Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Malta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Malta cz.5 – Vittoriosa i Birgu

Trochę mnie już znużyło pisanie o naszej krótkiej maltańskiej wycieczce, tak, jak potrafi mnie znużyć  jedzenie tej samej potrawy na obiad przez trzy kolejne dni, więc skończę tym odcinkiem, który zresztą opisuje ostatni dzień naszego tam pobytu.

Samolot mieliśmy dopiero późnym wieczorem, więc jeszcze nam został cały dzień na zwiedzanie.  Spakowawszy się po śniadaniu, zostawiliśmy bagaż w przechowalni hoteliku (czytaj: w służbowej ubikacji), zamówiliśmy hotelowy transport na lotnisko na 17.30 i wyruszyliśmy na sąsiadujący z naszym półwyspem następny paluszek lądu, malowniczo wytknięty w morze, na którym znajdowało się miasteczko Vittoriosa z urokliwą, portową dzielnicą zwaną Il Birgu.  Pojechaliśmy tam autobusem, ale równie dobrze możnaby było pójść piechotą, bo podnóże półwyspu było zaledwie drugim przystankiem, więc bliziutko.

Od razu po przybyciu zorientowaliśmy się, że coś się dzieje, bo główna ulica była zabarykadowana i pełno policji naokoło.  Chwilę później okazało się, że akurat odbywa się przemarsz jakiejś, po kostiumach sądząc, nadwornej gwardii, ku uciesze dzieci w wieku szkolnym oraz ogólnej gawiedzi. Przemarsz skończył się na jakimś placyku, uwieńczony ceremonią całowania flag.  Nie całkiem pojęłam o co chodziło, ale wyglądało to na celebrowanie wielojęzyczności i mieszaniny kulturowej Malty, chociaż możliwe, że to był po prostu chwyt na nieobeznanych turystów, takich jak my.  Po jednej stronie placu stali rycerze z różnymi sztandarami, a po drugiej mistrz ceremonii w płaszczu z krzyżem Rycerzy Maltańskich.  Po środku placu rosły rycerz trzymał czerwoną flagę z symetrycznym białym krzyżem, której nie udało mi się zidentyfikować, ale na pewno nie była to duńska.  Mistrz wywoływał nazwy takie jak „La lingua jakaś tam”, np. katalońska, angielska, niemiecka,  i na każde zawołanie z przeciwstawnego szeregu wychodził jakiś rycerz ze sztandarem, krzyżował go z tym czerwonobiałym, a stróżujący przy nim pomocniczy rycerz stykał obie flagi i je całował. Po zakończeniu ceremonii rycerze z chęcią udzielali się widzom, a zwłaszcza tym najmłodszym, odpowiadając na pytania i pozując do pamiątkowych zdjęć.

Po zakończonej uroczystości skierowaliśmy nasze kroki w górę, na koniec półwyspu gdzie, rzecz jasna, napotkaliśmy olbrzymi miejski mur obronny.   Przespacerowaliśmy się wzdłuż niego w dół, w stronę Il Birgu, choć było niezbyt komfortowo z powodu braku cienia w środku upalnego dnia.  Poniżej muru napotykaliśmy częste oznaki zwykłego miejskiego bytowania  oraz ślady panowania brytyjskiego. 

W portowej dzielnicy zwanej Il Birgu napawaliśmy oczy widokami na przeurocze porciki,  podziwiając je również z restauracji, w której zatrzymaliśmy się na niewielki obiad, zamawiając butelkę białego wina w towarzystwie dwóch półmisków różnych maltańskich specyjałów, z których najbardziej smakowała nam aromatyczna kiełbasa na gorąco oraz marynowane białe sery, wcześniej nam już znane z kolacyjnego prowiantu nabytego w sklepiku w Kalkarze.  Były też odnóża ośmiornic, których nie tknęłam, bo nie lubię i coś w rodzaju tapenady, ale tak rozwodnionej, że trudno było ją zidentyfikować. Podejrzewam, że gdybyśmy byli wybrali restaurację w mniej turystycznym miejscu jedzenie byłoby bardziej autentyczne, może mniej wykwintnie podane,  ale za to smaczniejsze.

Po obiedzie powędrowaliśmy dalej w dół i na nadmorskim placyku natrafiliśmy na grupkę rzeźb, chyba z bronzu, przedstawiającą jakieś ważne wydarzenie polityczne, jak np. przekazanie władzy, ale niestety nie było żadnej tablicy informacyjnej, któraby nam wyjaśniła znaczenie tego pomnika.  

