śmieci   oraz apetyczne stoisko z owocami morza przy jakiejś restauracji. 

poniedziałek, 4 maja 2015

Wizyta w Paryżu (z dygresjami) – cz.1

Tydzień temu, w poniedziałek w nocy, wróciliśmy z weekendowego wypadu do Paryża, mojego ulubionego europejskiego miasta, w którym bywałam już z mężem wiele razy.  Mąż odwiedzał Paryż od najmłodszych lat dziecięcych, ponieważ tam właśnie mieszkali jego francuscy dziadkowie ze strony matki, ale pierwszy raz byliśmy tam razem w podróży „przedślubnej” w 1971 roku, kiedy to na dwa tygodnie przed wstąpieniem w związek małżeński uciekliśmy tam na tydzień, samolubnie i beztrosko pozostawiając wszelkie przygotowania do wesela, łącznie z listą gości i dopilnowaniem szycia mojej sukni, w rękach mojej Mamy oraz jej najbliższej przyjaciółki, w czym spisały się na medal. Przesunęły też termin ślubu na tydzień wcześniej, bo tak akurat pasowało najbliższej rodzinie z drugiego końca Polski, ale my nie ingerowaliśmy, byliśmy po prostu wdzięczni, że ktoś ma to wszystko pod kontrolą i my nie musimy sobie tym zaprzątać głów bujających w obłokach młodości i miłości.  Może właśnie dlatego nigdy potem nie mogłam zrozumieć dziewczyn, które przez rok przed ślubem pochłonięte były planowaniem wesela w najdrobniejszych nawet  szczegółach,  ale istnieje też możliwość, że wynikało to z mojego kompletnego braku romantyzmu.

Ostatni raz byliśmy w Paryżu ładne parę lat temu, ale, zapewne z powodu starczej demencji, ani mąż ani ja nie możemy sobie przypomnieć, kiedy to było. Mniejsza o to, ważne, że znowu nas tam zagnało i znowu odczuliśmy specyficzny czar tej metropolii.  Mimo wielu zmian i unowocześnień, Paryż to Paryż i nadal zachwyca atmosferą, architekturą i francuskością.

Nasz hotel był ok. 200 m od imponująco masywnego budynku merostwa Paryża,  w bardzo dostojnej  4-tej dzielnicy stanowiącej główną część rejonu Le Marais, obejmującego również partie 3-ciej dzielnicy.  Długo zastanawiałam się nad jego wyborem  (przez sprawdzony portal booking.com),  bo szukałam pokoju z balkonem, na którym mogłbym spokojnie palić.  W końcu trafiłam na Hotel de Nice na Rue de Rivoli, który, co prawda, w opisie zarzekał się, że wszystkie pokoje są dla niepalących, ale miał balkony.  Na miejscu okazało się, że w publicznych pomieszczeniach się nie paliło, ale w pokojach nie było to zabronione.  Dotarliśmy tam późno w piątek, więc przed zamknięciem lokali starczyło czasu jedynie na zaspokojenie pragnienia w jednym z siedmiu okalających hotel barów/bistro.  Pokój był maciupci  ale czysty, okna z podwójnymi szybami, które skutecznie izolowały od hałasu z zewnątrz,  łóżka wygodne, łazienka z dobrym ciśnieniem wody i bez tak częstych we Francji nieprzyjemnych zapachów czy odgłosów.   Na ścianach oraz większych panelach drzwi była niesamowicie kolorowa tapeta, przedstawiająca wielkie papugi na kwitnących gałązkach    – może w domu bym sobie takiej nie sprawiła, ale tu w jakiś sposób nie zgrzytała i pasowała do reszty.  Cały wystrój hotelu był intensywnie kolorowy, np. lustra na schodach zdobione trochę rażącym turkusem, ale w jadalni i holu przed recepcją kolory te pochodziły z przepięknych afgańskich czy perskich dywaników oraz ze stylowo i kolorystycznie z nimi zgodnymi, powłóczystych obrusów.  Wszystkie ściany w jadalni zawieszone były starymi  obrazami w ramach, a jedną prawie całkowicie zajmował wyglądający na oryginał portet eleganckiej kobiety w czarnej sukni, z małym pieskiem i kotem u stóp.  Do tego wszystkiego fantazyjnym ubiorem pasowała Madame, która pojawiła się w recepcji w poniedziałek, w beżowym szyfonowym szalu owiniętym na głowie, z którego na czubku  wystawał kok włosów, i w zwiewnej czarnej bluzce do bladoróżowych pantalonów.

