Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie codzienne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 grudnia 2017

Życie z Kropką - cz.3.

Kilka dni temu minął miesiąc od nastania Kropki.

Ciekawe, co z tego wyrośnie.  Na razie ostre włosy na pysku coraz bardziej się stroszą, ale te trzy śmiesznie sterczące kłaczki pod dolną szczęką w brodę się jeszcze ani myślą przekształcić.  Nogi i łapy są płowe, obie tylne i jedna przednia prążkowane wzdłuż na czarno, a czarny płaszczyk na grzbiecie robi się bardziej ostrowłosy i na udach tylnich nóg widać fajne loczki, więc może będzie ostrowłosa z kręconą sierścią.  Ma zastraszająco dużo cech niemieckiego jagdteriera, czyli psa do polowań.  Wyglądem całkiem go przypomina, a i charakterem też: jest inteligentna, nieustraszona, ale również krnąbrna i niełatwo nagiąć ją do swojej woli.  Napisałam „zastraszająco”, bo teriery są trudne.

Kropka jest przesłodka i chociaż bardzo się dla niej poświęcam, np. wstając trzy razy w ciągu nocy, żeby mogła się załatwić, pracowicie ucząc czego się da każdego dnia, pomijając własne posiłki, żeby nakarmić na czas, itp., to muszę wyznać, że robię to z poczucia obowiązku, a nie z miłości.  Jest śliczna i milusia, absolutnie nie oddałabym jej nikomu, ale w sercu wiem, że nigdy jej tak nie pokocham jak kochałam mojego wspaniałego, olbrzymiego i nadzwyczaj mądrego labradora z delikatną domieszką collie, z którym przeżyłam 15 radosnych i pełnych szczęścia lat.  Odszedł prawie dwa miesiące temu, ale nadal po nim płaczę i nadal bardzo mi go brak.  Kropka, co prawda, wypełniła moje życie obowiązkami, dopełnianie których pozostawia mi niewiele czasu na rozpamiętywanie, ale przecież to go zastąpić w żaden sposób nie może i żal po nim będzie mi jeszcze długo dokuczał.

Kropka jest teraz w stadium ludzkiego dwulatka, co to już dużo może, ale bardzo niewiele wie.  Potrafi się błyskawicznie przemieszczać o własnych siłach, stawać na nogach i sięgać po wszelkie rzeczy znajdujące się nie wyżej niż około 80 cm od podłogi, co w zupełności wystarcza, żeby narobić sporo szkód. Poniżej zdjęcie oszalałego z głodu zwierza sięgającego na stół do naszych talerzy.   Zaczęła od ściągania moich starych kalendarzyków, których cały zbiór (od 1973 roku) wraz z innymi historycznymi dokumentami znajduje się na dwóch najniższych półkach z książkami w moim gabinecie.  Udało jej się skonsumować okładki zeszycika, w którym za młodu zapisywałam skrzętnie słowa ulubionych piosenek moich ówczesnych idoli takich jak The Beatles, The Rolling Stones, Dusty Springfield, Adriano Celentano czy nawet czasem różnych Engelbertów Humperdincków i im podobnych, którym jedna piosenka się akurat udała, trafiając do mojego młodego i niewinnego serca.  Zapisywanie tekstów było konieczne, ponieważ moja siostra i ja miałyśmy w zwyczaju odtwarzać te utwory na dwa głosy przy ognisku, zwykle na prośbę Taty, który lubił tego słuchać, chociaż my zresztą też kochałyśmy śpiewać.  Ulubionym utworem Taty była „Hrabina z HongKongu” (wedlug nas „Hrabinia z HongKongu”, a po angielsku „This Is My Song”) Petuli Clark, zaczynająca się od słów „Why is my heart so light, why are the stars so bright”.

Po tej krótkiej dygresji wracam do tematu Kropki i jej destrukcyjnych tendencji.  Ta sytuacja zmusiła mnie do budowania lepszych lub gorszych Kropkoodpornych barier , które chociaż częściowo  powstrzymałyby nawałnicę jej niszczycielskich zapędów. W domu się udało z półką na książki, postawiłam zaporę z grubej tektury przy dwóch dolnych półkach regału, przyszpiliłam koszem na śmieci (z pokrywą, rzecz jasna) i demontaż kalendarzyków ustał.  Raz próbowała zerwać tekturę, ale w porę ją powstrzymałam, więc umocnienie działa nadal.  Udało się też z butami w garderobie (czytaj: rupieciarni), bo po prostu przestaliśmy ją tam wpuszczać, ale sytuacja z komódką i toaletką w holu czy stołem jadalnianym w salonie pozostaje nieogarnięta: jedyne co wymyśliłam do tej pory, to umieszczanie rzeczy na środku a nie na brzegach tych mebli.  Starczy to pewnie na jakiś czas …

Na wsi, na naszym mieszkalnym strychu na oborą, problem jest równie trudny, albo i trudniejszy, bo żadnych drzwi do zamykania tam nie ma, oprócz drzwi do łazienki , które muszą być otwarte, żeby ciepło z kozy ją nagrzało.  Kropka szybko się zorientowała, że na moim stołeczku przy łóżku znajdują się niezwykle interesujące rzeczy, więc jednej nocy po kolei zaczęła je sobie przywłaszczać.  Najpierw wychłeptała pół szklanki stojącej tam gazowanej wody, którą miałam na noc i do zażycia porannych leków.  Miałam nadzieje, że na tym poprzestanie, bo poprzedniej nocy też się napiła i przestała, więc usiłowałam zasnąć. Nic z tego!  Po chwili zauważyłam w półśnie jakieś migotanie w jej łóżeczku, i chwilę mi zabrało, zanim zidentyfikowałam źródło – mój telefon, oczywiście.  Zerwałam się na równe nogi i odzyskawszy go, odłożyłam na stół razem z pudełkiem moich leków, które było następne od brzegu, po czym znowu się położyłam w nadziei rychłego zaśnięcia.  W zasadzie mi się udało, posłyszałam jeszcze, jak bierze latarkę, ale nie ratowałam jej, bo doszłam do wniosku, że nie ma dużego ryzyka.  Rano na stołeczku zostało tylko jeszcze pudełko z chusteczkami i budzik, bo leżały najdalej od krawędzi, od której Kropka zaczęła plądrowanie, ale działała systematycznie i chyba się znudziła, zanim do nich dotarła. Rano wstałam z mocnym postanowieniem wystosowania jakiegoś systemu ochronnego, i wymyśliłam: przyniosłam z obory prostokątny metalowy koszyk i zamocowałam go do stołeczka sznurkiem, na krzyż, co nie było łatwym zadaniem, bo Kropkę sznurek okropnie podniecał, targała i wyrywała mi go z rąk, aż w końcu musiałam zamknąć ją w łazience, żeby dokończyć konstrukcję.  Do koszyka powkładałam wszystkie potrzebne mi w nocy i rano przedmioty i się udało: Kropka tylko przez chwilę interesowała się sznurkami, a potem doszła do wniosku, że są łatwiejsze łupy i zaprzestała.

I fakt, znalazła je.  Następnego dnia odkryłam w jej łóżeczku nieco sfatygowane szczątki elektronicznego papierosa mojego męża, który to papieros wraz z pudełkiem i akcesoriami bezkarnie sobie wzięła ze stoliczka przy fotelu, siedząc na którym mąż czyta e-książki w Kindle lub ogląda telewizję.

Walka o dominację przedmiotów codziennego użytku trwa nadal, i jeszcze nie wiadomo, kto wygra, my czy ona.

cdn

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Życie z Kropką – cz.2.

Niedawno minął drugi, dla starszej osoby dość wyczerpujący, tydzień z Kropką.  Jest zwierzątkiem niewielkich rozmiarów, coś jak duży kot na wyższych nogach, ale energii ma tyle, co cały zastęp początkujących harcerzy, a przynajmniej takie odnoszę wrażenie.  Bez cienia lęku usiłuje podbić otaczający ją nowy świat, uwielbia zabawy i przygody, wszystko ją okropnie ciekawi, ale koncentrację ma wyjątkowo krótką, góra 20 sekund, co sprawia, że każdy nowy bodziec zaraz ją nudzi i odczuwa potrzebę zajęcia się czymś innym.  Tych bodźców staram się jej dostarczać jak najwięcej, ale po prostu nie nadążam za jej niespożytym głodem wrażeń.

Jeden mój pomysł na zajęcie Kropki sprawdził się w 100%, przynosząc nam godziny ulgi od jej nadaktywności.  Pomyślałam sobie, że gdyby miała coś interesująco pachnącego i za dużego do zjedzenia, to miałaby zajęcie na dłuższy czas, i z tą myślą udałam się do pobliskiego sklepiku zoologicznego.  Jedyną dostępną rzeczą odpowiadającą mojej koncepcji okazała się być suszona tchawica wołowa, około 4 cm średnicy i 40 cm długości, więc ją zakupiłam za jedne 5 zł i bezzwłocznie przedstawiłam Kropce.  Ach, co to było za podniecające wydarzenie!  Rzuciłam to na podłogę, Kropka zbliżyła się jedynie na odległość półtora metra i zaczęła to groźnie obszczekiwać.  Najwyraźniej bała się tego – może dlatego, że wyglądało to trochę jak wąż, który prawdopodobnie jest zakodowany w genach mniejszych zwierząt jako śmiertelne zagrożenie.  Dopiero kiedy ja podeszłam do „węża” i go dotknęłam bez uszczerbku na zdrowiu, Kropka nabrała śmiałości i zbliżyła się, obwąchując z zachowaniem wszelkich środków ostrożności, bo przecież nie wiadomo, co takiemu wężowi może przyjść do głowy.

Potem już było z górki. Kropka zawładnęła „wężem”, zaczęła go żuć i natychmiast stał się jej najcenniejszym skarbem. Po godzinnych zmaganiach z nową atrakcją, kiedy już się tym porządnie zmęczyła, zaczęła szukać miejsca, w którym dałoby się to schować na zaś.  Stawała przed drzwiami do ogrodu z tchawicą w pysku,  piszczała z podniecenia i domagała się wypuszczenia do ogródka, a potem gdzieś to tak sprytnie chowała, że nie mogłam tego znaleźć, pomimo, że ogródek jest wielkości chusteczki do nosa.  Ona czasami też nie mogła, ale po jakimś czasie jednak odnajdywała swój skarb i z wielką dumą przynosiła do domu.

Następnie zaczęła go zakopywać w domu - w swoim łóżeczku, pod poduszką na kanapie i w rogu kanapy pod podarowanym jej moim sweterkiem.   Porządnie to robiła, zagarniając jakikolwiek dostępny materiał nosem na skarb, ubijając na kupkę, a potem sprawdzając, czy nic nie wystaje.  W ciągu jednego dnia potrafiła trzy razy zmieniać kryjówkę na inną, która pewnie w tym momencie wydała się jej bezpieczniejsza.  Tchawica robiła się coraz krótsza, bo od czasu do czasu ją wygrzebywała i zawzięcie żuła, ale zawsze potem chowała ją na nowo.  Jej zachowanie tłumaczę sobie naturalną u wielu zwierząt potrzebą zapewnienia sobie pożywienia na później, bo inaczej zagrzebywałaby też inne zabawki.

cdn

wtorek, 9 maja 2017

Neapol - zobaczyć i umrzeć, cz.1

Dawno nie pisałam, bo zawładnęła mną bez reszty polityka, a o tym nie chciałam, żeby nie ściągnąć na siebie fali hejtu.  Teraz nadarzył mi się bezpieczniejszy temat, więc znowu piszę.

Neapol – miasto historii, piękna i tętniącego życia w chaosie, biedne, zaniedbane i kompletnie nieprzewidywalne.  To nie Rzym czy Mediolan, nawet nie Palermo (choć to już „cieplej”), więc wybierając się tam, nie wolno mieć oczekiwań wyrobionych na podstawie wizyt w innych miastach.  Trzeba nastawić się na wszystko i brać Neapol takim, jakim się go znajduje, bo jedynie takie podejście gwarantuje pełną satysfakcję.  Wybrałam się tam z mężem na zaledwie cztery noce, ale ile wrażeń!  Opisać się nie da, trzeba to osobiście przeżyć, ale tu spróbuję choć trochę odzwierciedlić moje odczucia.

Przylecieliśmy bez problemów bezpośrednim lotem z Gdańska w czwartek wieczorem i wzięliśmy taksówkę z lotniska do odległego o ok. 4 km historycznego centrum Neapolu, gdzie znajdował się nasz wcześniej zamówiony, prywatny apartament.  Nota bene, nie polecam tej podróży kobietom  w zaawansowanej ciąży, droga jest tak wyboista, że można poronić, albo zgubić zęby, jeżeli ma się sztuczną szczękę.  Kierowca nie bardzo wiedział, gdzie jest podany przez nas adres, podpowiadałam mu najbliższe główne ulice, szperał w telefonie, w końcu wysadził nas w ślepym zaułku pod szerokimi schodami, pokazał, że mamy iść na górę, wziął 25 euro i odjechał.  Niezupełnie byliśmy przekonani, że to nasza ulica, nie było nazwy, a numeru 8 też nie było i po schodach w górę numery rosły.  Pytaliśmy o naszą ulicę najpierw jedną, potem drugą osobę, które akurat wychynęły z czeluści otaczających budynków, ale żadna nie kojarzyła tej nazwy.  Zaczęło być trochę straszno:  ciemna noc, obce miasto, nie wiadomo gdzie jesteśmy i czy to w ogóle jest właściwa dzielnica.

Łapiemy za telefon i dzwonimy do właściciela apartamentu:  pomocy, zgubiliśmy się! Podajemy nasze namiary i po dwóch minutach pojawia się nasz gospodarz, Niki, okazuje się, że taksówkarz wiedział, co robi, do tego miejsca są dwie drogi, obie przez schody, a on nam wskazał jedną z nich, tylko za wcześnie zwątpiliśmy.  Niki prowadzi nas do apartamentu, gdzie serdecznie wita nas również Pepe, jego przyjaciel mieszkający w tym samym domu.  Nie dając nam ochłonąć po podróżnych wrażeniach, Niki oprowadza nas po apartamencie a potem zaczyna opowiadać o Neapolu i jego historii, pokazując na planie miasta najciekawsze miejsca i widoki – widać, że dużo wie i zależy mu, żebyśmy byli zadowoleni i dużo zobaczyli. Nawet chce z nami wyjść i coś pokazać, ale odmawiamy, bo jesteśmy zmęczeni, więc zostawia nas w spokoju.