Ale to nie koniec atrakcji.  Okazało się, że miasteczko gorączkowo przygotowuje się do festynu, który miał nastąpić nazajutrz, w sobotę, i który najwyraźniej miał polegać na ogólnej zabawie przy muzyce na żywo i ulicznym pożywianiu się z niezliczonych straganów oferujących grillowane mięso, pizze, kiełbaski, pieczywo i zastraszające ilości słodyczy. 

Kulminacją festynu miało być wygaszenie wszelkich świateł w miasteczku, tak, żeby oświetlały je tylko świeczkowe lampiony uprzednio porozwieszane na wszystkich budynkach.  Dowiedzieliśmy się o tym wszystkim od dwóch miłych pań, które akurat roznosiły te lampiony po mieście oraz od irlandzkiej z pochodzenia kelnerki w barku, gdzie zatrzymaliśmy się na jakiś napitek dla ochłody. Lampiony były wszędzie, na każdym calu dostępnego muru wzdłuż wszystkich uliczek, zwisały też z okien i balkonów większych budynków, a ich różnorodna konstrukcja świadczyła o pomysłowości mieszkańców.



Bardzo żałowaliśmy, że nie mogliśmy tego festynu zobaczyć, no ale zamówiony lot czekał i trzeba było wracać do domu.

Spacerując po Vittoriosie zauważyliśmy, tak jak w innych miastach Malty, że wiele domów mieszkalnych nosi na frontowej ścianie wizerunki świętych lub scenek z Biblii, czasem z odpowiednimi napisami.  Pierwsze zdjęcie poniżej jest z Vittoriosy, a następne z Mdiny. 

Z  Vittoriosy do Kalkary wróciliśmy za 10 euro taksówką wodną, czyli małą łódeczką  przypominającą gondolę.  Przewoźnik po drodze opowiadał nam o swoim życiu, długostażowym związku małżeńskim (bił nas na głowę!) i o mijanych, wielkich i luksusowych jachtach, z których jeden należał do 21-letniego milionera, który zrobił fortunę na informatyce.  Ciekawa jestem, jak taki młody i niedojrzały człowiek (bo 21 lat dla faceta to jeszcze dzieciństwo) radzi sobie z takim ogromnym bogactwem: czy stara się postawić to w perspektywie, czy po prostu bezplanowo używa aż do wyczerpania środków. Ale łódeczka przewoźnika też była piękna, choć uboga. 

Na lotnisko dotarliśmy z dużym zapasem czasu, więc dla jego zabicia skonsumowaliśmy wcześniej przygotowane przeze mnie kanapki z marynowanym białym serem i pysznym pieczywem z naszego podręcznego sklepiku, popijając ciepłym maltańskim piwem, które, o dziwo, przeszło mi gładko przez gardło, mimo, że normalnie ciepłego piwa nie jestem w stanie wypić.  Zdążyliśmy się również przebrać w długie spodnie, co okazało się zupełnie zbyteczne, bo w Gdańsku było nadzwyczaj ciepło jak na październik.

I tak zakończyła się nasza maltańska przygoda, którą jeszcze długo będę ciepło wspominać.

sobota, 22 listopada 2014

Malta cz.4 - Mdina

Zanim Rycerze Maltańscy zbudowali miasto La Valletta, stolicą Malty była Mdina, więc do niej wybraliśmy się po zastrzyk historii, oczywiście znowu autobusem. Mdina leży w południowej części wyspy, ale z Valletty łatwo tam dotrzeć.  Po drodze przejeżdża się przez miejscowość Attard, o której mogę powiedzieć tylko tyle, że dała nazwisko wielu maltańskim rodzinom.  Oprócz niej mijaliśmy urokliwe poletka uprawne, ale trudno było dociec co na nich uprawiano, bo było już po zbiorach. 

Mdina to niewielkie ale imponujące miasto, z dobrze zachowanymi śladami dawnej świetności, jak np. ten nobliwy przybytek, na przeciw którego wysiedliśmy z autobusu. 



Jak wszystkie bardzo stare miasta, Mdina jest pełna wąskich uliczek i ciasnych zaułków pośród budynków skonstruowanych oczywiście z domorosłego kamienia wapiennego w łagodnym kolorze piasku.  