Hotel zwał się Hotel de Nice i polecam go bez zastrzeżeń, nie tylko z powodu lokalizacji czy bogatego francuskiego wystroju z przełomu XIX / XX wieku, ale także z powodu przepysznego, typowo francuskiego śniadania za 8 €, co w porównaniu z 5 – 6 € za kawę w pobliskich barach jest bardzo przyzwoitą ceną.  Podawano kawę i ciepłe mleko, sok pomarańczowy, paczuszki prawdziwego masła i różnych dżemów,  a do tego duży kawałek świeżutkiej i chrupiącej bagietki oraz rozpływającego się w ustach croissanta. W jadalni słyszeliśmy krytyczne głosy angielskich gości,  a to że za mało, a to że bagietka zbyt chrupiąca i zębów szkoda, ale wytłumaczyliśmy je sobie ich nieznajomością francuskich zwyczajów.  Pamiętam, jak za którymś naszym pobytem w Paryżu zamówiliśmy śniadanie do pokoju, ale powiedziano nam, że skończyły się bagietki.  Mąż zrobił awanturę przez telefon, niezbyt gramatyczną francuszczyzną ale z właściwą intonacją, że to skandal, że jak tak można, i za 10 minut dostaliśmy śniadanie z bagietkami, które ktoś z personelu przyniósł z pobliskiej piekarni.  Dowód to niezbity, że francuskie śniadanie to instytucja, no i czy wypada na to narzekać?  Nie wiem jak reagują na nie Niemcy, którzy bez kilku rodzajów wędlin i sera żółtego oraz gotowanych jajek w towarzystwie rozmaitego pieczywa śniadania nie uznają, a Anglicy pewnie oczekiwaliby jajecznicy lub jajek na bekonie i tostów albo ewentualnie (ci bardziej o zdrowie dbający) płatków śniadaniowych z mlekiem i jogurtów, ale uważam, że francuskie śniadanie jest nieodłączną częścią narodowej tradycji i, zwłaszcza kiedy pieczywo jest takie doskonałe, należy to docenić.

Kontynuując temat jedzenia, tym razem jakoś nie trafiliśmy na zjawiskowo dobre potrawy, może dlatego, że jadaliśmy w dzielnicy Marais a nie np. we wcześniej nam znanych i kochanych okolicach Montmartre, a może dlatego, że Paryż się za bardzo skomercjalizował, ale i tak zjadłam pyszne ślimaki, niezwyczajnie przyprawione rozmarynem, dobry pasztet z kaczki z ziołami oraz znakomicie przyprawioną sałatkę z z chrupiącą sałatą Romaine, awokado, kurczakiem z grilla i serem pleśniowym.

I mąż i ja zaobserwowaliśmy wiele zmian od naszego poprzedniego pobytu, np.:

- nowocześniejsze  wagony i perony metro

- brak ofert „vin de table” (najtańsze wino stołowe) i mniejszą ilość tanich zestawów menu w baro-restauracjach

- wprowadzenie w barach, na modłę angielską, Happy Hours, czyli godzin, kiedy wszelkiego rodzaju napoje alkoholowe kosztują mniej niż zwykle

- wszechobecność „service compris”,  czyli napiwku zawartego w cenie serwowanego napoju czy dania

- zwiększoną ilość żebraków (spotykało się ich dosłownie co dwieście metrów) i wykorzystywanie przez nich psów, kotów i małych dzieci do wzbudzenia litości przechodniów.  Byli też inni, młodzi ludzie, niewyglądający na bezdomnych i zaniedbanych, którzy  stawiali przed sobą tabliczkę z napisem „Jestem głodny/a”, jakich przedtem w Paryżu nigdy nie widywałam.