Apartament nazywa się Casa San Marcellino, jest czysty i dobrze wyposażony, i chociaż śniadania nie są wliczone w cenę, Niki zostawił nam w lodowce mleko i sok pomarańczowy oraz cztery brioszki z czymś pysznym w środku.  Zaraz przy wejściu jest łazienka z prysznicem, umywalką, klozetem i bidetem; dalej jest duży pokój z częścią kuchenną, stołem i krzesłami i kanapą , a potem duża sypialnia z podwójnym łóżkiem i obszernymi szafami, z której wychodzi się na wąski balkon, bardzo dla mnie ważny z powodu palenia.  Wszystko wygląda świeżo i funkcjonalnie, a nawet przestronnie.  Najbardziej fascynują mnie kafelki w kuchni, bo kafelki kolekcjonuję   – tu na ścianie jest 20 różnych wzorów, policzyłam!  Mieszkać tu wygodnie mogą cztery osoby, bo kanapa w dużym pokoju jest rozkładana.

Niki ma jeszcze drugi apartament w innej dzielnicy, ale nasz jest nowy, jesteśmy dopiero 5-tą partią gości, więc może odrobinę ryzykowałam, zamawiając go przez booking.com, ale absolutnie nie żałuję tego wyboru.  Znajduje się w historycznym centrum Neapolu (centro storico), na ulicy Rampe San Marcellino, skąd wszędzie jest blisko.  Dom stoi na górce a balkon wychodzi na dziedziniec pomiędzy wysokimi, nierzadko odrapanymi kamienicami.   Z niego obserwowałam codzienne, zwykłe i prawdziwe życie lokalnych mieszkańców oraz ich wypraną bieliznę własną i pościelową, wywieszoną na balkonach lub na przesuwanych sznurkach pod oknami .  Właściwie to nie chciałam podglądać, ale spędzając tyle czasu na balkonie (w sprawie palenia)   musiałam to i owo zauważyć, np. ten wyglądający na całkiem opuszczony budynek naprzeciwko, z pustymi lub zabitymi deskami dziurami po oknach i niewielkim, poszarpanym otworem na samym dole.  Jedno okno na piętrze miało firankę i jednak ktoś tam mieszkał; dziura na dole okazała się mieć drzwi, przez które, zamykając je za sobą, wszedł jakiś człowiek, a później zapaliło się światło w tym oknie.

Po wyjściu Niki doszliśmy do wniosku, że coś trzeba wypić i zjeść, więc poszliśmy na odległą o najwyżej 100 m główną ulicę, Corso Umberto I (bo sklepy, które Niki nam pokazał po drodze do apartamentu już się zamknęły).  Trafiliśmy zaraz na Cafe Universita, obiekt, który wydawał się sprzedawać jedynie ciastka i lody, ale w desperacji zajrzeliśmy tam.  Piwo było (co prawda Heineken, a nie włoskie),  zamówiliśmy i mój mąż zaczął wypytywać o jakiekolwiek jedzenie poza ciastkami.  Młody kelner nie bardzo się orientował, mówił coś o kanapkach, ale w tym momencie weszła zawinięta w chustę starsza pani i najwidoczniej coś zarządziła, bo po chwili przybyła  młodsza kobieta i okazało się, że możemy dostać ciepłe pizze. Zamówiliśmy po jednej i przenieśliśmy się na zewnątrz, bo tam też były stoliki.  Pizze były pyszne, zjedliśmy po pół, a resztę zabraliśmy ze sobą w pudełkach chętnie dostarczonych przez obsługę i zjedliśmy je na zimno w piątek na śniadanie, bowiem pizza na zimno jest świetna, o ile nie włoży się jej do lodówki.

Następnego dnia, w piątek, najpierw udałam się do najbliższego sklepu,  który znajdował się na placyku poniżej, po prowiant na śniadania i kolacje, bo główne posiłki zamierzaliśmy jeść w restauracjach.  Nie było to proste, bo w momencie wejścia do sklepu opuściły mnie te moje 50 czy 100 włoskich słów, ale wszyscy byli bardzo cierpliwi i pomocni, więc udało mi się kupić pyszne małe pomidorki, doskonały chleb, riccottę, duże zielone oliwki przyprawione chilli, fileciki maleńkich białych rybek w oleju, serek w woskowym woreczku zamiast skórki (prawdopodobnie owczy), pyszne salami Napoli i serek Bel Paese, tylko dlatego, że pamiętałam go z Anglii.  Jak się okazało przy konsumpcji, to było cos zupełnie innego, tyle że tak samo opakowane:  ten był biały i bardzo delikatny, a tamten angielski smakiem i kolorem  bardziej przypominał serek topiony.  Do tego wzięłam chamski 3l plastikowy pojemnik lokalnego czerwonego wina za 5 € plus chrupiące maślane ciasteczka z ciasta francuskiego.  Zaraz po otwarciu wino wydało mi się kwaśne i się trochę przeraziłam, ale po kilku minutach na powietrzu okazało się wybitnie pitne, więc piliśmy je codziennie do końca pobytu.  Już za naszym pierwszym pobycie we Włoszech, wiele lat temu, przekonaliśmy się do taniego lokalnego wina i tym razem też nas nie zawiodło.

Po niespiesznym śniadanku w naszym apartamencie wybraliśmy się na chyba najważniejszą dla mas atrakcję Neapolu:  Spacca.  Jest to bardzo długa , wąska i prosta ulica przecinająca historyczne centrum miasta na pół, więc otoczona zabytkowymi budowlami, w wielu wypadkach bardzo "zmęczonymi".    Mieszczą się na niej niezliczone stragany oferujące niezliczonym turystom straszne badziewie, ale również antykwariaty i warsztaty artystów.   Najwięcej było plastikowych czerwonych papryczek chilli w formie breloczków, wisiorków, itp., w rozmiarach od 2 do 20 cm, były na każdym straganie w zastraszających ilościach.  Głowiłam się nad tym, dopóki nie zobaczyłam plakietki z taką papryczką i podkową i modlitwą o szczęście, doszłam wtedy do wniosku, że to ichni amulet, ekwiwalent naszej podkowy.

Oprócz tego na straganach dominowały domki: małe, drewniane, pokroju miejskiego, pozlepiane po dwa czy trzy albo też średnie i duże modele staro wyglądających domostw/dworków z zapalonymi światłami w komnatach, rozpalonymi kominkami lub fontannami na dziedzińcu. W większości był to straszny kicz, ale niektóre były niezaprzeczalnymi dziełami sztuki.

Było też dużo małych makiet ruchomych scenek, np. kucharz wsadzający chleb lub pizzę do pieca, tryskające fontanny czy inne podobne. Chodziliśmy tam około godziny, ale ani raz nie zauważyłam, żeby ktoś coś kupował, a przechodziły tamtędy całe stada turystów.

Potem zgłodnieliśmy, więc ruszyliśmy w stronę domu, po drodze natykając się na rogu Corso Umberto i jakiejś mniejszej uliczki na Restaurację Bistro (chyba tak się zwała, ale głowy nie dam), która od frontu wyglądała zupełnie nieciekawie: dwa stoliczki na zewnątrz, nakryte ciemnoczerwonymi, papierowymi obrusami i szklane drzwi do środka, urządzonego jak najzwyklejszy tani bar, z metalowymi stolikami i krzesłami.  Już chciałam ją ominąć, ale mąż zauważył przed nią tablicę, oferującą dwa interesująco brzmiące zestawy obiadowe po 12 €, jeden pod tytułem Menu Terra (ziemia) a drugi Menu Mare (morze),więc zdecydowaliśmy się spróbować i warto było.  Mąż zamówił Terra, ja miałam ochotę na Mare, ale trochę się obawiałam, że może zawierać ukryte małże, na które jestem tak uczulona, że pewnie gdy następny raz je zjem, to mnie zabiją, bo za każdym razem reakcja jest silniejsza, więc wzięłam tylko penne z cukinią i krewetkami, co zresztą smakowało znakomicie: cukinia i krewetki pokrojone były w kostkę i podane w aromatycznym sosie serowym.  Menu Terra okazało się obfite i pyszne: najpierw podali chrupiącą bruschette z ziołami, paprykami i ogórkiem w kosteczkę, potem Zeppeline – kulki z brokuła czy cukini w cieście, potem talerz gnocchi (malutkie ziemniaczano-mączne kulki) w smacznym sosie pomidorowym, następnie mały, cienki befsztyk z frytkami, a na koniec kawę. Do tego bez specjalnego wysiłku wypiliśmy butelkę lekkiego, dość taniego, ale dobrego czerwonego wina.

Po takim obżarstwie udaliśmy się, wzorem mieszkańców krajów śródziemnomorskich,  do domu na bardzo zasłużoną popołudniową drzemkę, po której ponownie wyruszyliśmy w Neapol, o czym napiszę w następnym odcinku.

środa, 17 sierpnia 2016

Bankowy szok

To, że w wielu sklepach spożywczych często nie mają drobnych żeby wydać resztę już mnie dawno przestało dziwić, więc zazwyczaj jestem przygotowana i noszę ze sobą sporą ilość metalu.  Wczoraj akurat tak się złożyło, że nie miałam monet ani nawet 20-to czy 10-ciozłotowych banknotów i najmniejszą denominacją w mojej portmonetce  był banknot stuzłotowy.  Z tego wałśnie powodu zaczęły się tzw. schody.

Najpierw, w drodze powrotnej z wypadu na wieś postanowiliśmy zatrzymać się w KFC Drive-Thru  leżącym na naszej trasie, bo nie miałam niczego na obiad, a czasu na normalną restaurację było za mało.  Za nasze zamówienie miłej panience z okienka wręczyłam banknot 50-ciozłotowy męża, na co ta załamała ręce, bo nijak nie miała wydać, same 50-tki i 100-ki w kasie leżały.  Na szczęście zapytałam, czy można zapłacić kartą.  Sama panienka tego nie zaproponowała, prawdopodobnie była tam nowa, bo np. na moje zamówienie na dwa kawałki kurczaka jako danie osobne, a nie dodatek do  zestawu zamawianego przez męża,  podała mi dwie nóżki , zresztą po właściwej cenie, ale stanowiące odrębny produkt w KFC.  Tak więc  udało się dokonać  tej transakcji i i skonsumowaliśmy nasze dania „na chybcika” w samochodzie, pod bacznym okiem naszego stareńkiego psa.

Następnie, po powrocie do domu udałam się do piekarni po ulubiony chleb, który dostępny jest akurat tylko we wtorki. Chleb kosztował 2,90 zł, ale musiałam zapłacić kartą, bo znowu nie mieli jak wydać reszty ze stówy: młodziutka ekspedientka uroczo stwierdziła, że wydawanie reszty zajęłoby godzinę…   Wtedy doszłam do wniosku, że, w celu uniknięcia podobnych sytuacji,  trzeba pofatygować się do banku i po prostu rozmienić setki na coś bardziej strawnego.

O naiwności moja!  Żadne „po prostu”!  Przechodziłam właśnie obok banku PKO (z którego od lat korzystam w elektronicznej formie Inteligo), więc  pomyślałam sobie: jest okazja, wstąpię.  Wstępuję, biorę numerek A124, zasiadam na krzesełku  i widzę przed sobą  4 obsadzone stanowiska.   Tylko przy pierwszym jest jakiś klient, drugie ma wyświetlony numer A122, ale obsługujący trwa w bezruchu,  trzecie ma same kreseczki na wyświetlaczu i też nikogo nie obsługuje, a czwarte podobnież, lecz z numerem A121 nad głową.  Siedzę i czekam, aż coś się zacznie dziać.  Petenci  A121 i A122 są najwyraźniej nieobecni, ale nie wydaje się to martwić urzędników na tych stanowiskach: są zrelaksowani, uśmiechają się do siebie i od czasu do czasu wymieniają się uwagami, a we mnie się gotuje, bo spieszę się na wizytę u lekarza.  Po jakichś 5-ciu minutach takiego stanu rzeczy urzędnik spod numeru  A122 naciska guziczek i numer zmienia się na A124, czyli mój! Wielce uradowana zrywam się z krzesełka, podchodzę żwawo do stanowiska, kładę dwie setki na stół i przedstawiam swoją kwestię, że to 100 zł chciałabym rozmienić na 10-tki, a to drugie na 20-tki, i  wtedy dowiaduję się, że nie da rady!!!  Uszom nie wierzę, nawet podejrzewam jakiś żart, ale urzędnik uprzejmie i całkiem na serio oznajmia mi, że muszę iść do mojego banku.  Ja na to, że to jest właśnie mój bank, bo Inteligo to elektroniczna wersja PKO,  ale urzędnik cierpliwie i z miłym uśmiechem mi wyjaśnia, że jedyną możliwością  zrealizowania mojego żądania byłoby wpłacenie tych dwóch setek na moje konto, a następnie wypłacenie mi ich w pożądanych przeze mnie denominacjach.  Tak mnie zatkało na to dictum, że odeszłam z kwitkiem, nawet nie myśląc o dociekaniu powodów takiej odmowy.

Po drodze do lekarza przechodziłam obok Deutsche Bank, a ponieważ miałam chwilę czasu, to weszłam i osiągnęłam mój cel w dwie minuty, bez żadnych problemów.

Dlaczego nie dało się tego dokonać w banku PKO?  Nie potrafię sobie wyobrazić powodu , dla którego  rozmienianie pieniędzy byłoby jakimkolwiek zagrożeniem dla banku, ale może jestem po prostu nieświadoma ważnych spraw kasowych?