Z murów otaczających stare miasto był widok na pola i jakąś odległą o kilka kilometrów miejscowość, możliwe, że Dingli, ale moja słaba orientacja na mapie i w terenie nie uprawnia mnie do definitywnego stwierdzenia faktu.  

Nadszedł czas na obiad i z wielu dostępnych restauracji wybraliśmy taką, która miała spokojny i zacieniony ogródek otoczony murami, z niewielkim drzewkiem i kilkoma donicami z zielenią. 

Siedziała tam już jedna para konsumentów, wyraźnie zainteresowana jedynie własnymi osobami oraz 6-cio osobowa grupa pań i panów w wieku od 45 do 65 lat, anglojęzyczna, ale raczej nie Anglicy.  Podczas naszej tam obecności doszły też dwie bardzo rozgadane kobiety w nieokreślonym wieku, zajmując stolik nieopodal tej grupy, a potem jeszcze grupka mówiąca po niemiecku, której przywódca przed zajęciem stolika dokładnie przepytał obsługę na okoliczność nasłonecznienia.

Zupełnie nie pamiętam, co tam jedliśmy (ale na pewno było to dobre i włoskie), bo tak byłam zajęta obserwowaniem innych gości.  Zakochana para zakończyła imprezę wkrótce po naszym przybyciu, więc nie mam materiału do opisania.  Niemieckojęzyczna grupka też mi żadnych socjologicznych ni psychologicznych wrażeń nie dostarczyła, bo szybko skonsumowali coś małego i się zmyli. Natomiast anglojęzyczna grupka mnie zainteresowła.  Rej w niej wodził mężczyzna w średnim wieku, który na starcie wyjął na stół buteleczkę z dezynfekującym żelem do rąk, takim, jaki w Anglii panował podczas ataku świńskiej grypy, i oczyścił sobie nim ręce przed posiłkiem.  Nic w tym złego, miał prawo, ja też, jak zresztą wiele innych osób, które chciały uniknąć zarażenia, tak w czasie tej epidemii w robiłam w Londynie, chociaż mniej ostentacyjnie (co prawda, mnie ta świńska grypa wtedy i tak dopadła, ale wyleczyli).  Na tym jednak higieniczność i ostentacyjność  tego pana się nie kończyły:  w momencie, kiedy jedna z tych nieokreślonych wiekowo pań siedzących obok zapaliła po jedzeniu papierosa, ten pan, któtry akurat siedział najbliżej ich stolika, wachlując nerwowo twarz głośno oznajmił, że on tam nie może pozostać i przesiadł się na drugi koniec stołu, mimo, że to wszystko było na otwartym powietrzu.  Nieokreślone panie tak były zajęte rozmową, że wcale nie zauważyły tej reakcji, ale trochę mnie dziwiło, że towarzystwo tego pana, najwyraźniej liczące się z każdym jego słowem, nie podjęło solidarnych protestów.

Wchodząc do restauracji z głównej ulicy przechodziliśmy przez bar i ciemnawą salę, 

natomiast  wyszliśmy z niej prosto z ogródka na wąziutką boczną uliczkę starymi drewnianymi drzwiami, nad którymi wisiał na zewnątrz napis obwieszczający stary grecki burdel - ciekawe, czy faktycznie tam kiedyś był.  

Po obiadku jeszcze trochę połaziliśmy, mijając po drodze witrynę jakiejś restauracji, której wnętrze przywiodło mi na myśl egzotyczną roślinność w w gorących i wilgotnych cieplarniach ogrodu botanicznego Kew Gardens w Londynie, często przez nas  w młodości odwiedzanego w celu podejmowania filozoficznych rozważań oraz dyskusji o ważnych decyzjach życiowych.  

Spacerując po ulicach Mdiny podziwialiśmy miejscową architekturę, m.in. imponujący i wzniosły budynek Muzeum Katedralnego

i groźne armaty przed Muzeum Marynarki Wojennej. 

Zwiedziliśmy też dwa kościoły, oba z ociekającymi złotem ołtarzami i ciekawymi posadzkami zdobionymi inkrustacjami, które, jak mniemam, zaznaczały podziemne groby ważnych osób tam pogrzebanych, ale to tylko moje przypuszczenie.  Chyba będę musiała na ten temat poczytać, bo czuję się wybitnie upośledzoną brakiem wiedzy.