I jeszcze jedno, co nie jest zmianą, a wręcz atawizmem: kawiarniane toalety nad którymi trzeba kucać, bo są po prostu pokrytą ceramiką dziurą w ziemi.

Co do bezdomnych,  to udało mi się poczynić trochę obserwacji, ponieważ, nie chcąc zaśmierdzać pokoju, często wychodziłam na balkon, żeby wypalić papierosa i to właśnie dało mi okazję do uzyskania odrobiny wglądu w ich życie.   Moja działalność przywodziła mi na myśl Georga Orwella, który prawie wiek wcześniej obserwował takich wyrzutków społeczeństwa („Down and Out in Paris” czyli „Na dnie w Paryżu”), jednak jego wyrzutkowie z 1929 1930 roku byli raczej nieporównywalni z moimi, bo z zupełnie innych powodów takimi się stali.  Ci na skwerze pod hotelem byli z nowszej generacji i tworzyli dobrze zorganizowaną grupę. W sobotę o 9-tej rano zauważyłam czterech mężczyzn, siedzących na ławce na końcu skweru.  Każdy miał zarost, czapkę, ciepłą kurtkę i troszkę zdezelowną walizkę na kółkach z całym ziemskim dobytkiem.  Palili papierosy, pili piwo i cydr i zabawiali się rozmową, której oczywiście nie słyszałam.  Wieczorem już ich tam nie było.  W niedzielę rano znowu się tam pojawili z tymi swoimi walizkami, siadając na tej ławce jeden po drugim.  Jeden odszedł na chwilę i powrócił z puszkami piwa i zakorkowanymi butelkami cydru, z których jedną inny z nich przelał do plastikowej zakręcanej butelki.  Drugi w międzyczasie pozbierał niedopałki ze skweru i tytoń z nich zawijał w gazetę, a potem to palili jako papierosy.  Któryś przyniósł radio, przy muzyce z którego tańczyli naokoło ławki, najwyraźniej  ciesząc się życiem.  W poniedziałek rano było zupełnie inaczej.  Spotkali się jak zwykle, ale był jakiś popęd, nikt się nie obijał.  Jeden jeszcze przed 9-tą wziął swą torbę i szybkim krokiem się oddalił, co chyba oznaczało, że poszedł do pracy.  Drugi też odszedł, ale wrócił po chwili z rozpłaszczonym kartonem, z którego, pożyczywszy nóż od kolegi, wyciął zgrabną samostojącą tabliczkę, na której potem coś mozolnie pisał. Później widziałam jednego z nich siedzącego pod murem merostwa.  Miał przed sobą tę tabliczkę, nie przeczytałam jej,  ale można śmiało przyjąć, że widniał na niej powód żebrania.  Nie wiem, gdzie ci ludzie sypiali, ale może w przytułku dla bezdomnych, który znajdował się w pobliżu. Najbardziej w ich zachowaniu zadziwiło mnie to, że śmieci, własne lub leżące w ich pobliżu, skrupulatnie wrzucali do pobliskiego miejskiego kosza  - toć to większa kultura niż np. wśród londyńskich przechodniów, którzy rzucają śmieci wszędzie, dokładnie tak, jak nieświadome ptaszęta odchody.

Tekst się zrobił długi, więc resztę opiszę w następnym odcinku.

sobota, 11 kwietnia 2015

Ludzie i ludzie

Dzisiaj miało być na dwa zupełnie różnego kalibru tematy, ale nie będzie, ograniczę się do jednego, bo nie mam ochoty tym drugim ściągnąć na swoją niewinną głowę jadowitych wybuchów hejterów.