środa, 25 maja 2016

Mój pies uratował mnie od stratowania

Nigdy nie chciałam dopuścić do świadomości myśli, co by było gdyby…

W Anglii obowiązuje odwieczne prawo „public right of way”, które pozwala każdemu chętnemu na nieograniczone używanie tzw. publicznych ścieżek, wytyczonych na mapach gminnych i odpowiednio oznakowanych.  Ścieżki te nierzadko prowadzą przez prywatne pola i nawet gospodarskie zagrody, których właściciele zobowiązani są prawem do przepuszczania nimi zupełnie obcych im ludzi o każdej porze dnia i nocy.  Prawo to jest ogólnie znane i często wykorzystywane przez amatorów pieszych wycieczek w wielu pięknych rejonach kraju.

Kiedyś, już po raz kolejny i nie ostatni, wybrałam się z grupą przyjaciół z pracy na wycieczkę pieszą, tym razem po niewysokich i głównie używanych jako pastwiska górkach w krainie Derbyshire.  Wzięłam ze sobą Mamę, która akurat była u mnie w odwiedziny, męża oraz mojego entuzjastycznego, 7-mio miesięcznego psa, złożonego po połowie z rasowego czarnego labradora i wielkiego długowłosego collie. Zakwaterowaliśmy się w pokoju na jakiejś farmie, gdzie następnego dnia mąż poświęcił się robocie, którą przywiózł ze sobą, Mama odpoczywała i zażywała spacerów, a ja i pies poszliśmy na wędrówkę po górkach z moimi współpracownikami.

Pogoda była piękna i w sam raz do spacerowania, ani za ciepło, ani za zimno. Przechodząc  publiczną ścieżką przez pastwisko należące do naszej farmy, na którym pasło się stado młodych byczków, nasza grupka wędrowników napotkała inną taką, idącą w przeciwnym kierunku.  Mijając się, wymieniliśmy grzecznościowe pozdrowienia, a jeden członek tamtej grupy, widząc mojego psa, ostrzegł nas, że byczki reagują negatywnie na psy.  Podziękowaliśmy i poszliśmy na naszą trasę, dłużej nie zastanawiając się nad tym ostrzeżeniem.

Spacerek był bardzo udany, choć nie bez problemów, bo przechodziliśmy przez różne pola przegrodzone ogrodzeniami z typowymi „furtkami”, czyli konstrukcjami z drewnianych pali, które właściwie były drabinami do przekraczania płotu: dwa wysokie stopnie z jednej strony, dwa z drugiej, a równie wysoką żerdź po środku trzeba było zwinnie przebyć , siadając na niej okrakiem.  Trochę czasu upłynęło zanim mój pies, mimo że bardzo pojętny, nauczył się pokonywać te przeszkody, więc przez pierwsze dwie trzeba było go przenosić, a ważył już wtedy dobre 20 kilo.

W drodze powrotnej ponownie musieliśmy przejść przez to pastwisko z byczkami, ogrodzone płotem i dwiema żelaznymi bramami przecinającymi ścieżkę publiczną. Kiedy weszliśmy na pastwisko przez pierwszą bramę,  ja, pomna ostrzeżenia otrzymanego od napotkanej grupy, zdecydowałam, że najlepiej będzie, jeżeli szybko przebiegnę z psem odcinek do następnej bramy, żeby nie denerwować  rogacizny.  Jak się okazało, to był duży błąd. W momencie, kiedy zaczęłam biec, stado młodych byków puściło się w pogoń za mną i psem.  Usłyszałam wołanie mojego szefa i przyjaciela: Zatrzymaj się!  Stanęłam w miejscu i odwróciłam się, razem z psem,  w stronę atakującego stada. Przez krótki moment  wszystko znieruchomiało, stado stanęło jak wryte i patrzyło na mnie około 60 par oczu bez wyrazu, należących do 200 – 300 kilowych bydlaków.  Widok był przerażający!  Pies, widząc to, zaparł się na wszystkie cztery nogi i zaczął głośno szczekać na to wrogie stado, nie bacząc na jego przewagę liczebną, wagową i rozmiarową.  Byki, nieprzygotowane na taki obrót sprawy,  zaczęły się wycofywać, a cała nasza grupa bezpiecznie dotarła do drugiej bramy.

Właściwie to nie wiem, czy to pies czy mój szef uratował sytuację, ale chyba obaj mieli równie ważny udział.

poniedziałek, 21 marca 2016

Biurokratyczny obłęd

Mimo, że jestem znowu w Polsce już 5 lat, nadal potrafi mnie zaskoczyć biurokracja.  Parę dni temu miałam niezbyt miłą wizytę w Urzędzie Skarbowym, którą wiernie opisuję poniżej.

Zacznę od początku: mam zaszczyt lub też pech być  wolontaryjną  przedstawicielką  naszej mikroskopijnej (3 mieszkania) Wspólnoty Mieszkaniowej, jaka automatycznie powstaje w momencie wydzielenia choćby jednego prywatnego lokalu, a  prawo zobowiązuje właścicieli lokali, czy o tym wiedzą, czy nie, do zarejestrowania Wspólnoty i składania corocznych zeznań podatkowych CIT (jak PIT, ale dla firm).

Nasza Wspólnota niczego nie produkuje, niczym nie handluje, w ogóle żadnej działalności gospodarczej nie prowadzi, ale i tak musi co rok składać zeznanie podatkowe CIT, nawet jeżeli te cztery strony zeznania są wypełnione samymi zerami.  Tak było w pierwszym roku składania CIT-u i właściwie poszło to w US dość gładko. Niestety każdy następny rok był coraz trudniejszy, bo sytuacja się zmieniała.  W drugim roku trzeba było uwzględnić w CIT-cie  fakt, że otworzyliśmy konto bankowe i zaczęliśmy się na nie składać, z własnych opodatkowanych pieniędzy,  na koszta utrzymania nieruchomości oraz drobne remonty.  Akurat w tym momencie US zmienił system i zamiast przedstawiania zeznania pani za ladą, która mogła pouczyć i doradzić,  należało je tylko oddać  w okienku kancelarii i oczekiwać na ewentualne konsekwencje.

Formularz CIT8 jest całkiem paskudny, nie dość, że ma 7 stron (łącznie z niezbędnym załącznikiem CIT8/O), to w instrukcjach odsyła do różnych paragrafów, o których żaden normalny śmiertelnik nie może mieć  zielonego pojęcia, a jak już ma, to na pewno nie może zrozumieć.  Nie pojmuję, dlaczego US  zakłada, bo na to wygląda, że każdy obywatel  to prawnik albo inny audytor.

W następnym roku sytuacja się trochę skomplikowała, bo oprócz naszych składek wystąpiły również wydatki z nich, a to na obowiązkowy przegląd kominiarski, a to na czyszczenie rynien , a to na sprawdzenie instalacji gazowych, itp. Po złożeniu dokumentów dostałam bardzo groźne wezwanie, bo jakieś kwoty wpisałam  w nieodpowiednie rubryki.  Dobrze, że dali mi szansę na korektę, a nie od razu posłali do zakładu poprawczego (bo atmosfera w US taka, że można by się tego spodziewać).

Tym razem idąc do Urzędu, byłam przekonana, że w tym roku już mi pójdzie gładko, bo wzór z zeszłego roku powinien pasować, lecz jednak tak się nie stało. Po pierwsze, zgłaszając się w US z moimi wypocinami oraz kopiami dokumentów takich jak uchwały Wspólnoty w sprawie funduszu remontowego i pełnomocnictwa dla mnie w US, oraz aktów notarialnych właścicielek jednego z mieszkań, dających ich matce prawo podpisywania tychże uchwał, nie wiedziałam albo może zapomniałam, że kopie są niewystarczające i że muszą być przedłożone do wglądu US również oryginały.  W okienku kancelarii US, po chwili oczekiwania (kolejki nie było, ale obie panie rezydentki były akurat bez reszty zajęte przerzucaniem papierków na biurku, więc, rzecz jasna, nie były w stanie się natychmiast mną zająć), trafiłam na małomówną, ale nie wiedzieć dlaczego poirytowaną panią w wieku ok. 50-tki. Pani, kiedy w końcu podeszła do okienka, pobieżnie przeglądnąwszy przyniesione przeze mnie dokumenty stwierdziła, że CIT może przyjąć, ale reszty dokumentów nie, bo to są kopie.  Nakazała mi zgłosić się ponownie z oryginałami.  Potulnie odeszłam od okienka, ale zanim dotarłam do wyjścia z Urzędu, uderzyła mnie myśl, że chociaż mogłabym okazać oryginały naszych uchwał, to aktów notarialnych nie, bo są one w prawowitym posiadaniu właścicielek mieszkania. Wróciłam więc do okienka, odwołałam  znowu tę panią od jej biurka i wyjaśniłam mój kłopot.  A pani na to, że ona przecież nie czepia się aktów notarialnych, których kopie są dopuszczalne, ale naszych uchwał.  A skąd miałam wiedzieć, że się ich nie czepia? Przecież powiedziała mi tylko, że moje załączone dokumenty powinny być w oryginale, bez wyszczególniania które dokładnie.  Zupełnie jak za komuny, chociaż ta pani chyba była trochę za młoda, żeby mogła w tym okresie urzędować.  Ale kto wie, może to są jakieś geny?

Po drugie, formularz się zmienił.  Przygotowując zeznanie CIT, najpierw ufnie zabrałam się do przepisywania odpowiedzi z zeszłorocznego zeznania (oczywiście z bieżącymi kwotami, bo na tyle rozumu jeszcze mam), ale natychmiast odkryłam, że  dodano nowe, zupełnie dla mnie niezrozumiałe,  pytania.  Na wszelki wypadek wpisałam w nich same zera, ale nie jestem pewna, czy w tej sprawie nie będą mnie wzywać, grożąc srogo.

Powoli zaczynam wątpić w moją zdolność rozumowania …

wtorek, 8 marca 2016

Dlaczego nie piszę?

Od kilku miesięcy nie piszę na moim blogu i właśnie zaczęłam się zastanawiać dlaczego i analizować możliwe tego przyczyny.

Najprostszym wytłumaczeniem byłby brak czasu, jednak to nie jest przyczyną.  Czas mam, już od czerwca nie pracuję, ponieważ statek mojej macierzystej firmy w Londynie utknął na mieliźnie, z której już chyba nic nie będzie w stanie go odholować na pełne morze.  Nie żałuję, bo przecież już w 2011 roku oficjalnie przeszłam na emeryturę i dorywczo pracowałam dalej tylko dlatego, że jeszcze byłam potrzebna. Teraz, kiedy już niczego nie mogę dla firmy zrobić, rozsądnie spoczęłam na zasłużonych laurach.

Innym powodem mogłaby być starcza demencja, odbierająca pamięć, logikę i zdolność konstruowania sensownych narracji, ale to, dziękować Bogu, jeszcze mnie nie dotknęło.  Nadal potrafię pisać zrozumiale, korespondencja mailowa wychodzi mi całkiem składnie, a i w różnych grupach na Facebook’u  też coś nie całkiem  głupiego wrzucę od czasu do czasu.

A może po prostu nie mam o czym pisać?  Może nic już nie rozbudza mojej wyobraźni, nie wzbudza silnych odczuć, nie powoduje reakcji lub refleksji, którymi chciałabym się podzielić z moimi (nielicznymi, ale wiernymi) czytelnikami?  Może bujam w obłokach jak po jakimś LSD, bez żadnego powiązania  z rzeczywistością?  Może straciłam zainteresowanie sprawami ludzkimi, podejrzewając   rychłe dostąpienie do życia wiecznego?

Nie, niestety to też nie tłumaczy mojego milczenia.  Jestem jak najbardziej trzeźwa i przytomna, obserwuję wydarzenia w kraju,  czuję,  myślę i przeżywam.  Natłok potencjalnych wypowiedzi cały mój umysł zajmuje, ale gardło mam ściśnięte, aby nie wydać krzyku bólu, mniej więcej tak, jak wtedy w Zakopanem, kiedy przy wysiadaniu z autobusu upadłam na lodzie na łokieć i usłyszałam jak pęka mi główka kości ramienia przy barku.  Jednak nie mam ochoty do publikowania swoich myśli na blogu, bo musiałby to być blog polityczny, który na bank ściągnąłby na moją niewinną głowę lawinę hejtowych komentarzy, a po co mi to na stare lata?

Tak więc wybaczcie, że rzadko piszę - bezpieczniejszych natchnień i tematów  mam obecnie zdecydowanie mniej, chociaż jeden taki wpis akurat opublikowałam na mojej anglojęzycznej stronie

środa, 6 stycznia 2016

Tajemniczy atak somnambulizmu w moim mieście

W moim ekskluzywnym i kosztownym  mieście, wbrew wszelkim oczekiwaniom,  niedawno otwarto bardzo tanią jadłodajnię z sieci siedmiu, które działają w województwie.  Jest idealna dla studentów, emerytów, chwilowo samotnych tatusiów z dziećmi oraz dla każdego, kto chce po prostu zjeść domowy obiad po bardzo przystępnej cenie, szybko podany  w czystej i przestronnej restauracji,  albo zabrać na wynos do domu . Znam już taką w innym, prowincjonalnym miasteczku (prawdopodobnie pierwszą w tej sieci) i bardzo sobie chwalę jako doskonałe rozwiązanie w sytuacji gdy nie mam czasu lub pomysłu na obiad.  Zawsze są do wyboru co najmniej dwie zupy i dwa drugie dania z dodatkiem różnych surówek, a  oprócz tego codziennie dodatkowo schabowy, filet z kurczaka, naleśniki i pierogi.  Wszystkie dania są pyszne i porcje jak dla głodnego Polaka, sprzedawane głównie w zestawach zupa + drugie za ok. 12 - 14 zł, zależnie od lokalizacji. Oprócz tych dodatkowych, wszystkie są natychmiast dostępne z gorącego bufetu.  Co prawda, trzeba się pogodzić z faktem, że drugie stygnie kiedy jesz zupę, ale trudno, inaczej by to nie funkcjonowało sprawnie, i  niektórzy klienci wobec tego jedzą w odwrotnej kolejności.