Po powrocie do Kalkary w centralnym punkcie miejscowości natknęliśmy się na objazdowy stragan warzywno-owocowy na pace małej ciężarówki, gdzie zakupiliśmy pyszne, dojrzałe pomidory i  winogrona  po czym udaliśmy się do naszego hoteliku, by odpocząć po naszych wędrówkach, spożyć małe co nieco na kolację przy akompaniamencie maltańskiego wina i podziwiać z okna niezaprzeczalne piękno i odstresowujący spokój portu jachtowego nocą.

środa, 5 listopada 2014

Malta cz.3 – Gozo

Następnego dnia postanowiliśmy wybrać się promem na drugą co do wielkości z trzech zamieszkałych wysp, Gozo, i byłam zdziwiona kiedy okazało się, że z Valletty takie promy nie kursują.  Trzeba było autobusem pojechać na drugi koniec wyspy, do Cirkewwy, skąd, fakt, płynęło się tylko 15 minut, ale za to podróż autobusem (klimatyzowanym, jak wszystkie na Malcie) z Valletty zabrała, jak się okazało po dotarciu na miejsce,  półtorej godziny. Nie był to jednak czas stracony, bo czego się naoglądaliśmy po drodze, to nasze. Mąż robił zdjęcia, które się jako tako udały tylko dlatego, że siedzieliśmy po prawej – szyby po lewej były tak mocno zakurzone, że byłoby trudno cokolwiek przez nie sfotografować.

Trasa prowadziła przez miejscowość Birkirkara gdzie zabudowa była typowo maltańska, z charakterystycznymi balkono-werandami. 

Miejscowość była chyba niezbyt zasobna, bo budynki były zaniedbane i wiele z tych leżących wzdłuż głównej drogi było na sprzedaż, pewnie za psie pieniądze.

Natomiast następna miejscowość, Mosta, wyglądała na dużo zamożniejszą, nawet szczyciła się okazałymi budowlami, w których mogły się mieścić wysokie urzędy czy obiekty kultury. 

Po jej opuszczeniu ujrzeliśmy, po raz pierwszy od przyjazdu na Maltę, tereny niezabudowane i pola uprawne.  Były to prostokątne skrawki ziemi, tarasy wycięte z górskich stoków i otoczone niskimi murami ułożonymi na sucho z kamienia, tak, jak to jest w zwyczaju na północy Anglii, np. w Derbyshire.  Wiele wyglądało na nieużytki, wiele innych było już zaorane po zbiorach, tylko na niektórych widać jeszcze było jakieś uprawy, chyba kapusty. Większość pól uprawnych znajduje się w południowej części wyspy i tam bywają większe, co zobaczyłam tylko na mapach satelitarnych Google, bo tam nie dotarliśmy.  Myślę, że fajnie by było odwiedzić tamte strony np. w kwietniu, żeby zobaczyć co i jak tam rośnie – może się kiedyś wybierzemy. Ale po drodze była gratka: po raz pierwszy w życiu zobaczyłam granaty na drzewach.  Najpierw myślałam, że to jabłka, ale wydały mi się trochę podejrzane z powodu wystających od dołu szypułek, i po bliższej inspekcji okazało się, że i liście są zupełnie inne niż jabłoni, takie bardziej na kształt liści oliwki, więc zdiagnozowałam granaty.  

Potem przejeżdżaliśmy nad St Pauls Bay, piękną i dużą zatoką, na której są dwie maciupeńkie wysepki, gdzie, jak głosi legenda, w roku A.D.70 rozbił się statek Swiętego Pawła kiedy ów podążał do Rzymu na swoją rozprawę w sądzie.  Wykorzystał ten przypadek losu, żeby wprowadzić na Malcie chrześcijaństwo i za to został ogłoszony patronem państwa.

Następnym mijanym miastem była położona nad tą zatoką Mellieha, w której nie byliśmy, ale która podobno jest bardzo nastawiona na turystykę. Tam właśnie zobaczyliśmy pierwszą piaszczytą plażę, których na Malcie za wiele nie ma, bo większość brzegów jest skalista.