Poszliśmy wczoraj na obiad do często przez nas odwiedzanej restauracji, która, opócz doskonałych dań a la carte oferuje też bardzo przyzwoite zestawy obiadowe (zupa i drugie danie) za 16 do 18 zł, dobrze ugotowane, smacznie przyprawione i ładnie podane w wystarczająco sporych porcjach.  Mąż zawsze zamawia zestaw, a ja, ponieważ nie potrzebuję dwóch dań, zazwyczaj wybieram jedno pyszne danie z karty, na które, niestety, muszę czekać skręcając się z głodu aż mąż skonsumuje  zupę z zestawu. No, ale w końcu doczekałam się mojego wspaniałego pieczonego łososia z mozzarelą i delikatnie gotowanymi jarzynami i, najadłszy się do syta,  wyszłam na zewenątrz, bo oczywiście palić w restauracji nie wolno.  Tam zaobserwowałam grupkę 4 młodych osób, które debatowały, czy wejść czy nie wejść.  Troje po kolei podchodziło do tablicy z opisem zestawów i wracało do grupy bez decyzji.  Potem  jedna dziewczyna zaczęła uważnie studiować menu a la carte, wystawione na stojaku, przy którym akurat stałam, więc, chcąc jej pomóc w podjęciu decyzji, życzliwym głosem podpowiedziałam:  „Jedzenie jest tu bardzo dobre, te zestawy też.”  I w tym momencie zaskoczył mnie kompletny brak reakcji na moje odezwanie, tak, jakby go wcale nie było. Pomijając już jakąkolwiek odpowiedź, dziewczyna ani nie popatrzyła na mnie, choćby przelotnie, ani nie skinęła głową, ani się nie uśmiechnęła, w ogóle nie dała żadnego znaku zarejestrowania mojej wypowiedzi, mimo, że głos mam wybitnie słyszalny.  Głucha nie była i po polsku rozumiała, co wiem z wcześniejszej obserwacji tej grupki, więc skąd takie całkowite ignorowanie drugiego człowieka?  Na obszczymordę czy innego wyrzutka społeczeństwa raczej nie wyglądam, więc jeżeli to nie ja byłam powodem takiego zachowania, to co ono oznacza?

Okazuje się, że ignorować można równie skutecznie po nawiązaniu kontaktu.  Parę dni wcześniej stałam w kolejce w  delikatesach mięsnych, gdzie obsługiwały dwie ekspedientki.  Jedna akurat podawała coś klientce przy ladzie z wędlinami i serami, a druga obsługiwała kogoś przy mięsie, kiedy do sklepu weszła przyzwoicie ubrana pani w średnim wieku.  Zaczęła wypytywać pierwszą ekspedientkę o jakiś ser i kiedy tylko jej klientka odeszła od lady, pani poprosiła o ten ser, więc ekspedientka poinformowała ją o obowiązującej w sklepie jednej kolejce, w której już czekałam ja i inna klientka.  Pani popatrzyła w naszą stronę i stwierdziła, że nie wiedziała, ale skoro już tu stanęła, to tu zostanie i weźmie ten ser.  Kiedy grzecznie zwróciłam jej uwagę, że przecież my też czekamy i teraz jest moja kolej, to się z widoczną irytacją zgodziła, żebym została obsłużona, ale potem cały czas narzekała, że ona nie złośliwie, że co za ludzie, że jaka szkoda, itd, itp, wyraźnie dając do zrozumienia, że łaskę mi robi, bo to ona powinna była dostać pierwsza.  Ciekawe, na jakiej zasadzie powzięła takie przekonanie, może była bardzo religijna i kierowała się Ewangelią, w której stoi, że ostatni będą pierwszymi?

wtorek, 17 marca 2015

Służba zdrowia

Właśnie przeżywam moją pierwszą, od powrotu do Polski,  przygodę ze szpitalem – jest ciekawie i chwilami „straszno”, ale ogólnie idzie na dobre i podziwiam personel szpitalny za skuteczne działanie pomimo dotkliwego braku środków.