W prowincjonalnej  jadłodajni obsługa jest błyskawiczna, dziewczyny w bufecie i kuchni uwijają się jak w ukropie i nikt nie czeka, chyba, że zamówi danie spoza bufetu.  Za to w mojej nowej restauracji dziewczyny poruszają się jak we śnie, mają rozmarzone oczęta i spowolnione ruchy i chwilę to trwa, zanim się zorientują, że ktoś  chce być obsłużony. A jak już zauważą, to też im wolniutko idzie, bo rozglądają się na koleżanki  i na sufit, jakby szukając gdzieś ostatecznego potwierdzenia, że mają wkroczyć do akcji.

A tu następny przykład podpierający moją tezę o somnambulizmie w moim mieście. Parę tygodni  temu  otwarto od dawna wyczekiwany nowy dworzec  (umieszczony w gigantycznym, ale na razie pustym, centrum handlowym) oraz kilka towarzyszących mu sklepów i kawiarni. Weszłam do piekarni gdzie oferują kawę, kanapki, pieczywo i ciasta.  Lokal wyglądał bardzo przyzwoicie, jasno i czysto, na półkach pięknie prezentujące się bagietki i chleby, a w gablocie apetyczne, świeżo przygotowane kanapki, choć wszystko po nieco wygórowanych cenach.  Za ladą cztery młode osoby, trzy dziewczyny i jeden chłopak, w eleganckich granatowych fartuszkach. Wszystko pięknie, ale obsługa wydała mi się jakaś rozkojarzona, powolna i właśnie somnambuliczna.  Kiedy w końcu udało mi się przykuć uwagę dziewczyny stojącej przy kasie, ta się nagle obudziła i wpadła w panikę, że poprzednia klientka opuściła sklep bez zapłacenia  za zakup.  Druga ekspedientka  poleciała na dworzec  za podejrzaną, ale wróciła z niczym.  W międzyczasie ja zwróciłam uwagę kasjerki na monety leżące na kontuarze i okazało się, że to właśnie była zapłata za zakup tej ściganej klientki, tylko kasjerka tego nie zauważyła.

Chciałoby się zapytać, czy w moim mieście, niedostrzeżona przez  SanEpid czy jego dzisiejszy odpowiednik,  zapanowała epidemia  somnambulizmu, chociaż o ile mi wiadomo, nie jest to choroba zakaźna.   Mój mąż jest skłonny  złożyć  takie zachowanie na karb balowania do wczesnych godzin rannych (co zresztą sam też często uskutecznia, więc wie jak jest).   Jedna z naszych młodych przyjaciółek uważa, że to po prostu sprawa popytu i podaży: w moim mieście jest praca, w tym prowincjonalnym nie ma, więc się ją bardziej ceni.   A ja podejrzewam, że mogą to być  niedociągnięcia kierownictwa, które często bywają przyczyną złego funkcjonowania usług:  brak szkolenia, niejasne formułowanie obowiązków pracownika lub oczekiwanego standardu pracy.  Całkiem możliwe, że prawda leży gdzieś pośrodku.

Na koniec jeszcze spostrzeżenie, że w tej sieci jadłodajni jest taniej na miejscu niż na wynos, bo za styropianowe pojemniki się płaci.  To chyba coś mówi o cenie robocizny w Polsce:  np. w Anglii, jeżeli jest różnica w cenach, to na wynos jest taniej.

czwartek, 10 grudnia 2015

Internetowa niespodzianka

Parę dni temu, jeszcze przed śniadaniem, mąż zaskakuje mnie pytaniem o moje potencjalne poczynania na jego koncie bankowym, do którego posiadam kartę płatniczą: Czy wczoraj zapłaciłaś te  sumy kartą?  Pokazuje mi  listę czterech transakcji, w sumie na około 3200 zł, zarejestrowanych na koncie poprzedniego dnia. Kwoty nic mi nie mówią i zresztą wiem doskonale, że tego dnia użyłam karty tylko raz i to na niewielką sumę, nieodpowiadającą żadnej z tych kwot.  Ja to bywa z ludźmi, którzy nie muszą się rano spieszyć do pracy, jesteśmy jeszcze półprzytomni od za długiego spania (chociaż najwyraźniej mąż zdążył już sprawdzić konto w Internecie) i paradujemy po mieszkaniu w piżamach, ale powoli zaczyna do nas docierać, że coś jest nie tak. Mąż jest akurat na „posiedzeniu”, ale zostawił drzwi otwarte, więc możemy kontynuować nasze dociekania.

Na razie te cztery transakcje, opisane jakimiś cyframi i nazwą Facebook, są na liście zablokowanych środków, co oznacza, że zostały autoryzowane i czekają na realizację, a suma ich jest  zarezerwowana na koncie jako wydane pieniądze, więc mamy nadzieję, że może jeszcze da się te transakcje anulować.  Mąż jest za wizytą w banku jak tylko się ogarnie, ale ja uważam, że lepiej będzie niezwłocznie zadzwonić.  Wchodzę na stronę banku, odnajduję bez trudu numer linii pomocy i łączę się.  Oczywiście odbiera elektroniczna sekretarka, która proponuje mi kilka, na szczęście prostych, opcji do naciśnięcia lub wypowiedzenia, ale nie wybieram żadnej z nich i po krótkiej chwili zostaję połączona z ludzką istotą.  Imponuje mi to bardzo, bo już wiele razy doświadczyłam, w innych instytucjach, strasznie długiej i skomplikowanej listy opcji i bardzo wydłużonego  oczekiwania na kontakt z człowiekiem z krwi i kości.

Odzywa się bardzo miła pani, która rzeczowo zadaje pytania i radzi, żeby mąż sprawdził na koncie, z której z naszych dwóch kart te transakcje zostały wykonane, bo tę kartę trzeba natychmiast unieważnić, więc mąż, nadal w dezabilu bo właśnie się wybierał pod prysznic, leci włączyć komputer stacjonarny,  bo jego telefon nagle odmawia połączenia z kontem.  Pani cierpliwie czeka i kiedy się okazuje, że transakcje były z karty męża, prosi go do telefonu w celu potwierdzenia tożsamości i unieważnia jego kartę.  Twierdzi jednak, że tych transakcji nie da się już powstrzymać  i że te kwoty wyjdą z konta.  Doradza wizytę na policji w celu zgłoszenia przestępstwa i uzyskania o tym zaświadczenia, bo tylko wtedy bank będzie mógł zwrócić te pieniądze na konto.

Tego popołudnia udajemy się więc na komendę policji, z wydrukiem podejrzanych transakcji oraz okienka konta jakiejś tajemniczej reklamy, które w tym samym dniu ukazało się na Facebook’u męża jako jego zakup i potencjalnie ma związek z tymi transakcjami.  Zgłaszam sprawę dyżurnemu,  a mojemu  zgłoszeniu przysłuchują się dwie pary petentów w poczekalni oraz jakiś facet w drzwiach dyżurki, ubrany w koszulkę T-shirt  i spodnie dresowe, który wydaje się zainteresowany tym co mówię.

Zasiadamy w poczekalni, przygotowując się na dłuższy tu pobyt.  Jest ciepło i czysto, a kiedy informuję męża o istnieniu bufetu (bo już znam to miejsce), on kupuje sobie tam herbatę z cytryną i słodki pierożek i żartuje, że moglibyśmy tu przychodzić dla rozrywki.  Po chwili jednak wzywa nas ten facet z dyżurki i prowadzi na górę do swojego pokoju, gdzie jego koleżanka po fachu, przypuszczalnie po godzinach, właśnie odrabia lekcje z angielskiego, bo na dwóch ostatnich nie była i ma zaległości.

Zaczyna się przesłuchanie.  Najpierw, oczywiście, dokumenty tożsamości, nie tylko męża, ale mój też, bo ostatecznie biorę w tym udział. Pan Starszy Aspirant jest przyjazny i ludzki, nie żaden służbista, bardzo miły, żartobliwy i na pozór rozgadany, ale  widać, że wie, co robi -  gdybyśmy byli jakimiś przestępcami o średniej inteligencji, to możliwe, że wpadlibyśmy w pułapkę i niechcący się wygadali. To nie jest dokładnie to, co po angielsku nazywa się  „honey trap”, bo do tego niezbędna jest piękna kobieta a on takiej nie przypomina raczej, ale coś zbliżonego.

W protokole zapisuje mnie jako przybranego przez męża tłumacza, ale później, dowiedziawszy się, że ja też mam dostęp do konta,  chwilowo ogarnia go wątpliwość, czy ja mogę  występować w roli bezstronnego tłumacza.  Nawet pyta o to koleżankę, ale przecież ja też jestem poszkodowaną, no nie? I dlaczego miałabym używać karty męża, skoro mam równouprawnioną swoją?

Trochę też musi się nagłowić nad stosownym paragrafem Kodeksu do zaklasyfikowania tego przestępstwa, bo prosta kradzież to nie była skoro pieniądze chwilowo jeszcze nie wyszły z konta.   Skrupulatnie spisuje wszystko, co mówimy, od czasu do czasu przeklinając swój laptop, który rzekomo płata mu figle, np. pisząc 31550 zł zamiast 3155 zł.  Zagląda też na Facebook’a męża oraz na stronę WWW, której adres wymieniony jest w okienku konta reklamy na FB i okazuje się, że to jakiś irlandzki sklep internetowy z odzieżą i galanterią damską, o którym ani mąż ani ja nigdy nie słyszeliśmy.    Po około półtorej godziny przesłuchanie się kończy, składamy mnóstwo podpisów na protokole i otrzymujemy kwitek, o który nam chodziło, czyli potwierdzenie zawiadomienia policji.

Następnego dnia mąż biegnie z tym kwitkiem do banku, ale odprawiają go z niczym, bo pieniądze na te cztery transakcje jeszcze nie opuściły konta i nikogo to nie obchodzi.  Dzień później już jest inaczej, bo transakcje zostały zrealizowane i pomocna pracowniczka banku pomocnie formułuje za męża reklamację, w wyniku której on prawdopodobnie odzyska te pieniądze.  Zobaczymy!

Potwierdza się również związek tej Facebook’owej reklamy z kradzieżą numeru karty, bo okienko konta reklamy na FB męża zaczyna  wyświetlać wiadomość, że winien jest następne 2720 zł,  których nie da się pobrać z jego karty o numerze kończącym się na xxxx  i że ma podać inny środek płatniczy.  To właśnie ta karta, którą poprzedniego dnia zablokowaliśmy, więc gdybyśmy tego nie zrobili, to te 2720 zł też rozpłynęłoby się w eterze.    Jednak w dzisiejszych czasach właściwie nie da się uniknąć bankowości online i płatności przez Internet  – od dawna już płacimy w ten sposób domowe rachunki, sprawdzamy stan kont, robimy różne zakupy, itd., i bardzo to sobie chwalimy, bo to jednak znacząco ułatwia życie.  Więc jak tu się uchronić przed internetową kradzieżą, która może się każdemu przytrafić nawet przy zachowaniu wszystkich zalecanych środków ostrożności?

Niestety, internetowych przestępstw jest coraz więcej i, statystycznie rzecz biorąc, tak musi być.  Wnioskując z ich rozmowy, te dwie pary petentów spotkanych w poczekalni na policji też w powiązanych sprawach się zgłosiły.

Na koniec uderza mnie taka myśl: przez 38 lat w Anglii nigdy nie miałam powodu stawić się na policji, a tu w Polsce byłam już trzeci raz w przeciągu czterech lat.  Pierwszy raz, w 2012 roku, było to z okazji włamania do naszego mieszkania, potem w 2014 roku w celu zgłoszenia oszustwa przy kosztownym zakupie przez Allegro, a tym razem w sprawie skradzionych danych karty bankowej męża.  Jednak patrząc na ten fakt obiektywnie dochodzę do wniosku, że dokładnie te same perypetie mogły były się nam przydarzyć w Anglii, ale po prostu przez 38 lat mieliśmy szczęście.

wtorek, 30 czerwca 2015

Powiadomienie dla moich blogerskich przyjaciół

Drodzy wirtualni przyjaciele,

Nie pisałam  na blogu chyba od kwietnia, a nie zaglądałam do przyjaciół przez cały czerwiec, więc istnieje możliwość, że administratorzy uznają mnie za zmarłą i usuną mój blog.  Ja jednak dalej przebywam na tym padole łez, no, może w trochę gorszej formie, ale jednak. Mam kilka wpisów w przygotowaniu, ale po prostu nie miałam czasu się tym zająć.

Po pierwsze, przez cały czerwiec  co weekend mieliśmy gości, na przemian z Anglii, Litwy i Szwecji, i chociaż wszyscy byli mile widziani i niekłopotliwi, to jednak trochę mnie to angażowało.

Po drugie, pod koniec czerwca mieliśmy kolejny zjazd klasy maturalnej (47-ma rocznica!!!), który ja organizowałam i na który cały catering przygotowywałam ja, mój kolega z Anglii i moja siostra, więc było co robić aby wykarmić 18 wybrednych osób na podwieczorek, wykwintną kolację i śniadanie następnego dnia. Nieskromnie się pochwalę, że menu było znakomite i wszystkim smakowało.  Na przystawki podaliśmy terrine z kaczki z żurawiną i pistacjami w towarzystwie marynowanych prawdziwków (przyjaciel), wieprzowy pasztet  Ardennes z zielonym pieprzem (ja), wędzonego łososia w sosie chrzanowo-kaparkowym (ja), sałatkę z pieczonych buraków z oscypkiem na rukoli (przyjaciel) oraz zieloną sałatkę z sosem vinaigrette (ja).  Na danie główne był mój Boeuf Bourguignon z makaronem farfalle i przyjaciela tajskie curry z kurczaka z ryżem i dodatkowymi , mniej lub bardziej ostrymi, sosikami.    Na deser były francuskie sery z winogronami  i wspaniałe  torty z cukierni Sowa, a do wszystkiego były odpowiednie wina.  Zupełnie jak w pięciogwiazdkowej restauracji!