Dotarłszy w końcu do Cirkewwy wsiedliśmy na prom, który chodził chyba co 20 minut i płynął do portu Mgarr na Gozo.  Prom jak prom, nic specjalnego, miał salon, bary i ławki na pokładach dla preferujących świeże powietrze, ale widoki z niego były wspaniałe. Mijał małą wysepkę Comino, trzecią i ostatnią z zamieszkałych wysp Malty i po stronie widocznej z promu był oczywiście fort obronny oraz liczne, urokliwe i tajemnicze groty, wyrzeźbione przez morze w skale wapiennej.

  I tak sobie pomyślałam, że jeżeli to morze będzie nadal tak rzeźbić (a nie widzę dlaczego miałoby nagle zaprzestać tej działalności), to w którymś momencie skała się skończy i wyspy znikną. Według mapy po drugiej stronie Comino są jakieś ośrodki turystyczne, ale z naszej perspektywy  nie było ich widać.

Port Mgarr, do którego zawinął nasz prom, był tak samo piękny jak reszta Malty.Szczególną uwagę zwróciłam  na śmiesznie przycięte drzewa z grubymi pniami i niewspółmiernie małymi koronami ukształtowanymi na okrągło, tak, że wyglądały jak pompony na grubych kijach.   Zupełnie mi się to nie podobało, ich proporcje obrażały mój sens estetyki, no ale ostatecznie żaden gust nie jest prawem i innym mogły się podobać.  Ten sam skwer był okolony żółtymi  jeżówkami, które też zauważyłam w nasadzeniach miejskiej zieleni w Vallettcie – ani w Polsce ani w Anglii z tym się nie spotkałam, nie wiem dlaczego, bo są efektowne i nawet w naszych klimatach kwitną bardzo długo.

Stolica Gozo, Victoria, leży trochę poniżej środka wyspy, ok. 2 km od portu, ale na piechotę się nie dało z powodu grubo ponad 30-to stopniowego upału.  Pojechaliśmy więc autobusem, na który trzeba było wykupić nowy bilet, bo te z komunikacji miejskej na wyspie Malta tu nie działały.  Mogliśmy też tam dojechać jedną z wielu patrolujących tę okolicę taksówek za 8 euro, ale nie skorzystaliśmy, bo przecież się nam nie spieszyło, a w autobusie jest ciekawiej i więcej widać.

Victoria dorównuje pięknością i charakterem reszcie Malty, ale, po krótkim spacerku doszliśmy do wniosku, że trzeba się posilić, bo my nie z takich, co to o suchym pysku mogą łazić cały dzień. Znaleźliśmy stosowną knajpkę na placyku, na którym właśnie, z powodu późnej popołudniowej godziny, zwijał się targ. Już nie pamiętam co tam jadłam, pewnie coś z krewetkami i po włosku, ale było dobre.  

Ja mam problem z owocami morza: uwielbiam ich smak, ale nie wszystkie się ze mną zgadzają, a np. małże wręcz zagrażają memu życiu, bo, jak się kiedyś okazało, jestem na nie uczulona i to bardzo. Przez wiele lat nie miałam odwagi ich spróbować, aż kiedyś, w czasie krótkiego pobytu w Brukseli, po wypiciu butelki wina zrobiłam to bez szczególnego uszczerbku na zdrowiu.  Po następnych dwóch razach miałam przykrości, ale dało się przeżyć, lecz po czwartym razie już nie było wątpliwości i omalże nie przypłaciłam tego życiem, więc teraz już jestem ostrożna i z tych rzeczy jem właściwie tylko krewetki, raki i homary i jeszcze pytam kucharza, czy nie leżały obok małży.  To jest zdecydowana upierdliwość losu, bo przecież jak coś lubię i mi smakuje, to powinno być dla mnie dobre, no nie?  Zastanawiam się też, czy kiedykolwiek będę mogła bezkarnie powrócić do morskiej restauracji przy Gare de Lyon w Paryżu, gdzie parę razy zajadałam się ostrygami, langustami  i innymi morskimi smakołykami.  Według StaregoTestamentu w ogóle takich rzeczy nie powinniśmy jeść, więc może to kara boska?  Chociaż czasy i Kościół się zmieniają, jak dowodzi choćby niedawny synod watykański w sprawie rodziny.

Troszkę się rozpędziłam w dywagacjach mających niewiele  wspólnego z Maltą (no może oprócz religii), więc czas wrócić do tematu. Malta jest bardzo pobożnym krajem, co krok napotyka się święte figury, a kościołów przypada na jednego mieszkańca znacznie więcej niż gdziekolwiek indziej.  Nawet napotkaliśmy stację benzynową nazwaną imieniem świętego! 