Od początku tygodnia mąż czuł się trochę zmęczony i słaby, ale jeszcze w środę, jak zwykle, poszliśmy w południe na ćwiczenia w basenie solankowym. W czwartek rano dostał wysokiej gorączki , 38,5 C, co jak na bardziej niż dojrzałą osobę jest bardzo wysoką temperaturą, oraz zrobił się czerwony na twarzy i na całym tułowiu i miał zajęte płuca jak przy ciężkiej grypie.  Zaczęłam podejrzewać reakcję alergiczną na Sulfasaliznę, którą niedawno zalecił mu reumatolog, w czym utwierdziło mnie dokładne przeczytanie załączonej ulotki.  Pognaliśmy więc do internisty w spółdzieni, bo w Polsce jest nam dostępna jedynie odpałtna pomoc medyczna, chyba, że w nagłych wypadkach, kiedy możemy uzyskać doraźną pomoc na pogotowiu na podstawie karty Unii Europejskiej. To był, oczywiście, też nagły przypadek, ale nie uśmiechała nam się wizyta na pogotowiu. Lekarz kazał odstawić podejrzany lek i brać wapno, co też uczyniliśmy.  Następnego dnia, w piątek,wydzielina w płucach się zwiększyła, gorączka dalej 38,5 a na dodatek po południu mężowi spuchła górna warga i zdrętwiało dziąsło.   Najpierw pomyślałam, że to od ekstrakcji złamanego zęba zrobionej tydzień wcześniej, ale w sobotę rano już cała twarz była spuchnięta, coraz gorzej oddychał i coraz mniej mi się to podobało.  Mąż, po kilku lekarskich wizytach w ciągu ostatniego tygodnia już o żadnym następnym lekarzu nawet nie chciał słyszeć, zresztą byliśmy już umówieni z lekarką domową na poniedziałek, ale zadzwoniłam do przyjaciela domu, bardzo wszechstronnie doświadczonego lekarza, który doradził niezwłoczną wizytę w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, czyli SOR-ze, więc  zaczęłam szukać takich przybytków w Internecie, bo, nie będąc tubylcem, nie miałam pojęcia o ich lokalizacji.  Trafiłam na listę, która ostatni raz aktualizowana była w 2006 roku, więc zaczęłam po kolei wydzwaniać  do tych szpitali, by się dowiedzieć, czy nadal funkcjonują.  Pierwszy nie odpowiadał, drugi też nie, ale trzeci się zgłosił, więc zapakowałam męża do taksówki i pojechaliśmy tam.

Myślałam, że już dalej pójdzie gładko, ale byłam w błędzie.  Pani Ratownik Medyczny w recepcji SOR-u ani nie myślała męża przyjąć, bo problem zaczął się w czwartek, a już była sobota, więc nagłości brakło.  Na szczęście udało mi się ją przekonać, że znaczne pogorszenie nastąpiło poprzedniego popołudnia, więc się zakwalifikował i dostał opaskę z nazwiskiem.  Pierwsza kolejka, dość krótka, była do „Segregacji pacjentów” (trochę to się niefortunnie kojarzy, kilka stosowniejszych określeń nasuwa się na myśl), gdzie, po dokładnym wywiadzie, obrączkowano nadgarstek  pacjenta kolorową opaską, która dyktowała kolejność przyjęcia u lekarza.  Mąż dostał żółtą, która oznaczała, że lekarz powinien go obejrzeć w ciągu 60 minut.  Mniej pilne były opaski zielone i niebieskie, a bardziej pomarańczowe i czerwone. Rzeczywiście, dostał się do lekarza w mniej więcej tym czasie.  Młoda i miła lekarka wypytała o wszystkie objawy oraz inne dolegliwości, potem zaraz dostał jakąś krótką kroplówkę, fachowo wykonany zastrzyk domięśniowy, jakiś lek do wypicia i założono mu wenflon, w który wstrzyknięto jakiś inny specyfik.  Przypuszczałam, że były to działania w kierunku zatrzymania reakcji alergicznej, i faktycznie, po kilku godzinach, opuchlizna twarzy ustąpiła.