Po trzecie, mojej prawie 90-cio letniej, leżącej w łóżku od 2011 roku Mamie, którą od lat opiekuje się moja siostra,  się pogorszyło, nogi jej kompletnie wysiadły, tak, że już nie może wstawać na krzesło klozetowe, a poza tym zaczęła mieć halucynacje, więc trzeba było natychmiast zorganizować pomoc, bo nie można jej zostawić samej ani na chwilę.  Na szczęście udało się szybko znaleźć kompetentną opiekunkę (oczywiście prywatnie) i zainstalowaliśmy szpitalne łóżko z elekronicznym podnoszeniem pacjenta, więc sytuacja jest opanowana.

Po czwarte, ja przeszłam serię dogłębnych badań, które ujawniły, że mój przewód pokarmowy jest w dość nieciekawym stanie, ale raka nie mam i da się to ogarnąć, chociaż w każdej chwili może wystąpić niebezpieczny stan zapalny.

Po piąte, do końca lipca muszę koniecznie zrobić robotę, która nade mną wisi od kwietnia, ale do której nie mogłam się do tej pory zmobilizować.

Wobec powyższego proszę wirtualne towarzystwo o cierpliwość, nadal chcę z Wami być, ale mam przejściowe „schody”.

czwartek, 14 maja 2015

Nieproszony gość

Do wczoraj nie miałam pojęcia, że udzielam mu schronienia, chociaż musiał rezydować i tyć na moim wikcie już dobre kilka lat.  Nie zauważyłam go, bo siedział cicho i się nie odzywał, więc odkrycie jego obecności zaskoczyło mnie kompletnie.

Odkrycia dokonała lekarka przy okazji USG jamy brzusznej, zleconego przez lekarkę domową, która chciała się dowiedzieć, jak wyglądają moje nerki i nadnercza.  USG wykazało, że te czują się świetnie a moja trzustka jest po prostu piękna, za to w pęcherzyku żółciowym zalega kamień o średnicy 15 mm, który charakterem przypomina trochę tykającą bombę, bo w każdej chwili może wybuchnąć, np. zatkać przewód żółciowy , powodując ostry stan zapalny, który wymagałby natychmiastowej interwencji na pogotowiu. Lekarka od USG pytała, czy miewałam ostre bóle poniżej mostka lub pod prawym żebrem, ale powiedziałam, że nie, bo nic takiego nie przychodziło mi na myśl. Jednak, po dłuższym namyśle doszłam do wniosku, że może był jeden taki kwalifikujący się epizod, chyba w zeszłym roku, kiedy to natychmiast po zjedzeniu obiadu doznałam ostrego bólu w nadbrzuszu, który utrzymywał się przez około dwie godziny, a potem ustąpił.  Nie przypominam sobie innych takich przypadków, więc chyba było to tylko ten jeden raz.

Naturalnie od razu zrobiłam wywiad na temat w Internecie, który wykazał, że najlepszym rozwiązaniem jest usunięcie całego pęcherzyka, a nie tylko kamienia.  Mogę to zrobić odpłatnie w prywatnej klinice w Warszawie, gdzie czas oczekiwania jest  ok. miesiąca, lub za darmo w Anglii, gdzie mam ubezpieczenie zdrowotne, pozyskane przez wiele lat pracy i płacenia składek, ale nie wiem, jak długo musiałabym czekać na operację – tam też są kolejki, a ponieważ ja na razie nie mam stanu ostrego, to byłabym na szarym końcu.  Istnieje jeszcze jedna opcja: odpłatna operacja w Anglii w prywatnej opiece zdrowotnej BUPA, z której już dwa razy korzystałam w celu wykonania ogólnych badań diagnostycznych, ale to na pewno byłaby najkosztowniejsza opcja.

Z oczywistych względów nie uśmiecha mi się operacja „na ostro”, więc chciałabym profilaktycznie mojego nieproszonego gościa jak najprędzej wyeksmitować, zanim zrobi mi poważny kłopot. Pragnę  poznać Wasze opinie na ten temat i opisy ewentualnych doświadczeń z taką dolegliwością,  bo jestem trochę zagubiona w tym wszystkim.

wtorek, 3 marca 2015

Moja emigracja cz.3 – praca

Pierwszą pracą, którą podjęłam w Anglii była praca ekspedientki w pralni chemicznej.  Dokładnie nie pamiętam kiedy to było, ale przypuszczam, że nie po przeprowadzce z Polski do Anglii ale wcześniej,  w czasie mojej pierwszej tam wizyty w 1970 roku. Była marnie płatna (ale nie o to chodziło) i trwała zaledwie kilka tygodni (z wyboru) i pracowałam najpierw w jednej placówce, w zamożnej dzielnicy Londynu Swiss Cottage, a potem w innej, już  „gorszej” dzielnicy.  Z całej tej pracy pozostały mi w pamięci dwa zdarzenia.   W Swiss Cottage, gdzie jedynym moim zadaniem było przyjmowanie ubrań do czyszczenia i ich wydawanie,  pewnego dnia pojawił się wysoki, przystojny mężczyzna z ubrudzonymi trawą białymi ubraniami od krykieta, który był zaskoczony, że, przy wypisywaniu kwitu nie wiedziałam jak się pisze jego nazwisko i poprosiłam, żeby przeliterował.   Po powrocie do domu dowiedziałam się od narzeczonego, że to był sławny zawodnik krykieta, którego każdy szanujący się Anglik znał i kochał.  Drugie wspomnienie, już z tej gorszej dzielnicy, gdzie zarządzałam placówką i byłam odpowiedzialna za kasę i za zamykanie przybytku na noc, dotyczy właśnie tego zamykania.   Zamknęłam drzwi o przepisowej godzinie  i  liczyłam kasę, kiedy pod drzwiami stanęła kobieta i, widząc mnie wewnątrz, domagała się wpuszczenia.  Nie otworzyłam drzwi, ale ona tam stała aż wyszłam  i wtedy mnie kopnęła w nogę.  Nie wiadomo, czym by się to skończyło, ale na szczęście mój narzeczony przyszedł po mnie i ona wtedy uciekła.

Następna praca, już po przeprowadzce z Polski do Anglii w 1973 roku, była podniecająca.  Mieszkaliśmy wtedy u teściowej w eleganckiej dzielnicy Swiss Cottage i pewnego dnia znalazłam w gazecie ogłoszenie czarterowanego księgowego w tej właśnie dzielnicy, który poszukiwał pracowników.  W ogłoszeniu stało, że kandydaci na posadę powinni znać rachunkowość do poziomu Trial Balance (obroty i salda), więc, będąc przedsiębiorczą osobą, poszłam do księgarni  i zakupiłam książkę na temat.  Wydał mi się dziecinnie prosty, więc zgłosiłam swoją kandydaturę i powiedziałam jak jest:  wyższe wykształcenie owszem mam, ale w innym kierunku; kwalifikacji czy doświadczenia w księgowości  nie posiadam, ale jeżeli chodzi o to, co jest w tej książce, to potrafię to zrobić.  I na tej podstawie zostałam zatrudniona, za 1 funt na godzinę, co w owych czasach było OK.  Równocześnie ze mną została zatrudniona młodsza ode mnie dziewczyna, prosta Angielka po jakimś kursie księgowości, która mnie polubiła, mimo tego, że wydawałam się jej odrobinę dziwna.

W trakcie mojego zatrudnienia okazało się, że większość klientów mojego pracodawcy to artyści i zespoły muzyczne czyli ludzie niemający głowy do papierkowej roboty.  Przynosili kartony pełne paragonów i innych świstków, a naszym zadaniem było zrobienie z tego oficjalnych ksiąg rachunkowych. Uwielbiałam tę pracę, bo była jak zabawa w detektywa, swoje zadania spełniałam bez zarzutów, ale odznaczyłam się w niej głównie tym, że potrafiłam zjeść na lunch pół kilograma angielskiego „trifle” – mojego ulubionego deseru , który składał się z biszkoptowej podstawy polanej mocnym winem sherry , potem warstwy owoców w galaretce i następnie budyniu waniliowego, na koniec posypanego płatkami prażonych migdałów.  Pycha!

Moim zdaniem, sherry trifle jest jedną z najbardziej udanych potraw kuchni angielskiej.  Drugie miejsce w moim rankingu zajmuje cieniutko krojona pieczeń wołowa w towarzystwie Yorkshire Pudding (nadmuchane, pieczone ciasto w rodzaju sufletu), pieczonych ziemniaków i jarzyn, np. pysznego pasternaku, który wygląda jak korzeń pietruszki, ale smakuje jak pietruszko-marchewka, oraz niezastąpionego sosu „gravy”, który, po zagęszczeniu, powstaje z soków pieczeni.

To była dygresja o angielskiej kuchni, ale wróćmy do tematu.

Pracowałam tam chyba ze dwa lata, równocześnie uczestnicząc w lingwistycznym studium podypplomowym na uniwersycie Reading, gdzie miałam zdobyć doktorat, ale nic z tego nie wyszło, bo znienawidziłam mojego profesora, sławnego z opublikowania jakiejś książki o gramatyce.  Był nudny jak przysłowiowe flaki z olejem i nie znaleźliśmy wspólnego punktu widzenia, więc po roku zrezygnowłam z tej zabawy.  Zresztą doszłam do wniosku, że kariera akademicka jest nie dla mnie, bo jest za bardzo odsunięta od realiów życia.  Rok wcześniej dostałam miejsce doktoranta na uniwersytecie Cambridge na podstawie mojej pracy magisterskiej z Poznania, ale studiów nie podjęłam, bo był wymóg mieszkania w akademiku na miejscu, a nasze jedyne środki do życia dostarczała posada męża w Londynie.  Po latach uznaliśmy, że można to było jakoś przeskoczyć, ale wtedy byliśmy bardzo młodzi i odrobinkę zastraszeni aurą tego światowo sławnego uniwersytetu. Przez rezygnację z tych studiów straciłam klucz do wielu drzwi, ale niekoniecznie tych, które chciałam otworzyć.

Dalsze dzieje mojej kariery opiszę w następnych wpisach.

wtorek, 3 lutego 2015

Moja emigracja czyli właściwie skrócona historia 60% mego życia – cz.1.

Od powrotu z Anglii do Polski w 2011 roku nosiłam się z zamiarem opisania mojego 38-letniego doświadczenia emigrantki, ale za każdym razem kiedy chciałam się do tego zabrać rezygnowałam, bo temat prawie nie do ogarnięcia.  Najwidoczniej nigdy nie wpadłam na pomysł, żeby temat podzielić na różne aspekty lub części chronologiczne i pisać o nich osobno, a nie od razu o całości.  Dopiero teraz to do mnie dotarło, więc może zmobilizuję się do systematycznej relacji. Póki co, chcę się odnieść do artykułu o Polkach na emigracji w magazynie Wysokie Obcasy, gdzie jakaś pani, spędziwszy 4,5 roku w Meksyku, wypunktowuje swoje lekcje życiowe płynące z tego doświadczenia, dając mi w ten sposób jakiś zaczep w tym nieogarniętym temacie.

W punkcie 3 ta pani pisze: „Na początku będziesz tęskniła za wszystkim, co polskie, nawet za rzeczami, których nigdy tak naprawdę nie lubiłaś. Będziesz przywozić tony ptasiego mleczka, krówek, kabanosów i innych produktów, których w Polsce właściwie nie dotykałaś. Fakt, że nie możesz czegoś dostać, sprawi, że zapragniesz tego jeszcze bardziej. Potem trochę wyluzujesz.”   Moje doświadczenie było zupełnie inne:  nie przywoziłam przysmaków z Polski, chociaż bardzo chętnie objadałam się nimi podczas częstych wizyt w kraju.  Pierwsza praca mojego małżonka jako nauczyciela matematyki w szkole średniej była marnie płatna, a ja studiowałam podyplomowo, więc nasze środki do życia były bardzo ograniczone i po zapłaceniu za mieszkanie niewiele zostawało, z czego dużo pochłaniały podróże do Polski na Boże Narodzenie, Wielkanoc i urlop letni, mimo, że ówczesne loty tzw. czarterowe były tańsze od biletu kolejowego do Szkocji.  Wobec tego starałam się gotować co się da, byle tanio i pożywnie, kupując najtańsze produkty w supermarkecie i wymyślając potrawy z nich, w czym czasem inspirowały mnie przepisy znalezione w czasopismach czy sklepowych ulotkach.  Np.  pamiętam takie danie, które bardzo przypadło nam do gustu, a powstało kiedy wakacyjnie koczowaliśmy pod namiotem w ogrodzie przyjaciół teściowej, gdzieś na zapadłej wsi w hrabstwie Kent.  Ponieważ do jakichkolwiek sklepów było bardzo daleko, dwa razy w tygodniu przyjeżdżał tam objazdowy sklep, czyli pan z furgonetką zapełnioną podstawowymi produktami spożywczymi, takimi jak chleb, mleko, sery, mięsa, konserwy i warzywa. Raz kupiłam puszkę pomidorów, wędzony boczek i ziemniaki i wyszedł z tego pyszny obiad, ugotowany na patelni na maciupciej kuchence campingowej.

Zresztą praktykę w gotowaniu tanich posiłków zaczęłam już wcześniej, kiedy to przez ostatnie 3 lata studiów mieszkałam z mężem w Poznaniu, w wynajętym pokoju ogrzewanym piecem węglowym i przylegającym do sypialni gospodyni, w której ta, za niespecjalnie dźwiękoszczelną ścianą, regularnie i głośno zabawiała się z sąsiadem podczas nieobecności męża.  Mieliśmy dostęp do lodowatej łazienki, w której okno musiało być cały czas otwarte, żeby uniknąć zatrucia czadem lub gazem oraz do bardzo podstawowej kuchni, a ponieważ miałam w posiadaniu duży garnek, przyrządzałam w nim pożywne i smaczne eintopfy, które, spożywane ze świeżym pieczywem, starczały nam na kilka obiadów.