Możliwe, że na Gozo, tak jak w Grecji , żyją i prosperują bezdomne koty, ale pewności nie mam.  Jeden, odpoczywający na dachu zaparkowanego samochodu wyglądał trochę bezdomnie, ale inne trzy, które zaobserwowaliśmy w jednej okolicy kierujące się w to samo miejsce w parku, wszystkie były czyste, piękne i dorodne.  Najpierw pomyślałam, że będą się bić, ale okazało się, że miały jakiś układ.

(cdn)

wtorek, 28 października 2014

Malta cz.2 - La Valletta

Malta jest, z różnych względów,  bardzo ciekawym państwem.  Po pierwsze, położona jest na archipelagu wysepek, z których tylko Malta, Gozo i Comino są zamieszkałe.  Po drugie, ma dwa oficjalne języki, angielski i maltański, ale starsi mieszkańcy raczej angielskim nie władają płynnie.  Po trzecie, jest fascynującym zlepkiem wielu kultur, przyniesionych na wyspy przez wielu kolejnych zaborców.

Maltański jest językiem semickim, jedynym, który używa tego samego alfabetu co my i jedynym językiem semickim zakwalifkowanym jako jeden z oficjalnych języków EU.  Przez cztery dni pobytu nie miałam większych szans go ogarnąć, ale zauważyłam, że ma wyraźne wpływy włoskiego, choć brzmi twardziej.  Jakieś okruszki złapałam, choćby z wyświetlaczy w autobusach, które podawały wiadomości po maltańsku i po angielsku.  Np. „Il waqfa il jmiss „ znaczyło „następny przystanek”, a „dziękuję” było jak po włosku, „grazie”. Dla mnie, jako lingwistki, było to objawieniem, ponieważ nigdy przedtem z żadnym językiem semickim nie miałm kontaktu.

O historii Malty nie bardzo mogę się wypowiadać, bo moje wiadomości zaczynają i kończą się na notatkch przeczytanych na mapie turystycznej, ale wiem, że olbrzymi wpływ mieli tu Rycerze Maltańscy, którzy, wysiedleni przez Turków z Rhodes, osiedlili się na Malcie w w roku 1530.  Znani również jako Hospitallers of St John of Jerusalem, odparli następny atak Turków i zbudowali wiele fortyfikacji oraz obecną stolicę, miasto La Valletta.

Do tejże Valletty udaliśmy się w pierwszy dzień naszego pobytu. Stolica była właściwie tylko o kilometr od Kalkary, ale przez wodę.  

Wpław nie bardzo wypadało, bo przecież po stolicy w mokrych majtkach paradować nie będziemy,  nie mówiąc o tym, że ja i tak nie nie umiem pływać (nad czym bardzo ubolewam, bo w takie piękne, gorące dnie woda przyciąga jak magnes).  Pojechaliśmy więc naokoło zatoki  autobusem, który w pół godziny dostarczył nas na dworzec autobusowy położony  przy samym wejściu do miasta, które prowadziło przez wielki, murowany most nad otaczającym je głebokim wykopem, niechybnie pozostałością po fosie.

Było to około południa i żar lał się z nieba na potęgę, więc w pierwszym rzędzie zakupiliśmy na jednym z pobliskich straganów odpowiednie nakrycie głowy dla małżonka, a w drugim podążyliśmy żwawo (żeby jak najszybciej znaleźć cień) za średniej wielkości tłumkiem innych turystów w stronę głównej ulicy miasta, gdzie oczekiwało nas kilka niespodzianek.

Pierwsza z nich to wspaniała rzeźba wielce urodziwego konia z bronzu, stojąca na kamiennym cokole zaraz za mostem, autorstwa Austina Camilleri.  Widziałam już wiele rzeźb koni, ale ta zaskakiwała jednym szczegółem: zamiast lewej przedniej nogi, ten koń miał kikut! 

Pomyślałam, że to może jakiś hołd dla walczących w niezliczonych maltańskich wojnach, ale po zbadaniu tematu w Internecie okazało się, że symbolizm tej rzeźby jest wieloznaczny, np. może wyrażać utratę potęgi czy władzy. Komplikuje zrozumienie fakt, że rzeźbę postawiono bardzo niedawno, w sierpniu 2014.