Pobrano krew i mocz, zrobiono EKG, a następnie posłano go na rentgena płuc  i USG jamy brzusznej.  Rtg był szybko, ale na USG czekaliśmy bardzo długo i mąż przysypiał na ławce, bo miał wysoką gorączkę i był osłabiony, co nie było dziwne, skoro w chwili przyjęcia miał 39 C  gorączki.  Potem wróciliśmy do kolejki na SOR-ze na ostani etap tej procedury, czyli konsultację u lekarza.   Miałam nieśmiałą, i kompletnie nieuzasadnioną, nadzieję, że jeszcze godzinka lub dwie i pojedziemy do domu, ale kiedy w końcu o 19-tej  wezwali go ponownie do gabinetu (a byliśmy tam od 12-tej, czyli bite 7 godzin), czekała na nas nieprzyjemna niespodzianka: mąż ma wieloogniskowe, prawostronne zapalenie płuc i stan jest zbyt poważny na leczenie w domu, więc musi zostać w szpitalu.

Kiedy otrząsnęliśmy się z wstępnego  szoku, wyszło na jaw, że łóżek na oddziałach brak, 11 osób na SOR-ze już na nie czeka, więc będzie musiał tam pozostać, aż się coś znajdzie.   Przywiozłam mu najpotrzebniejsze rzeczy i zostawiłam na pastwę SOR-u.  Po nocy spędzonej przy zapalonych światłach,  pośród hałasu maszyn medycznych, odoru niemytych stóp, bieganiny personelu i wycia, wrzasków lub tylko jęków innych pacjentów, mąż troszkę się podłamał, ale leki mu podawali, więc nie było źle. Następna noc, z niedzieli na poniedziałek, była jeszcze hałaśliwsza, więc prawie nie zmrużył oka.  Nie można było przewidzieć, jak długo będzie czekał na wolne łóżko na oddziale, bo oczywiście, i słusznie, cięższe przypadki dowiezione na SOR w czasie jego tam pobytu, miały pierwszeństwo.

W końcu w poniedziałek wieczorem osiągnął następny krok do raju: przeniesiono go na korytarz na właściwym oddziale, ale łóżko było na kńcu korytarza, osłonięte parawanem i miał nawet nawet szafkę, więc poczuł się dużo lepiej, chociażby z powodu ciszy i spokoju.  We wtorek rano wspiął się na absolutne wyżyny dostępnego komfortu: położono go na 3-osobowej sali, na sprawnym i wygodnym,  ale nieco zdezelowanym łóżku.  Natychmiast zajęli się nim lekarze, najpierw bardzo miła pani ordynator oddziału, a potem równie przyjemna lekarka , do której został przypisany, i, oprócz podawania wymaganych leków, natychmiast porobiono mu badania kontrolne.  I mąż i ja odnieśliśmy wrażenie, że opieka lekarska jest dobra i właściwa, pomimo kiepskiego stanu salowego sprzętu.

Muszę tu nadmienić, że jeżeli rzecz działaby się w Anglii, gdzie mieszkaliśmy przez 38 lat, to byłoby bardzo podobnie, to po prostu problem polegający na za dużym popycie na za małą podaż. Od naszych przyjaciół dowiadujemy się, że w Niemczech czy Austrii  taka historia nie mogłaby się przydarzyć, no ale tam musowo jest ”ordnung”.

Absolutnie nie winię za tę sytuację ratowników medycznych, pielęgniarek i lekarzy na SOR-ze, oni naprawdę robią co mogą, ale najzwyczajniej nie mają środków.  Wręcz przeciwnie, podziwiam ich i mam dla nich dużo szacunku.  Moim zdaniem, źle zachowują się pacjenci SOR-u, którzy robią awantury i domagają się swoich praw (rozumie się, że to  tylko ci najmniej chorzy, bo pacjenci w poważniejszym stanie nie daliby rady)pogłębiając w ten sposób  stres i tak już zestresowanego personelu oraz innych chorych.

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...