W punkcie 4 artykułu stoi: „Ugotujesz swoje pierwsze w życiu pierogi. Najprawdopodobniej ruskie, bo te są najłatwiejsze. Potem ugotujesz swoje pierwsze gołąbki, mielone, barszcz, szarlotkę i staniesz się ekspertką od polskiej kuchni. „   U mnie było inaczej, raczej starałam się poznawać tubylczą kuchnię, bo byłam nastawiona na integrację, a nie na odtwarzanie Polski w Anglii.  Uważałam, że skoro tam zamieszkałam na dobre, to powinnam zrobić wszystko, żeby stać się członkiem tamtego społeczeństwa i poczuć się w domu, bo inaczej cała moja egzystencja w Anglii byłaby na zasadzie wyobcowania, co na pewno nie byłoby psychicznie  komfortowe.  Zresztą w moim otoczeniu akurat żadnych Polaków nie było.  W tym pierwszym, trudnym okresie kiedy brakowało nam pieniędzy na życie, faktycznie chciałam gotować polskie zupy na bazie rosołu, bo wiedziałam, że są pożywne i tanie (a poza tym angielskie się do nich nie umywały) i z wielkim  zdziwieniem odkryłam, że korzenie pietruszki są tam nieznane i niedostępne, a jak tu ugotować rosół bez pietruszki?  W końcu zdecydowałam się na zastąpienie jej natką i też było dobrze.  Polskie potrawy zaczęłam gotować dopiero po wielu latach pobytu w Anglii, głównie w celu zaimponowania gościom zaproszonym na obiad, ale niestety bez większego powodzenia.  Anglicy z reguły uznają kwaśne rzeczy za zepsute, więc moje pyszne marynowane śledzie, zupa ogórkowa czy wspaniały barszcz nie zyskały poklasku, chociaż prawdziwa pomidorowa ze świeżych pomidorów się przyjęła i była kulinarnym sukcesem, może dlatego, że jest znana i lubiana w Anglii, ale według mnie ich wersja to nic innego niż podgrzany sok pomidorowy, który ja preferuję czysty na zimno albo z lodem, pieprzem i solą lub z kilkoma kroplami Angostury Bitter i wódką  jako cocktail Bloody Mary.

Punkt 6 brzmi: „Poznasz ludzi, których inaczej nigdy byś nie poznała. Twoimi najlepszymi przyjaciółmi zostaną ludzie, o których w Polsce powiedziałabyś, że na pewno się nie dogadacie. Sytuacje, w których się znajdziesz, zmienią twoje poglądy i wymagania wobec życia. Przewartościujesz wszystko, o czym do tej pory myślałaś, że jest dla ciebie najważniejsze albo zupełnie nieistotne.”  Właściwie, za wyjątkiem drugiego zdania,  to się zgadzam.  Nigdy nie osądzałam ludzi przed ich poznaniem, więc nigdy nie miałam w głowie wizerunków ludzi, z którymi mogłabym się nie dogadać.  Faktycznie, w Anglii  poznałam, głównie w pracy, osoby, z którymi nie nawiązałabym kontaktu w Polsce z tej prostej przyczyny, że takowych w ojczyźnie nie było. Praca i stosunki towarzyskie z przedstawicielami innych narodowości i ras niż moja własna bez wątpienia rozszerzyły moje poglądy, zrozumienie świata i tolerancję różnorodności, skutecznie eliminując moje, niezbyt zresztą  silne uprzedzenia, wynikające jedynie z braku zaznajomienia i uświadomienia.

Punkt 7 mówi: „Jeśli zwiążesz się z kimś z innego kraju, poznasz wszystkie plusy i minusy tłumaczenia swojej osobowości na inny język. Problemem może być wyrażanie emocji, konkretyzowanie myśli, ale szybko nabierzesz wprawy. Zorientujesz się też, że to ma swoje zalety. W kryzysowej sytuacji zawsze możesz powiedzieć, że czegoś nie zrozumiałaś albo, że nie to miałaś na myśli!”  Mnie to akurat nie dotknęło, bo wychodząc za Anglika, władałam angielskim na tyle dobrze, że takie tłumaczenie wpadek by nie przeszło.

Punkt 14: „Ciągle będziesz na coś czekać. Przede wszystkim na powrót do Polski. Będziesz czekać i tęsknić, a potem będziesz czekać i tęsknić w drugą stronę. Będziesz czekać, aż ktoś przyjedzie i cię odwiedzi. Ciągłe czekanie i tęsknota. Ale to dobrze, bo fajnie jest na coś czekać.”   Ja nie czekałam, tylko wzięłam się za zdobywanie swojego miejsca w angielskim świecie pracy. Owszem, tęskniłam, ale to się dało ogarnąć, bo często dzwoniłam do domu, raz na tydzień wymieniałam obszerne listy z siostrą i odwiedzałam rodzinę w Polsce trzy razy w roku, a w późniejszych latach nawet 5 razy. Przez pierwsze 2/3 mojej emigracji wcale nie zastanawialiśmy się nad powrotem do Polski; układ był korzystny dla obu stron, bo przebywanie w Anglii pozwalało nam zaopatrywać moją rodzinę w cukier do zapraw (w czasach kartkowych), lakiery do własnoręcznie konstruowanych mebli (bo innych nie dało się zdobyć) oraz materiał obiciowy do tychże; lakiery samochodowe, lekarstwa, używane zamrażarki, agregatory i Bóg wie co jeszcze. A w drugą stronę nie tęskniłam, dopóki nie wzięłam psa, który na czas naszych wyjazdów zostawał pod opieką  pani, która przez wiele lat pomagała mi w domu i zamieszkiwała w nim podczas naszej nieobecności.

Mogłabym ustosunkować się do każdego punktu artykułu, ale nie widzę takiej potrzeby – to co napisałam powyżej adekwatnie oddaje główne aspekty mojego doświadczena na emigracji.  W następnym odcinku tej sagi wyjaśnię dlaczego znalazłam się na obczyźnie.

wtorek, 20 stycznia 2015

Afera garnkowa

O pięć minut drogi od naszego mieszkania znajduje się niepokaźny sklepik Carrefour.  Jest mały i ciasny,  bez ruchomych taśm do towarów przy kasach i jeszcze na dodatek stawiają na tym ograniczonym miejscu różne promowane produkty, więc często nie starcza miejsca na wyłożenie całej zawartości niewielkiego koszyka.  Są cztery kasy, z których zazwyczaj tylko dwie są obsadzone, a oprócz tego jest stoisko monopolowe, pełniące rolę kasy oraz punktu obsługi klienta i często kolejki są długie.  Mimo tych zastrzeżeń regularnie korzystamy z tego sklepu, bo ma podstawowe produkty i niezły asortyment świeżego mięsa, serów  i pieczywa, a zresztą żadnego supermarketu w pobliżu nie ma.

Pewnego dnia mąż i ja wybraliśmy się na zwykłe zakupy do tegoż sklepu, ale przy okazji zamierzaliśmy kupić dwa garnki po promocyjnych cenach, na które zbieraliśmy nalepki przez jakiś czas, po jednej za każde wydane 10 zł.  Oferowane garnki firmy Brabantia są świetne, sprawdziłam to kupując dwa wcześniej: są zrobione z grubego aluminium pokrytego potrójną warstwą czegoś nieprzylepnego i naprawdę nic się w nich nie przypala, mimo tego, że ja jestem w tym kierunku uzdolniona.

W sklepie załadowaliśmy do pełna dwa koszyki umieszczone na zgrabnym wózeczku brakującymi w domu produktami, jak np. kapustą i marchewką (dla psa na dodatek do suchej karmy), oliwą (której zużywam nieprzeciętne ilości), chlebem, mlekiem, płatkami śniadaniowymi, serami, piwem, itp. i udaliśmy się do najbliższej kasy, przy której urzędowała miło wyglądająca pani w wieku dojrzałym.  Pani sprawnie zeskanowała nasze zakupy,  a potem, na podstawie okazanych przeze mnie kuponów z naklejkami, zaczęła działać w kierunku sprzedania nam dwóch wybranych garnków.  I tu się zaczęły schody: garnki były w magazynie, a dostęp do magazynu miał tylko ochroniarz, po którym ani śladu „na sklepie” nie było.  Pani kasjerka poszła go szukać, co spowodowało lekki zastój w kolejce, jak się później okazało, jeden z wielu.  W końcu go znalazła i posłała do magazynu – wrócił chyba dopiero po 10-ciu minutach, co spowodowało następny zastój.  Nota bene, był to ten sam ochroniarz, który ze dwa tygodnie wcześniej marudził, że kazałam sobie przynieść z magazynu do obejrzenia garnek, którego w tym momencie nie mogłam kupić, no ale chciałam wiedzieć, czy warto zbierać nalepki. Pani kasjerka nabiła garnki na kasę i podliczyła sumę do zapłaty.  Suma wydała mi się mocno wygórowana, ale doszłam do wniosku, że zapłacę, kartą, a dociekać bedę potem, żeby nie tamować kolejki.  I to był duuuży błąd!  Jak się później okazało, ciężko było to odkręcić.

Kiedy zwróciłam uwagę kasjerce na fakt, że rachunek wyniósł 547 zł zamiast około 300, natychmiast poleciała z nim do punktu obsługi klienta, gdzie zleciła jego anulowanie i dokąd mnie odesłała. Wtedy już była spora kolejka do jej kasy i ludzie zaczynali się niecierpliwić.  Na dodatek w sklepie było gorąco, więc zdjęłam puchową kurtkę i powierzyłam ją mężowi, który usiadł na ławeczce przy wyjściu i wdał się w okolicznościową rozmowę z facetem, który przedtem stał za nami w kolejce do tej kasy i wyszedł z kolejki na odpoczynek, bo zanosiło się na dłużej.

Oczywiście na stoisku monopolowym czyli w punkcie obsługi klienta też była spora kolejka, więc nic dziwnego, że jej uczestnicy krzywo na mnie patrzyli, kiedy kasjerka mnie tam zaprowadziła w celu anulowania rachunku.  Punkt obsługiwała młoda dziewczyna, i tak już mocno już zestresowana długością kolejki, więc zupełnie nie ucieszyło jej polecenie kasjerki, zwłaszcza, że absolutnie nie była pewna, jak zrobić tę anulację.

W międzyczasie do następnej kasy zasiadła jakaś nadrzędna, sądząc po ubiorze, kasjerka, żeby odciążyć pozostałe kasy i kiedy dziewczyna wezwała ją na pomoc, ta pani najpierw zupełnie nieprofesjonalnie wyklęła kupowane przeze mnie garnki, a potem kazała dziewczynie anulować mój rachunek, odejmując produkt po produkcie.  Ludzie w kolejce zaczynali się denerwować, więc oświadczyłam w ogólnym ich kierunku, że przepraszam, zapłaciłam 547 zł za zakupy o wartości ok. 300 zł i usiłuję to odzyskać, co chyba do nich dotarło, bo nikt słowa nie powiedział. Mąż przyprowadził nasz bardzo poręczny i zapakowany z górką wózek w kolorze fuksji, dziewczyna spojrzała na długawą listę naszych zakupów i zarządziła, że mamy podawać je w takiej kolejności w jakiej widnieją na paragonie, bo inaczej się pomyli.  Zaczęło się odliczanie. Wywołała pierwszy produkt,  piwo, które oczywiście znajdowało się na samym dnie przepastnego wózka w kolorze fuksji i natychmiast stało się oczywiste, że bez stacji pośredniej w postaci wózka sklepwego ten numer nie prrzejdzie, więc zawezwałam  męża z ławeczki, żeby takowy dostarczył.  Dostarczył, ale w pośpiechu wziął sam stelaż, bez koszyków.  Na szczęście był ich stos przy kasie monopolowej i jakiś uczynny kolejkowicz podał dwa, więc sprawa ruszyła do przodu i piwo powędrowało przez ladę do stóp dziewczyny. Meko zostało wywołane jako następny zakup, potem ćwiartki kurczaka, potem kapusta, marchew, itd., itp., a droga każdego produktu z jednej strony lady na drugą była śledzona przez kolejkowiczów, którzy z tego powodu najwidoczniej popadli w jakąś hipnozę, bo stali jak zamurowani.

Trochę to trwało, ale w końcu dziewczyna odliczyła wsyzstkie nasze zakupy i wyszło jej ok. 300 zł, co było zgodne ze stanem rzeczywistym, ale na zwrot pieniędzy się nie nadawało, bo przecież zapłaciłam 547 zł.  Rozpłakała się i poinformowała wszystkich obecnych, że po przerwie to ona już tu nie wróci.  Ujęta po ludzku jej sytuacją, pocieszałam ją jak moglam, mówiąc, że to nie jej wina i że jakoś to rozwiążemy, że niech się tak nie denerwuje, a ludzie w kolejce też zaczęli jej współczuć i wytworzyła się całkiem solidarna atmosfera.  Co prawda, jeden facet wyłamał się z kolejki i zapytał, czy może wziąć butelkę z półki i zapłacić w innej kasie, ale mu nie pozwolono, mimo, że takie przypadki już bywały.  Chwilę potem spróbował jeszcze raz i tym razem dziewczyna  wezwała ochroniarza, który zaniósł mu butelkę do innej kasy.

Nasza sprawa jednak nie posunęła się do przodu, bo zwrotu płatności nie dało się zrobić.  Zdesperowana częstymi wezwaniami dziewczyny nadrzędna kasjerka w końcu nakazała jej oddać mi zapłaconą sumę w gotówce i zachować paragon, co ta zrobiła, ale za następną wizytą w kasie monopolowej narzędna rzuciła, że nie wie jak się z tego wytłumaczą i uciekła.  Dziewczyna była coraz bliższa kompletnego załamania nerwowego, więc zaproponowałam, że napiszę na tym paragonie oświadczenie o odebraniu 547 zł gotówką, żeby nie miały kłopotów i tak zrobiłam.  To ją trochę pocieszyło i potem chwaliła się nadrzędnej, że „pani sama mi napisała”.