Drugą niespodzianką była wszechobecność angielskich sklepów odzieżowych i jubilerskich i banku HSBC, w którym mamy konto.  Gdyby nie ten klimat oraz charakterystyczna architektura, to mogłabym pomyśleć, że znajduję się na głównej ulicy w którejkolwiek dzielnicy Londynu.  Wrażenie dla mnie szokujące, bo chociaż takie sklepy nie zaskakują mnie np. w Polsce czy we Francji, to tutaj zupełnie nie byłam na nie przygotowana, zapewne z powodu kompletnego braku wiadomości na temat Malty.  Ale właściwie dlaczego nie miałoby tak być, skoro Malta była częścią imperium brytyjskiego od 1814 do 1964 roku.  Historycznych pozostałości po Anglikach jest tu sporo, choćby wiele nazw geograficznych lub ta skrzynka na listy w Kalkarze, na której widnieją inicjały Królowej Victorii. 

Przypuszczam, że jest tu również znacząca mniejszość expatriantów ze Starego Kraju, kilku starszawych nawet napotkaliśmy w autobusach.  Są tacy jak polska przedwojenna emigracja w Anglii – zatrzymali się w czasie i żyją w kulturze i warunkach, które panowały kiedy opuścili kraj. Być może jest to cechą wszystkich grup emigrantów, gdziekolwiek by nie osiedli.

Wracając do Valletty, oprócz tej najgłówniejszej ulicy są jeszcze dwie lub trzy równoległe i  podobne w charakterze, wszystkie nastawione na turystów. Ich zabudowa jest wzniosła (do pięciu pięter) i okazała, jak przystało na Parlament i inne państwowe urzędy w nich się mieszczące. Prowadzące od nich boczne uliczki są wąziutkie i strome, i oferują bardzo pożądany cień, w którym się często skrywaliśmy. 

Na kilku z nich, w najmniej prawdopodobnych miejscach,  znajdują się ambasady i inne oficjalne instytucje.

Zgłodniawszy co nieco, wstąpiliśmy na obiad do jakiejś restauracji na nieco większej z tych bocznych ulic.  Miała w nazwie coś plus „Bistro” , kilka stolików w cieniu na zewnątrz (tam usiedliśmy) i kilka w bardzo mrocznym wnętrzu, ozdobionym robiącymi wrażenie obrazami. 

Największe wrażenie robił jednak kelner, który chyba był również kucharzem albo co najmniej miał wpływ na to, jak się przyrządza tam dania.  Mógł mieć 35 – 40 lat, był szczupły, w miarę przystojny i według mojego męża trochę nachalny, a według mnie po prostu entuzjastyczny i hiperaktywny, może nawet miał ADHD.  Z wielką werwą przedstawił nam specjalne dania dnia i, w odpowiedziach na pytania, opisywał ich składniki i sposób przygotowania z dogłębną znajomością tematu.  Mówił płynnym angielskim, hiszpańskim i maltańskim, więc całkiem głupi nie był.  Trochę też gościom „kadził”, no ale w tym zawodzie to częste i może nawet czasem pomocne, chociaż trudno się na to nabrać.  Kiedy nie rozmawiał z gośćmi, to podśpiewywał sobie i nawet od czasu do czasu podskakiwał.   Chyba jednak to ja miałam rację, bo przy okazji wizyty w toalecie zauważyłam, że dokładnie tak samo entuzjatycznie i wylewnie rozmawiał z barmanką, mimo, że we wnętrzu  lokalu gości nie było, więc nie miał przed kim się popisywać ani komu cokolwiek sprzedawać .  Para, prawdopodobnie z Irlandii, zajmująca stolik sąsiadującym z naszym, też musiała zwrócić uwagę na niezwykłe zachowanie kelnera, bo tuż przed opuszczeniem lokalu Pani zapytała go wprost i bez ogródek ale również bez złośliwości  w tonie, czy czasem się sobą nie męczy.  Odpowiedź spodobała mi się, dokładnych słów nie pamiętam, ale jej sens był taki, że jak się coś robi, to trzeba to robić z radością i osobistym zadowoleniem.  Moim zdaniem to całkiem dobra maksyma, może nawet sposób na życie bez nadciśnienia lub wrzodów żołądka.

Po obiedzie jeszcze trochę posnuliśmy się po Valletcie, m.in. wstępując na lody (mąż) i zwiedzając sklep z piórami wiecznymi (ja). Mieliśmy już dość tego snucia kiedy otrzymaliśmy wiadomość od naszych przyjaciół, że oczekują nas na głównym placu w stolicy.  Pośpiesznie udając się na miejsce spotkania, znaleźliśmy ich siedzących przy jednym z ulicznych stolików należących do miejscowej knajpki. Z nieukrywaną radością dołączyliśmy do towarzystwa, zamawiając parę następnych drinków.  Miejsce było fajne ale  wietrzne i zaczęło się robić chłodno, przynajmniej dla kogoś odzianego w sukienkę stosowną do co najmniej 30 C, poza tym przyjaciele byli głodni, więc wkrótce opuściliśmy ten przybytek i pomimo dość wczesnej pory rozpoczęliśmy poszukiwanie restauracji na wieczorną biesiadę.  Po drodze nabyłam na straganie szeroki szal, który pozwolił mi przetrwać wieczorne temperatury ok.  22 C.  Nie bardzo wiedzielśmy dokąd się udać, ale przypomniała się nam wcześniej zauważona i dość popularna restauracja polecana przez Jamie'go Olivera więc do niej się zgłosiliśmy i nawet udało się dostać stolik, i to na zewnątrz. 

Zamówiliśmy maltańskie wina (bardzo dobre), maltańskie przystawki do podziału (też pyszne)  oraz główne dania według uznania.   Przyjaciółka jadła faszerowanego bakłażana, jej mąż ośmiornice, mój jakiegoś kurczaka, a ja wybrałam narodową potrawę Malty, królika, bo uważałam, że należy spróbować.  Porcje były całkiem niewielkie, ale wino nadrobiło i byliśmy zadowoleni.  Królik był , owszem, smaczny, ale nie jakiś rewelacyjny, chyba wolę choćby kurczaka. Najlepsze z całej kolacji było to, że nagadaliśmy się za wszystkie czasy.

Powrót autobusem do naszego hotelu był z przygodami. Ponieważ nie byliśmy jeszcze obeznani z trasą, doszliśmy do wniosku, że, biorąc pod uwagę niewielkość Kalkary  najbezpieczniej będzie wysiąść jak tylko ogłoszą Il-Kalkara, ale to okazało się być poważnym błędem.  Wysiedliśmy z autobusu według tej zasady i  zaczęliśmy iść główną drogą.  Było już ciemno, ale droga była oświetlona i nie odczuwaliśmy żadnego zagrożenia. Szliśmy i szliśmy, starając się trzymać trasy autobusu, ale niczego po drodze nie poznawaliśmy. W pewnym momencie natrafiliśmy na rozgałęzienie dróg, na którym drogowskaz pokazywał Kalkarę i na wprost i w prawo.  Poszliśmy na wprost bo tak nam się wydawało najlepiej i wkrótce potem napotkaliśmy następny przystanek naszego autobusu, co nam dodało otuchy.  Po drodze natknęliśmy się na „incydent” – w jakimś rozświetlonym domu najwyraźniej odbywała się huczna zabawa, która spowodowała przybycie policji.  Korzystając z okazji, zapytaliśmy policję o drogę do naszego hotelu, ale nie bardzo wiedzieli, o co nam chodzi.  W końcu trafiliśmy na malutki placyk, na którym przed jednym z domów siedziały trzy kobiety.  Na nasze zapytanie o Villa del Porto, bez wahania odpowiedziały: o tu, za tym drzewem, zejść schodami w dół.  I faktycznie, schody prowadziły dokładnie pod nasz hotel.

W ten sposób uratowani od nocowania na ulicy powzięliśmy mocne postanowienie przestudiowania trasy tego autobusu, w wyniku którego  okazało się, że autobus robi pętlę naokoło Kalkary, zaliczając po drodze Fort Rinella i kończąc znowu na przystanku przed kafejką.  Dla wszelkiej pewności postanowiliśmy również nie ruszać się z autobusu dopóki nie zobaczymy naszej przystani i tego się od tej pory trzymaliśmy..

(cdn)

Wizyta

Dzisiaj na rogu mojej ulicy pojawił się Pan Premier, aby złożyć bukiet kwiatów pod tablicą upamiętniającą "Profesora Lecha Kaczyńskie...