Następnie wyszła kwestia co zrobić z naszymi zakupami, które spoczywały za ladą, u stóp dziewczyny. Biedna dziewczyna  już absolutnie nie chciała mieć nic do czynienia z tą transakcją, więc uradziłyśmy, że wszystkie zakupy przełożymy do koszyków, ustawię się w innej kasie i normalnie za nie zapłacę.  Dziewczyna nadal pochlipywała, ale miała na tyle przytomności umysłu, żeby poradzić mi ustawienie się w kolejce do kasy tej nadrzędnej kasjerki.  I tak też uczyniliśmy: z pomocą męża, dziewczyny i kolejkowiczów, szczęśliwych, że wreszcie się nas pozbędą,  załadowaliśmy nasze zwrócone zakupy i dzielnie stawiliśmy czoła kolejce do kasy pani nadrzędnej.

Kiedy przyszła na nas kolej, pani kasjerka odsunęła te pechowe garnki na bok i powiedziała, że nabije je na kasę na samym końcu.  Wyraziłam opinię, że to ryzykowne, bo mogą znowu zepsuć cały rachunek i wtedy ona wpadła na genialny pomysł: zwykłe zakupy załatwimy w jednej transakcji, a potem te cholerne garnki w osobnej transakcji.  I w ten prosty sposób, po dobrej godzinie przy kasach Carrefour’a weszliśmy w posiadanie różnych produktów żywnościowych oraz dwóch promocyjnych garnków.

Otrzymałam potrójne przeprosiny za kłopot od tej pierwszej kasjerki i podwójne od nadrzędnej, więc było przyzwoicie i kulturalnie, ale sytuacja była zapalna i mam wrażenie, że gdyby ktoś zaczął w jakimś momencie krzyczeć, to nie wiadomo, do czego by doszło, pewnie ludzie by nas zlinczowali.  Niespieszno nam tam wrócić na zakupy, ale odczekamy ze dwa tygodnie i będzie dobrze.

sobota, 3 stycznia 2015

Taka sobie bajeczka

Pewnego weekendowego dnia rutynowo jadę sobie samochodem do Mamy.  Nie mam daleko, około godzinę jazdy, ale nawet godzina bez papierosa to dla mnie za długo, więc zapalam, pomimo, że nie tak dawno prawo zabroniło, bo to podobno rozprasza kierowcę.  Nota bene, mam co do tego pewne wątpliwości, bo mnie najbardziej rozprasza nikotynowy głód, o wiele bardziej niż np. jakakolwiek rozmowa z pasażerem, której ustawodawcy w swojej wszechwiedzy jeszcze nie zabronili.

No więc palę i jadę, aż nagle spostrzegam misiaczków (w języku CB Radio)  na wylocie z największej wsi na mojej trasie.  Najpierw popadam w panikę i ciarki adrenaliny mnie przechodzą na myśl o zatrzymaniu, ale udało się, nie zauważyli.  Po ochłonięciu z adrenaliny przychodzi mi do głowy fantazyjny pomysł na wykręcenie się z ewentualnej opresji, może ciut ryzykowny, ale zawszeć to ryba na bezrybiu, czyli lepsze niż nic.

Pan władza (tak się mówiło za komuny, ale nie jestem pewna czy to nadal stosowne) mnie zatrzymuje, przedstawia się  jako  sierżant jakiś tam  i twierdzi, że palę za kierownicą, a ja na to, wskazując na siedzenie obok, że to nie ja, tylko mąż. Pan sierżant, zresztą całkiem słusznie, zauważa, że obok mnie nikt nie siedzi, a ja na to: „O Jezu, zgubiłam meża!”    „A pies jest?” pytam, nerwowo oglądając się za siebie na tył samochodu.  Pies jest, więc gorączkowo wyjaśniam:  „Jakie to szczęście, że pan sierżant mnie właśnie zatrzymał, bo inaczej bym męża zapodziała!  Stanęliśmy po drodze, no bo pies musiał się załatwić, mąż z nim wyszedł a ja zostałam w samochodzie, bo przecież zimno okropnie,  potem pies wrócił i musiałam chyba zapomnieć, że męża też wiozłam, bo najwidoczniej odjechałam bez niego.  Natychmiast zawracam po męża, na szczęście dzięki panu nie odjechałam daleko!”  Po czym, zanim pan policjant racjonalnie rozpatrzy incydent,  zamaszyście zawracam i odjeżdżam.

 

piątek, 2 stycznia 2015

Sylwestrowy wieczór, Sylwestrowa noc.

Gdy byłam młoda, świetna zabawa w tę noc wydawała mi się absolutnie niezbędna do przeżycia, więc balowałam, tańczyłam i piłam ile wlezie.  Przygotowania do zabawy były równie ważne jak sama impreza:  trzeba było się efektownie i seksownie ubrać , a w szafie zawsze brakowało odpowiednich rekwizytów, bo czasy były ciężkie i nie każdy miał ciocię z Ameryki, co to jakieś ciuchy podsyłała.

Ale ja miałam bliską przyjaciółkę, która akurat taką ciocię miała.  Dostałam od niej przepiękną, długą spódnicę z czarnego  jedwabiu  ciętego ze skosa oraz elastyczny czarny sweterek nabijany miedziano błyszczącymi guzkami.  W tych dwóch rzeczach, pięknie eksponujących moją zgrabną, młodą figurę odbyłam dobre kilka Sylwestrów, aż w końcu spódnica się całkiem rozpadła (ale sweterek mam do dziś).

W późniejszych latach, kiedy jako mężatka rezydowałam w Anglii, miałam możliwość zakupu różnorodnych ubrań, więc przywoziłam dla mnie i siostry ciekawe (albo przynajmniej niedostępne w Polsce) sylwestrowe kreacje:  a to zjadliwie zieloną długą suknię, a to złocistą mini, a to błyszczące bolerko, a to hinduską, wyszywaną cekinami tunikę, którą można było połączyć z posiadaną spódnicą, itd, itp.

Teraz, z perspektywy lat, patrzę na sylwestrową zabawę zupełnie inaczej. Nie muszę iść tańczyć (zresztą i tak tchu mi brak) i nie muszę być seksowna (bo może nie wypada  w moim wieku (!)).  To jest w końcu jedna zabawa w roku, a przecież inne też mogą być, więc nie ma sprawy – można się pobawić kiedy indziej, grunt to psychiczny komfort w każdej sytuacji.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Malta cz.5 – Vittoriosa i Birgu

Trochę mnie już znużyło pisanie o naszej krótkiej maltańskiej wycieczce, tak, jak potrafi mnie znużyć  jedzenie tej samej potrawy na obiad przez trzy kolejne dni, więc skończę tym odcinkiem, który zresztą opisuje ostatni dzień naszego tam pobytu.

Samolot mieliśmy dopiero późnym wieczorem, więc jeszcze nam został cały dzień na zwiedzanie.  Spakowawszy się po śniadaniu, zostawiliśmy bagaż w przechowalni hoteliku (czytaj: w służbowej ubikacji), zamówiliśmy hotelowy transport na lotnisko na 17.30 i wyruszyliśmy na sąsiadujący z naszym półwyspem następny paluszek lądu, malowniczo wytknięty w morze, na którym znajdowało się miasteczko Vittoriosa z urokliwą, portową dzielnicą zwaną Il Birgu.  Pojechaliśmy tam autobusem, ale równie dobrze możnaby było pójść piechotą, bo podnóże półwyspu było zaledwie drugim przystankiem, więc bliziutko.

Od razu po przybyciu zorientowaliśmy się, że coś się dzieje, bo główna ulica była zabarykadowana i pełno policji naokoło.  Chwilę później okazało się, że akurat odbywa się przemarsz jakiejś, po kostiumach sądząc, nadwornej gwardii, ku uciesze dzieci w wieku szkolnym oraz ogólnej gawiedzi. Przemarsz skończył się na jakimś placyku, uwieńczony ceremonią całowania flag.  Nie całkiem pojęłam o co chodziło, ale wyglądało to na celebrowanie wielojęzyczności i mieszaniny kulturowej Malty, chociaż możliwe, że to był po prostu chwyt na nieobeznanych turystów, takich jak my.  Po jednej stronie placu stali rycerze z różnymi sztandarami, a po drugiej mistrz ceremonii w płaszczu z krzyżem Rycerzy Maltańskich.  Po środku placu rosły rycerz trzymał czerwoną flagę z symetrycznym białym krzyżem, której nie udało mi się zidentyfikować, ale na pewno nie była to duńska.  Mistrz wywoływał nazwy takie jak „La lingua jakaś tam”, np. katalońska, angielska, niemiecka,  i na każde zawołanie z przeciwstawnego szeregu wychodził jakiś rycerz ze sztandarem, krzyżował go z tym czerwonobiałym, a stróżujący przy nim pomocniczy rycerz stykał obie flagi i je całował. Po zakończeniu ceremonii rycerze z chęcią udzielali się widzom, a zwłaszcza tym najmłodszym, odpowiadając na pytania i pozując do pamiątkowych zdjęć.

Po zakończonej uroczystości skierowaliśmy nasze kroki w górę, na koniec półwyspu gdzie, rzecz jasna, napotkaliśmy olbrzymi miejski mur obronny.   Przespacerowaliśmy się wzdłuż niego w dół, w stronę Il Birgu, choć było niezbyt komfortowo z powodu braku cienia w środku upalnego dnia.  Poniżej muru napotykaliśmy częste oznaki zwykłego miejskiego bytowania  oraz ślady panowania brytyjskiego. 

W portowej dzielnicy zwanej Il Birgu napawaliśmy oczy widokami na przeurocze porciki,  podziwiając je również z restauracji, w której zatrzymaliśmy się na niewielki obiad, zamawiając butelkę białego wina w towarzystwie dwóch półmisków różnych maltańskich specyjałów, z których najbardziej smakowała nam aromatyczna kiełbasa na gorąco oraz marynowane białe sery, wcześniej nam już znane z kolacyjnego prowiantu nabytego w sklepiku w Kalkarze.  Były też odnóża ośmiornic, których nie tknęłam, bo nie lubię i coś w rodzaju tapenady, ale tak rozwodnionej, że trudno było ją zidentyfikować. Podejrzewam, że gdybyśmy byli wybrali restaurację w mniej turystycznym miejscu jedzenie byłoby bardziej autentyczne, może mniej wykwintnie podane,  ale za to smaczniejsze.

Po obiedzie powędrowaliśmy dalej w dół i na nadmorskim placyku natrafiliśmy na grupkę rzeźb, chyba z bronzu, przedstawiającą jakieś ważne wydarzenie polityczne, jak np. przekazanie władzy, ale niestety nie było żadnej tablicy informacyjnej, któraby nam wyjaśniła znaczenie tego pomnika.  

Ale to nie koniec atrakcji.  Okazało się, że miasteczko gorączkowo przygotowuje się do festynu, który miał nastąpić nazajutrz, w sobotę, i który najwyraźniej miał polegać na ogólnej zabawie przy muzyce na żywo i ulicznym pożywianiu się z niezliczonych straganów oferujących grillowane mięso, pizze, kiełbaski, pieczywo i zastraszające ilości słodyczy. 

Kulminacją festynu miało być wygaszenie wszelkich świateł w miasteczku, tak, żeby oświetlały je tylko świeczkowe lampiony uprzednio porozwieszane na wszystkich budynkach.  Dowiedzieliśmy się o tym wszystkim od dwóch miłych pań, które akurat roznosiły te lampiony po mieście oraz od irlandzkiej z pochodzenia kelnerki w barku, gdzie zatrzymaliśmy się na jakiś napitek dla ochłody. Lampiony były wszędzie, na każdym calu dostępnego muru wzdłuż wszystkich uliczek, zwisały też z okien i balkonów większych budynków, a ich różnorodna konstrukcja świadczyła o pomysłowości mieszkańców.



Bardzo żałowaliśmy, że nie mogliśmy tego festynu zobaczyć, no ale zamówiony lot czekał i trzeba było wracać do domu.

Spacerując po Vittoriosie zauważyliśmy, tak jak w innych miastach Malty, że wiele domów mieszkalnych nosi na frontowej ścianie wizerunki świętych lub scenek z Biblii, czasem z odpowiednimi napisami.  Pierwsze zdjęcie poniżej jest z Vittoriosy, a następne z Mdiny. 

Z  Vittoriosy do Kalkary wróciliśmy za 10 euro taksówką wodną, czyli małą łódeczką  przypominającą gondolę.  Przewoźnik po drodze opowiadał nam o swoim życiu, długostażowym związku małżeńskim (bił nas na głowę!) i o mijanych, wielkich i luksusowych jachtach, z których jeden należał do 21-letniego milionera, który zrobił fortunę na informatyce.  Ciekawa jestem, jak taki młody i niedojrzały człowiek (bo 21 lat dla faceta to jeszcze dzieciństwo) radzi sobie z takim ogromnym bogactwem: czy stara się postawić to w perspektywie, czy po prostu bezplanowo używa aż do wyczerpania środków. Ale łódeczka przewoźnika też była piękna, choć uboga. 

Na lotnisko dotarliśmy z dużym zapasem czasu, więc dla jego zabicia skonsumowaliśmy wcześniej przygotowane przeze mnie kanapki z marynowanym białym serem i pysznym pieczywem z naszego podręcznego sklepiku, popijając ciepłym maltańskim piwem, które, o dziwo, przeszło mi gładko przez gardło, mimo, że normalnie ciepłego piwa nie jestem w stanie wypić.  Zdążyliśmy się również przebrać w długie spodnie, co okazało się zupełnie zbyteczne, bo w Gdańsku było nadzwyczaj ciepło jak na październik.

I tak zakończyła się nasza maltańska przygoda, którą jeszcze długo będę ciepło wspominać.

sobota, 22 listopada 2014

Malta cz.4 - Mdina

Zanim Rycerze Maltańscy zbudowali miasto La Valletta, stolicą Malty była Mdina, więc do niej wybraliśmy się po zastrzyk historii, oczywiście znowu autobusem. Mdina leży w południowej części wyspy, ale z Valletty łatwo tam dotrzeć.  Po drodze przejeżdża się przez miejscowość Attard, o której mogę powiedzieć tylko tyle, że dała nazwisko wielu maltańskim rodzinom.  Oprócz niej mijaliśmy urokliwe poletka uprawne, ale trudno było dociec co na nich uprawiano, bo było już po zbiorach. 

Mdina to niewielkie ale imponujące miasto, z dobrze zachowanymi śladami dawnej świetności, jak np. ten nobliwy przybytek, na przeciw którego wysiedliśmy z autobusu. 



Jak wszystkie bardzo stare miasta, Mdina jest pełna wąskich uliczek i ciasnych zaułków pośród budynków skonstruowanych oczywiście z domorosłego kamienia wapiennego w łagodnym kolorze piasku.  

Z murów otaczających stare miasto był widok na pola i jakąś odległą o kilka kilometrów miejscowość, możliwe, że Dingli, ale moja słaba orientacja na mapie i w terenie nie uprawnia mnie do definitywnego stwierdzenia faktu.  

Nadszedł czas na obiad i z wielu dostępnych restauracji wybraliśmy taką, która miała spokojny i zacieniony ogródek otoczony murami, z niewielkim drzewkiem i kilkoma donicami z zielenią. 

Siedziała tam już jedna para konsumentów, wyraźnie zainteresowana jedynie własnymi osobami oraz 6-cio osobowa grupa pań i panów w wieku od 45 do 65 lat, anglojęzyczna, ale raczej nie Anglicy.  Podczas naszej tam obecności doszły też dwie bardzo rozgadane kobiety w nieokreślonym wieku, zajmując stolik nieopodal tej grupy, a potem jeszcze grupka mówiąca po niemiecku, której przywódca przed zajęciem stolika dokładnie przepytał obsługę na okoliczność nasłonecznienia.

Zupełnie nie pamiętam, co tam jedliśmy (ale na pewno było to dobre i włoskie), bo tak byłam zajęta obserwowaniem innych gości.  Zakochana para zakończyła imprezę wkrótce po naszym przybyciu, więc nie mam materiału do opisania.  Niemieckojęzyczna grupka też mi żadnych socjologicznych ni psychologicznych wrażeń nie dostarczyła, bo szybko skonsumowali coś małego i się zmyli. Natomiast anglojęzyczna grupka mnie zainteresowła.  Rej w niej wodził mężczyzna w średnim wieku, który na starcie wyjął na stół buteleczkę z dezynfekującym żelem do rąk, takim, jaki w Anglii panował podczas ataku świńskiej grypy, i oczyścił sobie nim ręce przed posiłkiem.  Nic w tym złego, miał prawo, ja też, jak zresztą wiele innych osób, które chciały uniknąć zarażenia, tak w czasie tej epidemii w robiłam w Londynie, chociaż mniej ostentacyjnie (co prawda, mnie ta świńska grypa wtedy i tak dopadła, ale wyleczyli).  Na tym jednak higieniczność i ostentacyjność  tego pana się nie kończyły:  w momencie, kiedy jedna z tych nieokreślonych wiekowo pań siedzących obok zapaliła po jedzeniu papierosa, ten pan, któtry akurat siedział najbliżej ich stolika, wachlując nerwowo twarz głośno oznajmił, że on tam nie może pozostać i przesiadł się na drugi koniec stołu, mimo, że to wszystko było na otwartym powietrzu.  Nieokreślone panie tak były zajęte rozmową, że wcale nie zauważyły tej reakcji, ale trochę mnie dziwiło, że towarzystwo tego pana, najwyraźniej liczące się z każdym jego słowem, nie podjęło solidarnych protestów.

Wchodząc do restauracji z głównej ulicy przechodziliśmy przez bar i ciemnawą salę, 

natomiast  wyszliśmy z niej prosto z ogródka na wąziutką boczną uliczkę starymi drewnianymi drzwiami, nad którymi wisiał na zewnątrz napis obwieszczający stary grecki burdel - ciekawe, czy faktycznie tam kiedyś był.  

Po obiadku jeszcze trochę połaziliśmy, mijając po drodze witrynę jakiejś restauracji, której wnętrze przywiodło mi na myśl egzotyczną roślinność w w gorących i wilgotnych cieplarniach ogrodu botanicznego Kew Gardens w Londynie, często przez nas  w młodości odwiedzanego w celu podejmowania filozoficznych rozważań oraz dyskusji o ważnych decyzjach życiowych.  

Spacerując po ulicach Mdiny podziwialiśmy miejscową architekturę, m.in. imponujący i wzniosły budynek Muzeum Katedralnego

i groźne armaty przed Muzeum Marynarki Wojennej. 

Zwiedziliśmy też dwa kościoły, oba z ociekającymi złotem ołtarzami i ciekawymi posadzkami zdobionymi inkrustacjami, które, jak mniemam, zaznaczały podziemne groby ważnych osób tam pogrzebanych, ale to tylko moje przypuszczenie.  Chyba będę musiała na ten temat poczytać, bo czuję się wybitnie upośledzoną brakiem wiedzy.







Po powrocie do Kalkary w centralnym punkcie miejscowości natknęliśmy się na objazdowy stragan warzywno-owocowy na pace małej ciężarówki, gdzie zakupiliśmy pyszne, dojrzałe pomidory i  winogrona  po czym udaliśmy się do naszego hoteliku, by odpocząć po naszych wędrówkach, spożyć małe co nieco na kolację przy akompaniamencie maltańskiego wina i podziwiać z okna niezaprzeczalne piękno i odstresowujący spokój portu jachtowego nocą.

środa, 5 listopada 2014

Malta cz.3 – Gozo

Następnego dnia postanowiliśmy wybrać się promem na drugą co do wielkości z trzech zamieszkałych wysp, Gozo, i byłam zdziwiona kiedy okazało się, że z Valletty takie promy nie kursują.  Trzeba było autobusem pojechać na drugi koniec wyspy, do Cirkewwy, skąd, fakt, płynęło się tylko 15 minut, ale za to podróż autobusem (klimatyzowanym, jak wszystkie na Malcie) z Valletty zabrała, jak się okazało po dotarciu na miejsce,  półtorej godziny. Nie był to jednak czas stracony, bo czego się naoglądaliśmy po drodze, to nasze. Mąż robił zdjęcia, które się jako tako udały tylko dlatego, że siedzieliśmy po prawej – szyby po lewej były tak mocno zakurzone, że byłoby trudno cokolwiek przez nie sfotografować.

Trasa prowadziła przez miejscowość Birkirkara gdzie zabudowa była typowo maltańska, z charakterystycznymi balkono-werandami. 

Miejscowość była chyba niezbyt zasobna, bo budynki były zaniedbane i wiele z tych leżących wzdłuż głównej drogi było na sprzedaż, pewnie za psie pieniądze.

Natomiast następna miejscowość, Mosta, wyglądała na dużo zamożniejszą, nawet szczyciła się okazałymi budowlami, w których mogły się mieścić wysokie urzędy czy obiekty kultury. 

Po jej opuszczeniu ujrzeliśmy, po raz pierwszy od przyjazdu na Maltę, tereny niezabudowane i pola uprawne.  Były to prostokątne skrawki ziemi, tarasy wycięte z górskich stoków i otoczone niskimi murami ułożonymi na sucho z kamienia, tak, jak to jest w zwyczaju na północy Anglii, np. w Derbyshire.  Wiele wyglądało na nieużytki, wiele innych było już zaorane po zbiorach, tylko na niektórych widać jeszcze było jakieś uprawy, chyba kapusty. Większość pól uprawnych znajduje się w południowej części wyspy i tam bywają większe, co zobaczyłam tylko na mapach satelitarnych Google, bo tam nie dotarliśmy.  Myślę, że fajnie by było odwiedzić tamte strony np. w kwietniu, żeby zobaczyć co i jak tam rośnie – może się kiedyś wybierzemy. Ale po drodze była gratka: po raz pierwszy w życiu zobaczyłam granaty na drzewach.  Najpierw myślałam, że to jabłka, ale wydały mi się trochę podejrzane z powodu wystających od dołu szypułek, i po bliższej inspekcji okazało się, że i liście są zupełnie inne niż jabłoni, takie bardziej na kształt liści oliwki, więc zdiagnozowałam granaty.  

Potem przejeżdżaliśmy nad St Pauls Bay, piękną i dużą zatoką, na której są dwie maciupeńkie wysepki, gdzie, jak głosi legenda, w roku A.D.70 rozbił się statek Swiętego Pawła kiedy ów podążał do Rzymu na swoją rozprawę w sądzie.  Wykorzystał ten przypadek losu, żeby wprowadzić na Malcie chrześcijaństwo i za to został ogłoszony patronem państwa.

Następnym mijanym miastem była położona nad tą zatoką Mellieha, w której nie byliśmy, ale która podobno jest bardzo nastawiona na turystykę. Tam właśnie zobaczyliśmy pierwszą piaszczytą plażę, których na Malcie za wiele nie ma, bo większość brzegów jest skalista.

Dotarłszy w końcu do Cirkewwy wsiedliśmy na prom, który chodził chyba co 20 minut i płynął do portu Mgarr na Gozo.  Prom jak prom, nic specjalnego, miał salon, bary i ławki na pokładach dla preferujących świeże powietrze, ale widoki z niego były wspaniałe. Mijał małą wysepkę Comino, trzecią i ostatnią z zamieszkałych wysp Malty i po stronie widocznej z promu był oczywiście fort obronny oraz liczne, urokliwe i tajemnicze groty, wyrzeźbione przez morze w skale wapiennej.

  I tak sobie pomyślałam, że jeżeli to morze będzie nadal tak rzeźbić (a nie widzę dlaczego miałoby nagle zaprzestać tej działalności), to w którymś momencie skała się skończy i wyspy znikną. Według mapy po drugiej stronie Comino są jakieś ośrodki turystyczne, ale z naszej perspektywy  nie było ich widać.

Port Mgarr, do którego zawinął nasz prom, był tak samo piękny jak reszta Malty.Szczególną uwagę zwróciłam  na śmiesznie przycięte drzewa z grubymi pniami i niewspółmiernie małymi koronami ukształtowanymi na okrągło, tak, że wyglądały jak pompony na grubych kijach.   Zupełnie mi się to nie podobało, ich proporcje obrażały mój sens estetyki, no ale ostatecznie żaden gust nie jest prawem i innym mogły się podobać.  Ten sam skwer był okolony żółtymi  jeżówkami, które też zauważyłam w nasadzeniach miejskiej zieleni w Vallettcie – ani w Polsce ani w Anglii z tym się nie spotkałam, nie wiem dlaczego, bo są efektowne i nawet w naszych klimatach kwitną bardzo długo.

Stolica Gozo, Victoria, leży trochę poniżej środka wyspy, ok. 2 km od portu, ale na piechotę się nie dało z powodu grubo ponad 30-to stopniowego upału.  Pojechaliśmy więc autobusem, na który trzeba było wykupić nowy bilet, bo te z komunikacji miejskej na wyspie Malta tu nie działały.  Mogliśmy też tam dojechać jedną z wielu patrolujących tę okolicę taksówek za 8 euro, ale nie skorzystaliśmy, bo przecież się nam nie spieszyło, a w autobusie jest ciekawiej i więcej widać.

Victoria dorównuje pięknością i charakterem reszcie Malty, ale, po krótkim spacerku doszliśmy do wniosku, że trzeba się posilić, bo my nie z takich, co to o suchym pysku mogą łazić cały dzień. Znaleźliśmy stosowną knajpkę na placyku, na którym właśnie, z powodu późnej popołudniowej godziny, zwijał się targ. Już nie pamiętam co tam jadłam, pewnie coś z krewetkami i po włosku, ale było dobre.  

Ja mam problem z owocami morza: uwielbiam ich smak, ale nie wszystkie się ze mną zgadzają, a np. małże wręcz zagrażają memu życiu, bo, jak się kiedyś okazało, jestem na nie uczulona i to bardzo. Przez wiele lat nie miałam odwagi ich spróbować, aż kiedyś, w czasie krótkiego pobytu w Brukseli, po wypiciu butelki wina zrobiłam to bez szczególnego uszczerbku na zdrowiu.  Po następnych dwóch razach miałam przykrości, ale dało się przeżyć, lecz po czwartym razie już nie było wątpliwości i omalże nie przypłaciłam tego życiem, więc teraz już jestem ostrożna i z tych rzeczy jem właściwie tylko krewetki, raki i homary i jeszcze pytam kucharza, czy nie leżały obok małży.  To jest zdecydowana upierdliwość losu, bo przecież jak coś lubię i mi smakuje, to powinno być dla mnie dobre, no nie?  Zastanawiam się też, czy kiedykolwiek będę mogła bezkarnie powrócić do morskiej restauracji przy Gare de Lyon w Paryżu, gdzie parę razy zajadałam się ostrygami, langustami  i innymi morskimi smakołykami.  Według StaregoTestamentu w ogóle takich rzeczy nie powinniśmy jeść, więc może to kara boska?  Chociaż czasy i Kościół się zmieniają, jak dowodzi choćby niedawny synod watykański w sprawie rodziny.

Troszkę się rozpędziłam w dywagacjach mających niewiele  wspólnego z Maltą (no może oprócz religii), więc czas wrócić do tematu. Malta jest bardzo pobożnym krajem, co krok napotyka się święte figury, a kościołów przypada na jednego mieszkańca znacznie więcej niż gdziekolwiek indziej.  Nawet napotkaliśmy stację benzynową nazwaną imieniem świętego! 

Możliwe, że na Gozo, tak jak w Grecji , żyją i prosperują bezdomne koty, ale pewności nie mam.  Jeden, odpoczywający na dachu zaparkowanego samochodu wyglądał trochę bezdomnie, ale inne trzy, które zaobserwowaliśmy w jednej okolicy kierujące się w to samo miejsce w parku, wszystkie były czyste, piękne i dorodne.  Najpierw pomyślałam, że będą się bić, ale okazało się, że miały jakiś układ.

(cdn)

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...